22 sierpnia 2014

Pudło z pamiątkami


Ostatnio w ferworze syndromu wicia gniazda, zarządziłam porządki. O dziwo, Pan Poślubiony z małym, ale jednak entuzjazmem, zgodził się. "Musimy przecież w końcu zrobić miejsce w komodzie na rzeczy maleńctwa!" Mimo, że udało nam się kupić zaledwie jedno body, ubrankami jesteśmy dosłownie zasypywani. Trzeba gdzieś to pomału składować, a nie tak jak do tej pory upychać między własne bluzki i jeansy. 

Porządki były burzliwe i kończyło się na tym, że jedno decydowało za drugie czy faktycznie dana książka czy gazeta powinna w domu zostać. "Zobacz, tej Gali nie mogę wyrzucić w końcu jestem w gazecie!" (To nic, że na jednym małym zdjęciu i tylko ja sama z lupą w ręku siebie dostrzegę. "Wiem! Mam pomysł! Na takie rzeczy stworzymy pudło pamiątek!"

Tak też powstało, a właściwie u mnie w pokoju zawsze takie było. Wbrew pozorom nie jestem typem zbieraczki, ale uważam, że są czasem takie rzeczy, które wywołują wspomnienia jakich nigdy nie chcielibyśmy się pozbyć. Obrazują je jak zdjęcia i wystarczy spojrzeć na zwykłą pocztówkę, przeczytać tył i już człowiek cieszy się, ze przecież kiedyś ta koleżanka napisała do mnie i jak tu pozbyć się takiej pamiątki.

Co  jest w naszym pudle? Jako, że praktycznie znamy się od 15 roku życia wiele rzeczy jest wspólnych i wiąże się z nami samymi. Przede wszystkim na pierwszym miejscu i najważniejsze dla mnie są nasze listy miłosne, kartki walentynkowe, liściki przemycane na lekcji, wyznania i pocztówki. Oboje segregując to pudło i czytając poszczególne liściki mimowolnie uśmiechamy się pod nosem. Człowiek czyta jak bardzo kochał, ale też widzi jak bardzo szczenięca i niedojrzała jeszcze wtedy to była miłość. 


Kolejnym podpunktem są pamiątki z dzieciństwa. O ile Pana Poślubionego pamiątek tego typu jest znikoma ilość i chyba jest to tylko książeczka zdrowia dziecka, pamiątka z pierwszej komunii świętej i legitymacja z podstawówki, to w moim przypadku znajdziemy już nawet takie skarby jak pierwsza grzechotka, plastuś ulepiony w pierwszej klasie podstawówki z plasteliny czy nawet kilka pierwszych zębów mlecznych, które mi wypadły! (Notabene Pan Poślubiony uważa, że to obrzydliwe)


W pudle znalazły się oczywiście nasze kartki ślubne od gości, mamy nawet kartki na osiemnastkę, kartki z bierzmowania, przeróżne pocztówki, kartki jakie dostaliśmy na święta do naszego pierwszego wspólnego mieszkanka. Są laurki i rysunki jakie rysowała nam moje młodsza siostra gdy miała 3,5,8,10 lat. Są stare paszporty, indeks ze studiów, medale, dyplomy, zdjęcia klasowe. Jednym zdaniem: wspomnień cała masa.






Niestety na zdjęciach nie mogę podzielić się z Wami treścią tych pamiątek, ani nawet wszystkim pamiątkami, bo niektóre są dla nas naprawdę szczególne. Kiedyś lubiłam bardzo pisać, więc w tym pudle schowałam dwa pamiętniki. Jeden, który sporadycznie prowadziłam od 12 roku życia do 19 roku życia. Drugi, który kiedyś może mieliście okazję prowadzić sami, pamiętnik w stylu "wpisz mi wierszyk" Pamiętacie słynne zdanie "Wpiszesz mi się do pamiętnika???" Zaginanie rogów i podpisywanie ich "SEKRET" ? Mam takie cudo :) 


Ciekawi mnie czy wy też w domu macie takie pudło pamiątek? Czy wasze wspomnienia warlają się gdzieś wśród rachunków i papierów? My uporządkowaliśmy swoje. Wynik? Piękne pudło pełne wspomnień, dwie duże szuflady czekające na nowego członka rodziny. Pomału wszystko układa się w całość. 

