26 marca 2015

Próba


Nasz związek przeszedł wiele prób. Często słyszymy takie określenia od wielu par i nas Państwa Poślubionych to stwierdzenie jak najbardziej dotyczy. W tym roku stuknie już dziesięć lat jak jesteśmy razem. Na  usta nasuwa się jedno pytanie: Kiedy to minęło? W tym czasie tyle się wydarzyło i tyle się pozmieniało, a my mimo, że już nie tacy sami jak te 10  lat temu, to wciąż jesteśmy razem. 

Tak, nasz związek przeszedł wiele prób. Jedne były lekkie, a inne bardzo ciężkie. Jakie są te lekkie? Chociażby już na samym początku, kto płaci za randkę? On znowu się spóźnił, nie ma dla mnie czasu, jakaś koleżanka usilnie z nim esemesuje ;) To takie drobiazgi, które wskazywały nam czy druga połówka postępuje tak jak byśmy chcieli i dzięki temu z łatwością mogliśmy stwierdzić czy w ogóle do siebie pasujemy. Gorzej było z ciężkimi próbami. 

Na przestrzeni tych kilku lat z pewnością  mogę stwierdzić, że pierwszą najcięższą próbą dla naszego związku była wspólna wymarzona wyprowadzka. Przecież gdyby nie to, że  potrafimy się jakoś dogadać to pewnie wspólne mieszkanie nie byłoby możliwe, ale o tych perypetiach pisałam Wam niedawno w innej notce. Drugą próbą i zdecydowanie nie najlepszą była rozłąka i wyjazd Pana Poślubionego na dziewięć miesięcy w delegację. Pisaliśmy Wam tu o tym i wiecie jak bardzo oboje to przeżywaliśmy. Pisaliśmy też, że taka delegacja ma swoje plusy i minusy, ale jedno wiemy dziś na pewno, życie w taki sposób tzn. na odległość, zdecydowanie nie jest dla nas. 

Ostatnią, a może  i nie  ostatnią, ale z pewnością największą jak do tej pory próbą dla naszego związku jest urodzenie się naszego synka. Teraz na przestrzeni czasu wiemy, że ani wyprowadzka, ani ślub, ani delegacje czy inne perypetie tak bardzo nie zmieniają życia i nie wpływają na związek jak właśnie narodziny dziecka. Myślę, że jeżeli para nie jest naprawdę dobrze  zgrana i nie ma miłości, to tej  próby nie wytrzyma i związek najzwyczajniej w świecie się rozpadnie. 

Dlaczego to jest tak ogromna próba dla obojga? Czy to, że wiele osób mówi, że narodziny dziecka zmieniły ich życie, to już tylko oklepana fraza? Tak, myślałam będąc w ciąży. No przecież co ma się zmienić? Tylko to, że będzie nasze upragnione maleństwo, a reszta zostanie taka sama. Otóż nie. Rodzi się dziecko i zmienia się całe Twoje życie. Oczywiście możesz pozostać w stylu jaki prowadziłeś, ale on i tak ulegnie zmianie i nic już nie będzie takie samo. 

Od teraz ten mały człowiek rządzi całym Twoim światem. On decyduje czy dziś dzień będzie poukładany i według pewnego rytmu czy będzie cały ten dzień chciał być przy Tobie nie pozwalając Ci odejść choćby na krok. Te nieprzespane noce, zamartwianie się o zdrowie maluszka, czy boli go brzuszek, czemu płacze, jak mu pomóc, trzeba ponosić, bolący kręgosłup, obolałe ręce, ciągłe karmienie, obolałe piersi, a przede wszystkim ogromna odpowiedzialność za zdrowie i życie nowego człowieka powodują, że czasem narasta frustracja. 

Człowiek nagle z ciążowej sielanki, zostaje rzucony na głęboką wodę i to wcale nie jest takie  proste jakie się wydaje i jakie nie raz widzimy na ekranach telewizora. W tej całej rewolucji, próbujemy znaleźć więc siebie, choć kawałek dawnego życia. Ważne jest, aby oboje partnerzy pamiętali o tym, że ta druga połówka jest, nie zniknęła i nadal warto się do siebie przytulić, zasnąć w swoich objęciach, pocałować, a przede wszystkim porozmawiać, choćby jedynym tematem miała być kupa waszego potomka, to warto! 

