3 marca 2015

Jak wygląda wspólne mieszkanie?

Uciekam na razie od tematu naszego malucha i porodu. Choć niedługo na pewno ten temat tu wróci, bo mamy z Panem Poślubionym kilka rzeczy do napisania dla Was. Widzę i wiem, że nasza relacja i sam synek wzbudza w niektórych czytelnikach wielkie emocje. Mam nadzieję, że jak na razie uszanujecie decyzję o zachowaniu jego imienia i twarzy w naszej sferze prywatności. Wiele rzeczy dzielimy z Wami na blogu, dużo prywatności odkrywamy przed wami.  Często krytykujecie i nie zawsze pozytywnie (takie wsze prawo) i o ile komentarze na temat nas samych (te negatywne) nas nie wzruszają, o tyle nie chcemy komentarzy na temat imienia czy wyglądu naszego synka przez osoby niejednokrotnie niemiłe, a na pewno zupełnie nam obce. Nasz synek jest najpiękniejszy i ma śliczne imię. Uszanujecie naszą decyzję. Możemy zdradzić Wam tyle, że to wykapany Pan Poślubiony, jego mała miniaturka. Wracamy jednak do tego o czym chciałam w tym poście napisać. 

Mieszkamy ze sobą już chyba ponad trzy lata...tak mi się wydaje, nigdy nie byłam dobra w określaniu czasoprzestrzeni. Dla mnie dwa lata czasem oznaczają rok, ale wydaje mi się, że tak..mieszkamy ze sobą już ponad trzy lata. W stosunku do całego życia to zaledwie przecinek, mały epizod, a mi jednak wydaje się jakbym mieszkała z Panem Poślubionym już z dziesięć lat. Może dlatego, że właśnie tyle ze sobą jesteśmy jako para? Po taki długim czasie, a może raczej właśnie krótkim, wydaje mi się, że jesteśmy już w stanie wypowiedzieć się co nieco na temat. 

Pamiętam ten czas kiedy naszym wspólnym celem było zamieszkanie razem. Nasze największe marzenie: móc budzić się koło siebie, zasypiać razem, jeść śniadania, obiady, kolacje. Pamiętam też doskonale dzień przeprowadzki, kiedy to apogeum szczęścia mieszało się z ogromnym lękiem i smutkiem, bo przecież zostawiam mój nastoletni pokój, moje nastoletnie życie i teraz będę w pełni odpowiedzialną Panią domu. Trzeba będzie płacić rachunki, gotować obiad i robić pranie. Wcześniej praktycznie to wszystko robiła mama. Teraz będę robiła to głównie ja. Jak to będzie? 

Przyznaję się pierwszy tydzień po przeprowadzce płakałam. Nie dlatego, że żałowałam, ale dlatego, że było mi szkoda właśnie tego etapu mojego życia który zakończyłam. Nie można mieć jednak wszystkiego. Z czasem nauczyłam się oswajać z tą myślą, że stare życie już nie powróci, a nowy etap przecież był moim marzeniem. Zaczęłam się cieszyć, głównie cieszyć, bo już nie było tej mieszanki żalu z radością, po tygodniu została sama radość. 

Potem po dwóch tygodniach przyszły święta i nasza pierwsza wspólna piękna choinka z Panem Poślubionym, pamiętam tą radość z ubierania...a teraz za nami już chyba trzecie czy czwarte (mówiłam, że się w tym gubię) święta na tym mieszkaniu, tym razem ja z ogromnym brzuchem i dalej  tak samo się cieszę z przygotowań. Ze zdobienia mieszkania, wspólnego lepienia uszek z Panem Poślubionym i gotowania ryby po grecku. 

Żeby jednak nie było tak sielankowo, wspólne mieszkanie nie zawsze wygląda kolorowo. Nie zawsze jest cudowny poranek i śniadanie do łóżka. Decydując się na wspólne mieszkanie razem trzeba się liczyć przede wszystkim z tym, że ta nasza druga połówka wynosi pewne przyzwyczajenia z domu rodzinnego, które niekoniecznie mogą nam pasować. Dobrze jest, kiedy nam kobietom, udaje się wyplewić pewne nawyki w ukochanych i zaczynają układać tą ściereczkę w kuchni tak jak powinna być, ale gorzej gdy nasz partner wcale nie widzi nic złego w tym, że ta szmatka leży zwinięta w kłębek. Wtedy zaczyna się walka, walka notabene z wiatrakami, bo nie da się kogoś oduczyć czegoś kiedy ta osoba uważa, że tak jest ok. 