Ps. Tak poza tematem jeszcze: powiem Wam skrycie, że nie ma nic piękniejszego niż ruchy maleństwa w brzuszku. Nasz ma już 14 cm, wkraczamy w 18 tydzień, a mi już dwa razy udało się poczuć jego kopniaki pod ręką. Pan Poślubiony nadal cierpliwe czeka. Cebuszki jeszcze nie kupiłam. Nadal się zastawiam. Myślę, że będę musiała od czasu do czasu zamieścić na blogu ciążowy post. Może oboje napiszemy, jak postrzegamy ciąże i jak to z każdej ze stron jest widziane? Myślę, że to dobry pomysł. Do usłyszenia więc ;)


18 sierpnia 2014

Długi łikend.


PANI POŚLUBIONA

Jak co roku akurat sierpniowy długi weekend spędzamy w górach w domu u Panny K. zjeżdża się pełno jej znajomych i hulaj dusza piekła nie ma. Jak co roku nastawiłam się na bardzo bardzo dobrą zabawę z tym, że z tym wyjątkiem, że mnie niestety, a może i stety zakrapiane trunki ominęły. Było ognisko, szalone tańce i totalne wyluzowanie, ale chyba nie o tym chciałam tu pisać. 

Weekend swoją drogą, a moja ciąża swoją tak też zauważyłam. Sama nie wiem od czego zacząć. Może zacznę od tego, że w całym naszym bliskim gronie znajomych to ja jestem jako pierwsza w ciąży. Z czym to się wiąże? Na pierwszy ogień nasuwa mi się myśl: totalny brak zrozumienia. Będąc tam w górach w naszym 12 osobowym gronie mogłam obserwować jak mężczyźni lub kobiety zachowywali się w stosunku do mnie.

To co zauważyłam to to, że dla niektórych przestałam być tą dziewczyną co wcześniej i w sumie poczułam się w rozmowie z nimi jakbym straciła tożsamość, bo w końcu to, że mam brzuch nie oznacza, że teraz należy ze mną rozmawiać tylko i wyłącznie na tematy ciąży, porodu, dzieci. Myślę, że większość z nich nie wiedziała jak się do mojej ciąży odnieść i właściwie co mogę zaoferować w rozmowie oprócz odpowiedzi na pytania: "To kiedy masz termin? Macie jakieś imiona? A córka mojej siostry to..."

Nie zrozumcie mnie źle. Bardzo lubię odpowiadać na te pytania i mówić o ciąży, ale nie w kółko i nie za każdym razem. Nie powiem też, bo bardzo lubię wszystkich tych, którzy się w górach zjawili. Dlaczego więc nagle niedzieciate towarzystwo przestało mnie bawić? Myślę, że jest to kwestia priorytetów, dojrzałości i jak to ktoś mi powiedział, ciąża weryfikuje znajomości i sama jestem ciekawa ile z tych ludzi będzie się z nami chciało spotykać kiedy urodzi się maluch. Może też jest inaczej niż nam się wydaje i to nie oni zachowują się inaczej, a to my się zmieniliśmy? Możliwe. Nie neguję tego. 

Nie będę już smęcić. Suma summarum, w sobotę właśnie z tego względu zwinęliśmy manatki z Panem Poślubionym i postanowiliśmy trochę pozwiedzać. Na pierwszy ogień poszła góra Żar, kolejka, a w moim przypadku wszamanie grillowanego oscypka z żurawiną, no po prostu PYCHA! Wjechaliśmy na górę pooddychać świeżym powietrzem i troszkę pospacerować. Zjedliśmy obiad i heja z powrotem na dół.




