30 września 2014

Po co właściwie Wam ten ślub?


Będąc Narzeczeństwem wiele razy spotykaliśmy się z pytaniem, czasem wręcz pogardliwym oburzeniem: "A po co właściwie Wam ten ślub?" "Ja nie biorę ślubu, na co mi ten papierek." Każdy etap życia ma swoich zwolenników i przeciwników i tak jak niektórzy nie wyobrażają sobie wspólnego życia bez ślubu, tak inni nie wyobrażają sobie żyć razem będąc małżeństwem. Za każdym razem, gdy ktoś zadawał mi to pytanie "Po co właściwie Wam ten ślub?" zastanawiałam się co też właściwie mam odpowiedzieć. 

Dla mnie to, że kiedyś wezmę ślub było od dziecka sprawą oczywistą. Już jako 13 latka marzyłam o prawdziwej miłości. Marzyłam o tym, aby ta pierwsza miłość była tą ostatnią i nie chciałam mieć nigdy kilku chłopaków, tylko tego jedynego wręcz księcia z bajki. Pamiętam nawet sytuację, gdy pewien kolega, a byłam wtedy jeszcze w podstawówce, spytał mnie czy nie mogłabym być jego dziewczyną. Choć bardzo go lubiłam, wiedziałam, że nie mogłabym, bo czułam, że to nie ten i nie tak to ma wszystko wyglądać. Po prostu to wiedziałam, a miałam zaledwie 12 lat. 

Czekałam więc na tą prawdziwą miłość, ba ja nawet modliłam się do Boga, żeby spełnił moje marzenie i żebym nigdy nie musiała płakać przez chłopaka tylko albo aż dlatego, że się rozstaliśmy. W wieku 15 lat poznałam Pana Poślubionego, wtedy jeszcze kolegę, a w wieku 16 lat byliśmy już parą. Czy od początku wiedziałam, że to ten jedyny, zesłany mi przez Boga? Nie byłam pewna, ale czułam, że jesteśmy w pewnym sensie sobie przeznaczeni i tak musi być i dobrze robię godząc się na to abyśmy "chodzili razem", a przecież byliśmy wtedy zaledwie smarkaczami z pryszczami na czole.

Wiadomo, nie zawsze było różowo, ale jak już wiecie dorastaliśmy razem i nasze charaktery kształtowały się również pod wpływem i przede wszystkim DLA drugiej osoby. Zauważyłam też, że nigdy w naszym związku żadne z nas nie wykazywało się za dużym egoizmem i zawsze staraliśmy się szanować zdanie drugiej połowy. Na czym to polegało i o czym właściwie piszę??? 

Najprostszy przykład: Gdybym powiedziała teraz lub kiedyś Panu Poślubionemu, że bardzo, ale to bardzo chciałabym tatuaż, a on powiedziałby "Oooo nieee nie  podobaa mi się to, przecież tatuaże są u kobiet aseksualne" ja nie stanęłabym okoniem i nie powiedziała: "Zrobię go i już i nic Ci do tego, to moje ciało!!!" Nie,,,myślę, że porozmawialibyśmy o tym, a ja zastanawiałabym się czy faktycznie ten tatuaż to dobry pomysł i może niekoniecznie będzie mi pasował, może Pan Poślubiony zaproponowałby, że tatuaż ok, ale na początek coś małego dyskretnego i zobaczymy co dalej. Po prostu wiem, że byśmy się dogadali. 


Wracając jednak do meritum "A po co właściwie nam ten ślub?" Odpowiedz jest dla mnie równie oczywista. Ślub jest przede wszystkim  dla nas i to co przeżyliśmy tamtego dnia 13 lipca 2013 roku, jest tylko i wyłącznie w naszych sercach. Tak, nie chodzi tu o papierek, ale o piękną deklarację przed samym sobą, a przede wszystkim przed Bogiem. TAK kocham Cię i będę kochać do końca moich dni, chcę być Ci wierna i nie opuszczę Cię nigdy i przyrzeknę to przed Tobą, dla Ciebie, dla siebie, przed wszystkimi bliskimi w Kościele, a przede wszystkim przed Bogiem i dziękuję mu, że nam pobłogosławi i zaakceptuje nasz związek. 