Wtedy najczęściej powstają konflikty. No bo ile razy kobieta może spuszczać tą przysłowiową deskę w kiblu? Tak samo działa to w drugą stronę. Nasze kobiece zachowania, są niejednokrotnie nie do zniesienia dla naszych mężczyzn. Jak więc pogodzić tą różnicę płciową, a w większości wypadków różnicę charakterów czy nawyków? Uważam, że nie da się tego pogodzić. Można się starać dla drugiej osoby, ale czasami ja sama przyznam się, że mam lenia i wcale nie chce mi się zmywać tych naczyń. Niech stoją póki nie urośnie góra wielkości mount everest. 

Najczęściej wtedy akurat, zdarza się, ze potrafimy się zgrać i gdy góra w umywalce rośnie, w końcu sam Pan Poślubiony postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i chwała mu za to. Myślę więc, że w mieszkaniu razem chodzi głównie o to, żeby akceptować to, że nie raz nasz partner ma lenia tak samo jak my i uzupełniać się. Gorzej gdy działa to tylko w jedną stronę. Pamiętam chwilę, kiedy pewnego dnia Pan Poślubiony wypalił do mnie z pretensjami: "Czemu nie wyprałaś czarnych? No i w co ja mam się ubrać jutro! Nie mam jeansów!" Oooo to była istna płachta na byka. Wytłumaczyłam mu wtedy DOBITNIE, że pralka nie jest tylko moja i że brudy które piorę nie należą do mnie tylko i wyłącznie i jeśli wiedział, że będzie potrzebował tych spodni to tak samo mógł wstawić pranie, bo oprócz tego, ze są tam moje rzeczy to jest tak samo po równo jego rzeczy! Był to ostatni raz kiedy usłyszałam, że JA nie wyprałam czegoś. 

Pan Poślubiony od tamtej pory wziął się za pranie wtedy oczywiście kiedy tego potrzebował, bo nie powiem pranie nadal robiłam ja. U nas system ten działa zmyślnie. Gdy do mnie należy pranie, gotowanie, ścieranie kurzy, to do Pana Poślubionego zmywanie podłóg, wymiana wody w akwarium czy czyszczenie kuwety, ale tu już post robi się na temat wspólnych porządków, a przecież o tym już pisaliśmy. No ale hej, mieszkając razem to głównie o porządek idzie prawda? U nas reszta działa jak trzeba. 

24 lutego 2015

BonBonBaby luty2015

Przyznam szczerze, że pisanie recenzji na temat danego produktu jest dla mnie czarną magią, tym bardziej wyzwanie jest większe, bo dosłownie kilka dni temu zawitał do nas kurier z tajemniczą przesyłką BonBonBaby, a w niej nie jeden, a nawet kilka produktów wartych o tym żeby coś tu o nich naskrobać. Wiedziałam mniej więcej czego można się spodziewać, bo niejednokrotnie słyszałam o subskrypcji boxsów kosmetycznych, a nawet żywieniowych, ale pudełko dla niemowlaka? Co takiego właściwie mógłby taki box zwierać? Pieluchy? Chusteczki? Grzechotki? 

Ale, ale od początku. Dzień wcześniej dostaliśmy maila, iż z okazji narodzin naszego synka firma BonBonBaby wysyła nam box z produktami wybranymi specjalnie dla niego. Nie wiele myśląc, wstukałam więc w wujka google BonBonBaby i moim oczom ukazała się ładna, prosta strona wyjaśniająca w kilku  słowach o co właściwie chodzi. Subskrybujemy pudełko w którym co miesiąc w zależności jaki pakiet wybierzemy (można też jednorazowo) otrzymujemy minimum pięć pełnowartościowych produktów, próbki, porady eksperta, magazyn i jeden produkt wybrany specjalnie z myślą o mamie :) Myślę, że więcej szczegółów z łatwością można doczytać na stronie BonBonBaby w zakładce faq.

Wróćmy jednak do naszego Baby boxa i jego zawartości ;) oczywiście do pokoju wniósł go podekscytowany Pan Poślubiony i z trudem udało mi się powstrzymać go przed szybkim otwarciem pudełka, a przecież musiałam wykonać dla Was zdjęcia! Już samo pudełko zewnętrzne wyglądało ładnie, ale to które ukazało się naszym oczom po otwarciu szarego kartonu było jeszcze śliczniejsze! Wiem, może to hormony, ale ja już na wstępie zachwycałam się samym pudełkiem i słodkim ogromnym cukierkiem na pokrywce. 