Kolejnym punktem na mapie był zalew żywiecki czy jezioro żywieckie, sama nie wiem, ale tam mi się bardzo bardzo podobało.. również pospacerowaliśmy i Pan Poślubiony standardowo uczył mnie jak się puszcza kaczki, a ja standardowo zupełnie tego nie załapałam. Na koniec naszej wyprawy, dla odmiany po nie dzieciowym towarzystwie, znowu odwiedziliśmy znajomych z Kenii, tych samych o których pisaliśmy w poprzednim poście. 




Ogółem rzecz biorąc cały weekend jakoś przeleciał, Oboje żałujemy jednak, że nie zebraliśmy się w porę i nie wyruszyliśmy nad morze...no bo co to za pogodynka zapowiadała deszcze??? Przecież pogoda była piękna!!!


PAN POŚLUBIONY

Jak już wiecie od Pani Poślubionej sierpniowy długi weekend od dawna był już zaplanowany. Jak co roku jedziemy w góry do przyjaciół, jak co roku będziemy się bawić, wariować i odpoczywać, jak co roku będzie fajnie. 

Czy aby na pewno?

Czwartek zaraz po pracy pakujemy się do auta i ruszamy w iście szampańskich nastrojach do Krzyżowej koło Korbielowa. Całą drogę umilał nam strzelający przegub przedniego koła przez co rozmowa nawet stała się problematyczna. Na szczęście po 3 godzinach jazdy w korkach udaje nam się dotrzeć na miejsce. Wychodzimy z auta, witamy się, a już wołają nas na jednego. Tzn mnie wołają Pani Poślubiona idzie rozgościć się w pokoju.

Palimy ognisko robią się nasze tradycyjne coroczne pieczonki, a towarzystwo oddaje się błogiej konsumpcji polskich specjałów. Cytując nagłówek jednej z gorszych i bardziej poczytnych gazet w Polsce: "libacja alkoholowa trwała do późnych godzin nocnych"

Poranek wbrew pozorom jest bardzo przyjemny, bez większych utrudnień zbieramy się na dół. Schodzę, już ktoś proponuje mi piwo. Nie wiem czy ja się tak postarzałem, że mnie to nie bawi i nie zachwyca? Czy może to po prostu kwestia dojrzałości? Jestem już po prostu skostniałym staruchem, który na śniadanie chce zjeść parówkę, a nie przechylić browar.

Jasne, nie bronię nikomu takiego postępowania, ale nie rozumiem dlaczego wystawiam się na ostracyzm jeśli nie robię czegoś tak jak wszyscy. Cały dzień mija na siedzeniu na tyłku przed chałupą i patrzeniu się na siebie, nawet konkretnych rozmów nie ma. Szczerze miałem już ochotę wracać.

Kolejny wieczór, kolejna impreza o tyle o ile ja jeszcze odnajduje się w towarzystwie to Pani Poślubiona raczej się błąka bez większego celu. No i ma racje w pewnym momencie pewne zachowania zupełnie przestają bawić i śmieszyć. Podejmujemy decyzję, że nie ma sensu się umęczać i tracić jeszcze dwóch dni. Jutro wyjeżdżamy.
Niestety jak bardzo byśmy się nie bronili przed swojego rodzaju wykluczeniem z kręgów towarzyskich to i tak to się nie uda tego uniknąć, wiadomo, że wszystko zależy również od tego jakich znajomych mamy jeszcze przed ciążą i czy oni będą w stanie zrozumieć nasz odmienny stan. Nasi jednak chyba nie do końca odnajdują się w nowej nie tylko dla nich, ale przede wszystkim dla nas sytuacji.

W sobotni poranek pakujemy się dość sprawnie, żegnamy i jedziemy do Żywca odwiedzamy Jezioro Żywieckie, górę Żar o której wszyscy wokoło mówią, a tak naprawdę to nic szczególnego tam nie ma. Ale jest wesoło coś się dzieje, zmieniamy otoczenie, relaksujemy się.




Na koniec dnia wpadamy do naszych serdecznych znajomych, zawsze w ich obecności ładuję akumulatory. Dają mi bardzo dużo energii przez swą radość i pozytywne podejście do życia. 

6 sierpnia 2014

Dzieci znajomych.