Ślub jest potrzebny i w życiu nie uwierzę, że para bez ślubu będzie psychicznie tak samo związana jak para będąca małżeństwem, jak ludzie którzy przyrzekli sobie przed Bogiem i samymi sobą, że wytrwają i zrobią wszystko by ich miłość była wieczna. Para bez ślubu z łatwością może walnąć wszystkim o ziemię, powiedzieć, nie chcesz to nie, ja odchodzę, a ja wiedząc że przyrzekałam Panu Poślubionemu, wiem, ze zawsze będę walczyć o nas, że rozwód dla mnie nie istnieje, bo właśnie po to brałam ślub, żeby wiedzieć, że rozwód nie będzie mi potrzebny. 

Małżeństwo jest po to, aby uczyć nas tego, że choćby najgorszy kryzys w związku powinniśmy pokonać razem i z pewnością kryzys nawet najgorszy można pokonać nie będąc mężem i żoną, ale czy nie cudownie jest właśnie nazwać swojego ukochanego mężem. Mąż w ustach kobiety to powinien być najpiękniejszy komplement dla mężczyzny i podobnie słowo żona w ustach mężczyzny. Nie bez powodu też po internecie krążył pewien obrazek na którym para staruszków trzyma się za ręce, a pod spodem widnieje napis: Spytano parę staruszków, jak wytrzymali ze sobą 50 lat. Odpowiedzieli: "Bo widzi Pan, urodziliśmy się w czasach, kiedy jak coś się popsuło, to się naprawiało, a nie wyrzucało do kosza."

W dzisiejszych czasach przyszła do nas pewna moda demonizowania i linczowania pewnych etapów naszego życia. Tak więc małżeństwo dla niektórych stało się "niepotrzebnym papierkiem", a żona tą osobą, która zawsze musi być zaniedbana i narzekająca, natomiast mąż to ten który na pewno Cię zdradzi. Podobnie jest z ciążą i dziećmi: "Ciesz się i odpoczywaj, bo później to zobaczysz" "Ciąża jest masakryczna, zobaczysz w III trymestrze jak wszystko będzie Cię boleć"

Naprawdę? Jakoś do tej pory czuję się szczęśliwa i nie ważne, że czasem coś boli lub źle się czuję. Poza tym, dlaczego ludzi dziwi, że w tym wieku zdecydowaliśmy się na dziecko, a wcześniej dziwiło, że decydujemy się już na ślub, pewnie wpadliśmy i trzeba go szybko zorganizować co? "Ale to było planowane?" Ano planowane, upragnione i nie uważam, żeby 24 lata to był młody wieku jak na dziecko. To nasza decyzja! A może żyjemy w takich czasach gdy 30 lat to odpowiedni wiek na ślub i dziecko, a potem budzimy się z ręką w nocniku...bo przecież jeszcze mam czas...


Wiecie co? Nie dla każdego jest związek małżeński, nie dla każdego i nie każdemu jest dane bycie w ciąży czy posiadanie dzieci i dzięki Bogu, ale proszę Was nie demonizujcie tych stanów, tych sytuacji, bo każdy z nas powinien być wdzięczny, ze spotkał na swojej drodze tą drugą ukochaną osobę, że został obdarzony takim cudem jakim jest stworzenie nowego życia, a to że nie zawsze jest kolorowo pozwala nam tylko docenić to, że mamy siebie i żadne nawet najgorsze słowa i ostrzeżenia innych nie są nam straszne.


PS. Dziś wszyło trochę poważnie, ale co tam ;) takie oto przemyślenia po prawie 9 latach związku, 3 latach wspólnego mieszkania i ponad roku małżeństwa.

24 września 2014

Rutyna

W nasze życie wkradła się rutyna. Nie wiem czy jej nie lubię...trochę tak, trochę nie. Tak to jest jak nic się nie dzieje, bo obecnie ja żyję tylko od badania do badania i byle do kolejnego tygodnia ciąży, a Pan Poślubiony skupia się na pracy i przede wszystkim na zamknięciu sesji. Prawie mu się udało, jeszcze tylko kilka wpisów i będzie na 3 roku. Poza tym siedzę już w domu. Nie powiem, ale lubię być kurą domową.


Lubię sprzątać, gotować i siedzieć w domu. Wyjść rano na targ, kupić świeżych warzyw i owoców, pójść do piekarni, kupić ciepłych bułek. Lubię sama organizować sobie czas i wcale się nie nudzę. Wbrew pozorom w domu jest dość rzeczy do robienia i cały dzień można mieć spokojnie zapełniony. Gdyby nie to, że brzuch coraz większy i kręgosłup już daje mi znać, że basta i trzeba chwilę poleżeć to pewnie cały dzień bym tylko w półkach układała i prała. Ot tak, po prostu to lubię.