Nam jak na razie wychodzi to sprawnie i mimo, że na początku wydawało się to nie realne to pomału wracamy do normalnego życia. Mały mając 5 tygodni był już z nami w restauracji (teraz mając 8 tygodni zaliczył już w sumie 4 takie wypady), a wiecie jak lubimy jeść na mieście, byliśmy też w centrum handlowym, odwiedzali nas znajomi, udało się zorganizować małą imprezkę, wybrać się w odwiedziny do przyjaciół, a teraz przed nami pierwszy duży wyjazd w trasę. 

Wszystko się da, trzeba jednak pamiętać, że teraz przede wszystkim najważniejszy jest ten mały człowiek i kiedy mu dana sytuacja nie pasuje my dostosowujemy się do niego. Jest nas już trójka i mimo, że czasem w całym tym zmęczeniu oboje z Panem Poślubionym marzymy o jednym dniu tylko we dwoje, to za nic nie zamienilibyśmy naszego życia na tamto, które było bez naszego małego chłopczyka. Ciekawi mnie jednak, jak to jest czy było u Was? Ile prób musiał przetrwać Wasz związek? Czy również macie wrażenie, że wszystkie inne próby to pikuś przy tym jak bardzo na związek wpływają narodziny dziecka? Czy narodziny dziecka też scementowały Wasz związek, czy przeciwnie? Piszcie z chęcią poczytam :)

3 marca 2015

Jak wygląda wspólne mieszkanie?

Uciekam na razie od tematu naszego malucha i porodu. Choć niedługo na pewno ten temat tu wróci, bo mamy z Panem Poślubionym kilka rzeczy do napisania dla Was. Widzę i wiem, że nasza relacja i sam synek wzbudza w niektórych czytelnikach wielkie emocje. Mam nadzieję, że jak na razie uszanujecie decyzję o zachowaniu jego imienia i twarzy w naszej sferze prywatności. Wiele rzeczy dzielimy z Wami na blogu, dużo prywatności odkrywamy przed wami.  Często krytykujecie i nie zawsze pozytywnie (takie wsze prawo) i o ile komentarze na temat nas samych (te negatywne) nas nie wzruszają, o tyle nie chcemy komentarzy na temat imienia czy wyglądu naszego synka przez osoby niejednokrotnie niemiłe, a na pewno zupełnie nam obce. Nasz synek jest najpiękniejszy i ma śliczne imię. Uszanujecie naszą decyzję. Możemy zdradzić Wam tyle, że to wykapany Pan Poślubiony, jego mała miniaturka. Wracamy jednak do tego o czym chciałam w tym poście napisać. 

Mieszkamy ze sobą już chyba ponad trzy lata...tak mi się wydaje, nigdy nie byłam dobra w określaniu czasoprzestrzeni. Dla mnie dwa lata czasem oznaczają rok, ale wydaje mi się, że tak..mieszkamy ze sobą już ponad trzy lata. W stosunku do całego życia to zaledwie przecinek, mały epizod, a mi jednak wydaje się jakbym mieszkała z Panem Poślubionym już z dziesięć lat. Może dlatego, że właśnie tyle ze sobą jesteśmy jako para? Po taki długim czasie, a może raczej właśnie krótkim, wydaje mi się, że jesteśmy już w stanie wypowiedzieć się co nieco na temat. 

Pamiętam ten czas kiedy naszym wspólnym celem było zamieszkanie razem. Nasze największe marzenie: móc budzić się koło siebie, zasypiać razem, jeść śniadania, obiady, kolacje. Pamiętam też doskonale dzień przeprowadzki, kiedy to apogeum szczęścia mieszało się z ogromnym lękiem i smutkiem, bo przecież zostawiam mój nastoletni pokój, moje nastoletnie życie i teraz będę w pełni odpowiedzialną Panią domu. Trzeba będzie płacić rachunki, gotować obiad i robić pranie. Wcześniej praktycznie to wszystko robiła mama. Teraz będę robiła to głównie ja. Jak to będzie? 