PAN POŚLUBIONY

W ubiegły weekend odwiedził nas pewien bloger wraz ze swoimi dwiema z trzech pociech i Żoną. Jak przebiegła ich wizyta macie szansę przeczytać poniżej:

Pani Poślubiona od rana krząta się po mieszkaniu i szykuje na przyjazd gości kiedy ja ze stoickim spokojem piorę tapicerkę w samochodzie z myślą o tym jak niedługo będzie zafajdana przez naszego bobasa. (myślicie, że dobrym rozwiązaniem byłoby gumową wycieraczkę z ziemi przełożyć pod fotelik dziecka?)

Wracając do tematu; pukanie do drzwi, otwieram, a za nimi stoją nasi serdeczni znajomi z Kenii. Nie widzieliśmy się zaledwie trzy miesiące, a mnie się wydaje, że to już rok minął. Pierwszy raz w życiu mam tak, że widzę kogoś trzeci raz na oczy, a wydaję mi się jakbyśmy się znali od wieków! Dopiero teraz dostrzegam jak mocno potrafi scementować wspólna walka z muchami tse tse!

Mija chwila powitania, a dwójka najmłodszych gości już rozeznaje teren. Po chwili na parapecie w sypialni dostrzegają kota. W myślach już triumfuje: -teraz to Ci dadzą popalić za wszystkie czasy sierściuchu, za te wszystkie nieprzespane noce i poranne pobudki! 

Nie myliłem się, chłopcy obwarowali łóżko pod którym siedział kot niczym Niemcy Leningrad w 1941r. Kot nie miał szans w końcu skapitulował, chłopcy pochwycili go i gonili przez całe mieszkanie nie odstępując go na krok. Przez chwilę nieuwagi skitrał się za firaną lecz i tam nie zaznał spokoju na dłuższą chwilę. W końcu kot się poddał i twierdził, że dalsza ucieczka nie ma sensu kładąc się tym samym na kanapie. Miał rację, dzieci z powodu braku zabawy w leniwym kocie olały go najzwyczajniej w świecie i zaczęły szukać nowych uciech.
 
Coś chrobocze, przesuwa się, rozsypuje - wyjątkowo, jak nigdy stwierdzam, że wali mnie to. Zazwyczaj jak ktoś coś upuści na ziemie rozsypie lecę już po szmatkę i zbieram tym razem nie zależy mi. Zdaję sobie sprawę, że i tak nie wygram z dwójką dzieci, a nawet mi to nie przeszkadza wręcz przeciwnie sprawia radość, że coś się dzieje pomiędzy głuchymi ścianami. Są dzieci jest radość. 

W pewnym momencie Blog Ojciec pyta czy może skorzystać z naszego odkurzacza, odpowiadam, że nie ma sprawy nie dopytując o szczegóły. Pani Poślubiona przegrała z ciekawością i zajrzała co się dzieje. Okazało się, że dzieciaczki postanowiły wyjąć żwirek z kociej kuwety na podłogę i na górę kuwety. Rękami! No cóż dobrze, że go nie wyjadały bo nie był zmieniany od dwóch tygodni.

Później wyruszyliśmy całą bandą na miasto o czym może opowie Pani Poślubiona, ja skupię się na tym co zaczęliśmy odkrywać po powrocie do domu. Wchodzimy do sypialni, a tam w szklance z wodą leżą skarpetki Pani Poślubionej, na nich obrazek święty i telefon komórkowy na dokładkę. Dobrze, że wody nie było za dużo!   :P

W łazience włączona pralka, a w niej skrawki papieru toaletowego, podkładka pod prysznic, olejek do włosów i jeszcze parę rzeczy. To miłe, że dzieci chciały nam pomóc w porządkach. Reasumując po kilku godzinach nasze mieszkanie wyglądało jakby przez nie przeszło tornado. Ale jak tylko zerkało się w któreś z miejsc naruszonych przez dzieci, aż z przyjemnością wracało się w pamięci do chwil z przed kilku godzin.