Czemu właściwie o tym piszę? Ponieważ pierwsza myśli jaka mnie naszła to pomysł, że skoro subskrybujemy np. przez pół roku takie pudełko nazbiera się ich aż 6 sztuk, a dzięki temu, że jakość i wygląd pudełka są tak ładne, zamiast wyrzucać je po rozpakowaniu możemy śmiało wykorzystać w przechowywaniu rzeczy w domu np. w szafie i zorganizować sobie przestrzeń, ale to tylko moje spostrzeżenia, tak na marginesie ;)




Po uniesieniu pokrywki naszym oczom ukazały się trzy kartki wyjaśniające jakie produkty zawiera nasze pudełko, kartka z pozdrowieniami od zespołu bonbonbaby i kartka z poradami jak wspierać rozwój dziecka w wieku 0-6 miesięcy, Wszystkie trzy kartki opatrzone zostały piękną grafiką dopasowaną stylistycznie do samego pudełka.


Następnie przyszła kolej na najlepszą część otwierania czyli rozwiązanie kokardki i odklejenie bibuły, a naszym oczom ukazało się pełne pudełko produktów skąpanych w śmiesznych słomianych papierkach. 



Pierwsze co instynktownie chyba rzuciliśmy się z Panem Poślubionym na uroczego misia, który okazał się clipem do wózka mięciutkim misiem grzechotką :) Pierwszy pluszowy przyjaciel naszego synka :) nie za duży i idealnie pasował do fotelika samochodowego :) już tego samego dnia pojechał razem z nami na zakupy. 



Oczywiście i słynna firma HIPP musiała znaleźć się w pudełku dla niemowlaka i tym sposobem otrzymaliśmy słoiczek HIPP BIO Owoce&Zboża Maliny i jabłka z kleikiem ryżowym po 5 miesiącu i HIPP BIO zupka jarzynowa krem po 4 miesiącu. Dodatkowo firma HIPP dorzuciła poradnik żywieniowy. Jeśli chodzi o same dwa słoiczki to nasz maluch jest na nie jeszcze zdecydowanie za mały, na szczęście sprawdziłam datę i sięga ona do roku 2016 więc schowam je głęboko w szufladzie lodówki i z pewnością doczekają swojego czasu. Co innego skład. Nie jest najgorszy, ale nie jest też w 100% idealny, Można doczepić się do oleju rzepakowego w składzie zupki i soku z jabłek z zagęszczonego soku w składzie deserku, ale raz na jakiś czas w podróży taki słoiczek nie jest zbrodnią. Ja natomiast preferuję gotowanie maluszkowi w domu. 



Antybakteryjny krem do rąk, przed porodem zdziwiłby mnie i uznałabym go za przesadę. Jednak teraz wiem, że przy takim maleństwie należy zachować czystość (może nie sterylność, ale czystość) i taki krem przydaje się szczególnie przy wizycie gości, gdzie każdy chce dotknąć maleńkich rączek czy potrzymać bobasa i tu najlepiej zaproponować dezynfekcję rąk nie mówiąc już o umyciu ich (a niestety nie każdy z gości zawsze o tym pamięta) Kosmetyku fajnie jest też używać przy przebieraniu malucha, u nas został już wypróbowany. Ma świetną konsystencję i jest o tyle lepszy od żelu antybakteryjnego, że nie wysusza rąk a dodatkowo nie ma tak intensywnie charakterystycznego zapachu dezynfekcji. 


Emulianka - emulsja olejowa do kąpieli. Dla nas na razie nie potrzebna, ale przyda się pewnie w momencie gdy zauważę, że skóra malucha jest naprawdę przesuszona. Nie trzeba będzie lecieć do sklepu, bo sprawdzony produkt będzie już pod ręką ;)


Coś dla mamy! Przytulaśne skarpety na zimowe wieczory :) idealne gdy siedzimy z małym wieczorem na kanapie, ja piję ciepłą herbatkę, a on ciumka cyca. Mmm :)


Oczywiście pudełko zawiera także próbki, a w nich Pelux baby, początkowo nie wiedzieć czemu myślałam, że to do kąpieli malucha, a to po prostu super szybkie rozwiązanie przy praniu dziecięcych ubranek. Połączenie proszku i żelu w małej żelowej paczuszce, idealne na jedno pranie oraz pakiet próbek kremów z firmy TOŁPA. Miałam już styczność z ich kremami i używałam serii dla kobiet w ciąży. Tu pakiet próbek kremów do twarzy dla kobiet i znalazły się nawet próbki kremów dla Pana Poślubionego, a już biedaczek myślał, że w pudełku zupełnie pominięto obecność taty ;)



Poza tym w pudełku znalazłam również magazyn DZIECKO pierwsza inwestycja. Obszerny magazyn idealnie dobrany do skarpet i mojego wieczoru na kanapie podczas karmienia piersią. Nie dość, że w nogi ciepło to i poczytać co będzie ;) hehe