Przyznaję się pierwszy tydzień po przeprowadzce płakałam. Nie dlatego, że żałowałam, ale dlatego, że było mi szkoda właśnie tego etapu mojego życia który zakończyłam. Nie można mieć jednak wszystkiego. Z czasem nauczyłam się oswajać z tą myślą, że stare życie już nie powróci, a nowy etap przecież był moim marzeniem. Zaczęłam się cieszyć, głównie cieszyć, bo już nie było tej mieszanki żalu z radością, po tygodniu została sama radość. 

Potem po dwóch tygodniach przyszły święta i nasza pierwsza wspólna piękna choinka z Panem Poślubionym, pamiętam tą radość z ubierania...a teraz za nami już chyba trzecie czy czwarte (mówiłam, że się w tym gubię) święta na tym mieszkaniu, tym razem ja z ogromnym brzuchem i dalej  tak samo się cieszę z przygotowań. Ze zdobienia mieszkania, wspólnego lepienia uszek z Panem Poślubionym i gotowania ryby po grecku. 

Żeby jednak nie było tak sielankowo, wspólne mieszkanie nie zawsze wygląda kolorowo. Nie zawsze jest cudowny poranek i śniadanie do łóżka. Decydując się na wspólne mieszkanie razem trzeba się liczyć przede wszystkim z tym, że ta nasza druga połówka wynosi pewne przyzwyczajenia z domu rodzinnego, które niekoniecznie mogą nam pasować. Dobrze jest, kiedy nam kobietom, udaje się wyplewić pewne nawyki w ukochanych i zaczynają układać tą ściereczkę w kuchni tak jak powinna być, ale gorzej gdy nasz partner wcale nie widzi nic złego w tym, że ta szmatka leży zwinięta w kłębek. Wtedy zaczyna się walka, walka notabene z wiatrakami, bo nie da się kogoś oduczyć czegoś kiedy ta osoba uważa, że tak jest ok. 

Wtedy najczęściej powstają konflikty. No bo ile razy kobieta może spuszczać tą przysłowiową deskę w kiblu? Tak samo działa to w drugą stronę. Nasze kobiece zachowania, są niejednokrotnie nie do zniesienia dla naszych mężczyzn. Jak więc pogodzić tą różnicę płciową, a w większości wypadków różnicę charakterów czy nawyków? Uważam, że nie da się tego pogodzić. Można się starać dla drugiej osoby, ale czasami ja sama przyznam się, że mam lenia i wcale nie chce mi się zmywać tych naczyń. Niech stoją póki nie urośnie góra wielkości mount everest. 

Najczęściej wtedy akurat, zdarza się, ze potrafimy się zgrać i gdy góra w umywalce rośnie, w końcu sam Pan Poślubiony postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i chwała mu za to. Myślę więc, że w mieszkaniu razem chodzi głównie o to, żeby akceptować to, że nie raz nasz partner ma lenia tak samo jak my i uzupełniać się. Gorzej gdy działa to tylko w jedną stronę. Pamiętam chwilę, kiedy pewnego dnia Pan Poślubiony wypalił do mnie z pretensjami: "Czemu nie wyprałaś czarnych? No i w co ja mam się ubrać jutro! Nie mam jeansów!" Oooo to była istna płachta na byka. Wytłumaczyłam mu wtedy DOBITNIE, że pralka nie jest tylko moja i że brudy które piorę nie należą do mnie tylko i wyłącznie i jeśli wiedział, że będzie potrzebował tych spodni to tak samo mógł wstawić pranie, bo oprócz tego, ze są tam moje rzeczy to jest tak samo po równo jego rzeczy! Był to ostatni raz kiedy usłyszałam, że JA nie wyprałam czegoś. 

Pan Poślubiony od tamtej pory wziął się za pranie wtedy oczywiście kiedy tego potrzebował, bo nie powiem pranie nadal robiłam ja. U nas system ten działa zmyślnie. Gdy do mnie należy pranie, gotowanie, ścieranie kurzy, to do Pana Poślubionego zmywanie podłóg, wymiana wody w akwarium czy czyszczenie kuwety, ale tu już post robi się na temat wspólnych porządków, a przecież o tym już pisaliśmy. No ale hej, mieszkając razem to głównie o porządek idzie prawda? U nas reszta działa jak trzeba. 