Z tak sympatycznymi, wesołymi i żywiołowymi dziećmi już dawno nie przebywałem, zazdroszczę naszym przyjaciołom takich pociech, ale to tylko zasługa ich sposobu wychowania. 

Tak fajnych psikusów już dawno nam nikt nie zrobił!

Po wszystkim spytałem Panią Poślubiona czy aby na pewno jest pewna, że chcemy i damy sobie radę z trójką dzieci. Zobaczymy....


PANI POŚLUBIONA

Tym razem przed napisaniem mojej notki, pierwszy raz zmuszona byłam przeczytać co też naskrobał Pan Poślubiony. Mam napisać o tym jak wyszliśmy ze znajomymi z domu i poszliśmy na spacer, ale czy ja wiem czy jest o czym pisać? Spacer jak spacer, poza tym, że Pan Poślubiony był w szoku, że małe dzieci tak wolno chodzą, co mnie absolutnie nie zdziwiło. Na spacerze odwiedliśmy pobliski park, a w nim palmiarnię, potem fontannę z racji tego, że było z 35 stopni, ogółem mnie się bardzo podobało. 

Co do wydarzeń w domu, to absolutnie nie byłam zdziwiona pomysłowością tych małych brzdący, a nawet zanim do nas dotarli już się zastanawiałam, co tez się wydarzy i czym nas zaskoczą. Zdecydowanie brakuje mi tego rumoru w domu. Choć jak w rozmowie z Kamilem stwierdziłam, że z dziećmi nie jest nudno, ale czasem człowiek chciałaby się trochę ponudzić, tak i my bezdzietni czasem tak się nudzimy, a nawet często, że przydałyby się małe rączki, żeby trochę w domu po rozrabiać i urozmaicić nam życie. 

Swoją drogą ich dzieci są niesamowite, a piszę to, bo nie każde dziecko, tak jak nie każdy dorosły jest fajne. Tych dwóch chłopców jednak skradło moje serce, szkoda, że nie miałam szansy lepiej poznać najstarszej córki. Myślę, że oczywiście porównywałabym ją do mojej młodszej siostry, bo jako starsza siostra i najstarsza z kuzynostwa (a jest na szesnaścioro) tylko takie mam porównanie. Zawsze lubiłam zajmować się dziećmi i w sumie nawet te nie fajne dzieci, po dwóch tygodniach opieki okazywało się, że są naprawdę cudowne, a często ich nie fajność i zachowanie wynika tylko i wyłącznie z wychowania rodziców.

To chyba tyle w temacie. Nie chcę przynudzać. Co do mojej ciąży to wkraczam w 16 tydzień no i wydaje mi się, że czuję ruchy! Nie wiem czy to możliwe, bo podobno tylko  kobiety w drugiej ciąży tak szybko czują, ale wiem, że na pewno nie jest to żołądek czy jelita, gdyż takie odczucia jeszcze nie miałam. Przymierzam się też pomału do zakupu cebuszki. Tylko dlatego, że teraz śpię obłożona 3 poduszkami, a tak to wygodnie będę miała jeden rogal. Napiszę Wam po czasie jak się sprawdza ten wynalazek, jak tylko zakupię.


Co do objawów ciążowych to niesamowite są sny. Barwne, wyraźne, a czasem na prawdę przerażające. Poza tym mój mózg płata mi figle i tak jak kiedyś byłam niesamowicie zorganizowaną osobą, teraz dosłownie wszystkiego zapominam! Klucze, telefon, ciasto, które przed chwilą wyjęłam z lodówki, żeby zabrać do gości. Wszytko mi wylatuje z głowy :( 

Ach! Dziękuję wszystkim za życzenia urodzinowe :) 

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Z cyklu, rozmowy w zaciszu domowym:

Pani Poślubiona: Ostatnio jestem strasznie rozkojarzona. Rozkojarzona jak borsuk.
Pan Poślubiony: Czemu jak borsuk?
Pani Poślubiona: A bo idzie sobie taki borsuk i patrzy tu patyczek, tam patyczek.

WTF? Kobiety w ciąży są dziwne!