Oczywiście zainteresowanych pudełkiem było więcej, a szczególnie szeleszczącą bibułą i skrawkami papierków w środku. Na stół wskoczył zaciekawiony kot Arek i wszystko sam pierwszy obejrzał i ocenił zanim zrobi to najważniejszy członek naszej rodziny czyli nasz mały synek ;)




Na koniec. Takie pudełko to super rozwiązanie. Naprawdę bardzo przypadł mi do gustu pomysł subskrypcji BonBonbaby, szczególnie jest to trafiony pomysł dla młodych rodziców takich jak my, dla których niektóre produkty często są czarną magią, a tak nie dość, że co miesiąc sprawiamy sobie prezent, bo nigdy nie wiemy co będzie w środku, co dla mnie również jest super sprawą, ponieważ uwielbiam niespodzianki, to jeszcze mamy mnóstwo rzeczy w korzystnej cenie.  

19 lutego 2015

Poród oczami mężczyzny


Od nauki do sesji  oderwał mnie telefon od Pani Poślubionej, abym się może jednak zdrzemnął, bo to prawdopodobnie dziś będzie ten dzień (Pani Poślubiona od przedpołudnia była w szpitalu). Już godzinę później telefon zadzwonił po raz drugi. Odbieram, ale tym razem po drugiej stronie słuchawki nic nie słychać, nagle jęk, po chwili usłyszałem słowa: "zbieraj się, weź kanapki".

Nie myśląc zbyt długo stwierdziłem, że kanapki to rzecz całkowicie zbędna,  z ledwością mogę zebrać myśli i założyć spodnie, bo tak się trzęsę, a przy robieniu kanapek to bym chyba sobie rękę odciął. Wskoczyłem więc szybko do auta, kierunek szpital, oddział, pokój, a tam już łóżko Pani Poślubionej zaścielone. Jej współlokatorki poinformowały mnie, że już od godziny jest na bloku porodowym.

Wskakuje z powrotem do windy i usilnie staram się przypomnieć na którym piętrze był ten cholerny blok porodowy! W końcu naciskam wszystkie guziki po kolei i z zatrzymującej się na piętrach windy wystawiam łeb, aby sprawdzić czy to jest to piętro. Gdy już znalazłem duży napis nad drzwiami "BLOK PORODOWY" (a przecież byłem już tutaj na szkole rodzenia) to okazało się, że drzwi są zamknięte! Szarpię, walę, stukam, ale dopiero po chwili zauważam dzwonek na ścianie.

Wchodzę. Już od wejścia słyszę jęczenie, myślę: to Pani Poślubiona? Po wejściu do sali porodowej niepewność mija, to jest Pani Poślubiona i to ona się drze wniebogłosy! Każą iść mi się przebrać w dresy, samo znalezienie ich w walizce, którą sam pakowałem zabiera mi kilka minut, a przebranie kończy się prawie pawiem do umywalki. Patrzę na siebie w lustrze i mówię: stary weź się w garść, to nie ciebie rozrywa od środka. Nie pomaga.

Lecę na górę do Pani Poślubionej z powrotem, ona już się szykuje do przejścia do wanny. W wannie widzę, ulgę na jej twarzy jesteśmy w stanie rozmawiać w przerwach między skurczami. Staram się jej jakoś pomóc, ulżyć w bólach, rozluźnić, nie wiem może to głupie ale, odwrócić jej uwagę od bólu?

Krzyki stają sięjednak coraz mocniejsze, wnioskuję, że bóle również. Kiedy wróciliśmy do sali porodowej to Pani Poślubiona wydawała już dźwięki przypominające te z egzorcyzmów Emily Rose: głębokie, gardłowe krzyki, które wydawały mi się słyszalne w całym szpitalu. Tak też Pani Opętana, tzn Poślubiona krzyczała, cierpiała, a ja wraz z nią.


Nawet nie wiem w którym momencie przestałem się trząść ze strachu i nerwów, wkroczyłem do akcji kiedy małemu zaczął słabnąć puls i zawisła nad nami wizja cesarki. Oboje tak się spięliśmy, że z pomocą Położnej doprowadziliśmy wszystko do szczęśliwego końca.

Moment kiedy dziecko przychodzi na świat, kiedy położna mówi Ci jaka jest jego płeć i kładzie tuż przy Tobie jest nie do opisania. W chwili poczułem, że to jest najważniejsza osoba na świecie i nie możesz, nie chcesz odstąpić jej na krok. Pani Poślubiona odeszła w minutę na drugi plan, urodziła, żyje wszystko w porządku, teraz najważniejszy jest nasz synek. Ważenie, mierzenie, jego płacz zależność od nas to najpiękniejsze uczucia na świecie nie do opisania i opowiedzenia. Prawdziwy cud narodzin.