24 lutego 2015

BonBonBaby luty2015

Przyznam szczerze, że pisanie recenzji na temat danego produktu jest dla mnie czarną magią, tym bardziej wyzwanie jest większe, bo dosłownie kilka dni temu zawitał do nas kurier z tajemniczą przesyłką BonBonBaby, a w niej nie jeden, a nawet kilka produktów wartych o tym żeby coś tu o nich naskrobać. Wiedziałam mniej więcej czego można się spodziewać, bo niejednokrotnie słyszałam o subskrypcji boxsów kosmetycznych, a nawet żywieniowych, ale pudełko dla niemowlaka? Co takiego właściwie mógłby taki box zwierać? Pieluchy? Chusteczki? Grzechotki? 

Ale, ale od początku. Dzień wcześniej dostaliśmy maila, iż z okazji narodzin naszego synka firma BonBonBaby wysyła nam box z produktami wybranymi specjalnie dla niego. Nie wiele myśląc, wstukałam więc w wujka google BonBonBaby i moim oczom ukazała się ładna, prosta strona wyjaśniająca w kilku  słowach o co właściwie chodzi. Subskrybujemy pudełko w którym co miesiąc w zależności jaki pakiet wybierzemy (można też jednorazowo) otrzymujemy minimum pięć pełnowartościowych produktów, próbki, porady eksperta, magazyn i jeden produkt wybrany specjalnie z myślą o mamie :) Myślę, że więcej szczegółów z łatwością można doczytać na stronie BonBonBaby w zakładce faq.

Wróćmy jednak do naszego Baby boxa i jego zawartości ;) oczywiście do pokoju wniósł go podekscytowany Pan Poślubiony i z trudem udało mi się powstrzymać go przed szybkim otwarciem pudełka, a przecież musiałam wykonać dla Was zdjęcia! Już samo pudełko zewnętrzne wyglądało ładnie, ale to które ukazało się naszym oczom po otwarciu szarego kartonu było jeszcze śliczniejsze! Wiem, może to hormony, ale ja już na wstępie zachwycałam się samym pudełkiem i słodkim ogromnym cukierkiem na pokrywce. 

Czemu właściwie o tym piszę? Ponieważ pierwsza myśli jaka mnie naszła to pomysł, że skoro subskrybujemy np. przez pół roku takie pudełko nazbiera się ich aż 6 sztuk, a dzięki temu, że jakość i wygląd pudełka są tak ładne, zamiast wyrzucać je po rozpakowaniu możemy śmiało wykorzystać w przechowywaniu rzeczy w domu np. w szafie i zorganizować sobie przestrzeń, ale to tylko moje spostrzeżenia, tak na marginesie ;)




Po uniesieniu pokrywki naszym oczom ukazały się trzy kartki wyjaśniające jakie produkty zawiera nasze pudełko, kartka z pozdrowieniami od zespołu bonbonbaby i kartka z poradami jak wspierać rozwój dziecka w wieku 0-6 miesięcy, Wszystkie trzy kartki opatrzone zostały piękną grafiką dopasowaną stylistycznie do samego pudełka.


Następnie przyszła kolej na najlepszą część otwierania czyli rozwiązanie kokardki i odklejenie bibuły, a naszym oczom ukazało się pełne pudełko produktów skąpanych w śmiesznych słomianych papierkach. 



Pierwsze co instynktownie chyba rzuciliśmy się z Panem Poślubionym na uroczego misia, który okazał się clipem do wózka mięciutkim misiem grzechotką :) Pierwszy pluszowy przyjaciel naszego synka :) nie za duży i idealnie pasował do fotelika samochodowego :) już tego samego dnia pojechał razem z nami na zakupy. 



Oczywiście i słynna firma HIPP musiała znaleźć się w pudełku dla niemowlaka i tym sposobem otrzymaliśmy słoiczek HIPP BIO Owoce&Zboża Maliny i jabłka z kleikiem ryżowym po 5 miesiącu i HIPP BIO zupka jarzynowa krem po 4 miesiącu. Dodatkowo firma HIPP dorzuciła poradnik żywieniowy. Jeśli chodzi o same dwa słoiczki to nasz maluch jest na nie jeszcze zdecydowanie za mały, na szczęście sprawdziłam datę i sięga ona do roku 2016 więc schowam je głęboko w szufladzie lodówki i z pewnością doczekają swojego czasu. Co innego skład. Nie jest najgorszy, ale nie jest też w 100% idealny, Można doczepić się do oleju rzepakowego w składzie zupki i soku z jabłek z zagęszczonego soku w składzie deserku, ale raz na jakiś czas w podróży taki słoiczek nie jest zbrodnią. Ja natomiast preferuję gotowanie maluszkowi w domu. 



Antybakteryjny krem do rąk, przed porodem zdziwiłby mnie i uznałabym go za przesadę. Jednak teraz wiem, że przy takim maleństwie należy zachować czystość (może nie sterylność, ale czystość) i taki krem przydaje się szczególnie przy wizycie gości, gdzie każdy chce dotknąć maleńkich rączek czy potrzymać bobasa i tu najlepiej zaproponować dezynfekcję rąk nie mówiąc już o umyciu ich (a niestety nie każdy z gości zawsze o tym pamięta) Kosmetyku fajnie jest też używać przy przebieraniu malucha, u nas został już wypróbowany. Ma świetną konsystencję i jest o tyle lepszy od żelu antybakteryjnego, że nie wysusza rąk a dodatkowo nie ma tak intensywnie charakterystycznego zapachu dezynfekcji. 


Emulianka - emulsja olejowa do kąpieli. Dla nas na razie nie potrzebna, ale przyda się pewnie w momencie gdy zauważę, że skóra malucha jest naprawdę przesuszona. Nie trzeba będzie lecieć do sklepu, bo sprawdzony produkt będzie już pod ręką ;)


Coś dla mamy! Przytulaśne skarpety na zimowe wieczory :) idealne gdy siedzimy z małym wieczorem na kanapie, ja piję ciepłą herbatkę, a on ciumka cyca. Mmm :)


Oczywiście pudełko zawiera także próbki, a w nich Pelux baby, początkowo nie wiedzieć czemu myślałam, że to do kąpieli malucha, a to po prostu super szybkie rozwiązanie przy praniu dziecięcych ubranek. Połączenie proszku i żelu w małej żelowej paczuszce, idealne na jedno pranie oraz pakiet próbek kremów z firmy TOŁPA. Miałam już styczność z ich kremami i używałam serii dla kobiet w ciąży. Tu pakiet próbek kremów do twarzy dla kobiet i znalazły się nawet próbki kremów dla Pana Poślubionego, a już biedaczek myślał, że w pudełku zupełnie pominięto obecność taty ;)



Poza tym w pudełku znalazłam również magazyn DZIECKO pierwsza inwestycja. Obszerny magazyn idealnie dobrany do skarpet i mojego wieczoru na kanapie podczas karmienia piersią. Nie dość, że w nogi ciepło to i poczytać co będzie ;) hehe


Oczywiście zainteresowanych pudełkiem było więcej, a szczególnie szeleszczącą bibułą i skrawkami papierków w środku. Na stół wskoczył zaciekawiony kot Arek i wszystko sam pierwszy obejrzał i ocenił zanim zrobi to najważniejszy członek naszej rodziny czyli nasz mały synek ;)




Na koniec. Takie pudełko to super rozwiązanie. Naprawdę bardzo przypadł mi do gustu pomysł subskrypcji BonBonbaby, szczególnie jest to trafiony pomysł dla młodych rodziców takich jak my, dla których niektóre produkty często są czarną magią, a tak nie dość, że co miesiąc sprawiamy sobie prezent, bo nigdy nie wiemy co będzie w środku, co dla mnie również jest super sprawą, ponieważ uwielbiam niespodzianki, to jeszcze mamy mnóstwo rzeczy w korzystnej cenie.