Jedyne czego mi brakuje to towarzystwa...bo właściwie oprócz codziennego widywania Pana Poślubionego i od czasu do czasu moich rodziców wraz z siostrą, koleżanki tak jakby zapadły się pod ziemię. Nagle przestałam istnieć. Najgorsze, że nawet Panna K. nie kwapi się, żeby napisać i spytać się jak my się czujemy, ale z nią to zupełnie inna historia i na pewno nie do dzielenia się na blogu. To zachowam dla siebie.


W każdym razie znajomi znikli. Tak jak byśmy byli trędowaci, a może właściwie to ja mam teraz więcej czasu, a oni wszyscy zapracowani. Nie powiem do tej pory było tak, że to my zawsze angażowaliśmy spotkania, to u nas były domówki itp. dlatego teraz z chęcią skorzystałabym z czyjegoś rewanżu i poszła na czyjąś domówkę...przecież ciężarnym też się należy. Mimo, że stałam się kurą domową, to nie jestem kwoką, która by się jeszcze nie pobawiła. Może ktoś z Was planuje imprezkę w domu? Z chęcią z Panem Poślubionym wpadniemy ;) 

Miło jest czytać jak w komentarzach pytacie mnie jak się czuję. Właściwie z dzidziusiem wszystko w jak najlepszym porządku, a za mną różnie. Nie lubię się żalić, bądź zbytnio chwalić, dlatego uznajmy, że czuję się dobrze jak na stan, którym jest ciąża ;) Z tych ciążowych spraw jeszcze: za tydzień ruszamy ze szkołą rodzenia. Właściwie cieszę się z tego względu, że może poznam jakaś fajną ciężarówkę. Brakuje mi tego, aby wygadać się komuś kto jest na tym samym etapie co ja, bo tych co nie są nie chcę zanudzać.

Poza tym? Przyszła polska piękna złota i ciepła jesień :) i oby tak trzymała :) jest cudnie, choć ja nie mieszczę się już w kurtkę! Muszę w weekend koniecznie wyciągnąć też Pana Poślubionego na jakiś spacer, a może w końcu odwiedzimy basen??? Taaakkk dawno nie byłam, a właściwie kiedyś to była moja pasja, Zbliża się październik, potem listopad i święta. Macie jakieś plany na jesień? Wyjazdy? Przyznam szczerze, że z chęcią bym się gdzieś wyrwała. 

Jestem w 22 tc i 2d :) jak ten czas leci!!!


12 września 2014

Facet w ciąży, czyli syndrom kuwada.



PANI POŚLUBIONA

Istnieje w terminologii ciążowej takie stwierdzenie jak "syndrom kuwady". Nie miałam pojęcia przed ciążą, co to takiego ani z czym się wiąże. Otóż okazuje się, że mężczyzna jest w stanie przeżywać ciążę razem ze swoją partnerką, tzn. jeżeli ją mdli to partnera również, jeżeli ją coś boli to i jego, podobno niektórzy Panowie potrafią mieć poranne mdłości i walczyć o sedes ze swoją ukochaną. Jak było w naszym przypadku? Ja nie zauważyłam, żeby Pan Poślubiony jakoś uskarżał się, że go mdli, albo, że bolą go piersi czy kręgosłup.

Sama też do wielkich marud nie należę, więc połowę moich bóli i jęków zachowywałam dla siebie. Przyznam się szczerze, że syndrom kuwady może być całkiem ciekawy i sprawiedliwy, bo w końcu czemu tylko my kobiety mamy odczuwać te nie fajne objawy ciąży?

Co innego z tymi lepszymi aspektami. Mówię tu głównie o ruchach dziecka. Na prawdę szkoda mi Pana Poślubionego, ze nie jest w stanie poczuć tego co ja czuję. Mu natomiast szkoda mnie, że czeka mnie poród. Ale po kolei. Jeśli chodzi o ruchy, zawsze zastanawiałam się jak to jest być w ciąży i czuć w sobie to dziecko. Z dnia na dzień coraz mocniej i intensywniej przekonuję się jakie to niesamowite uczucie i nawet jeśli przerażająco mnie mdli, albo kręgosłup boli w każdej możliwej pozycji, ja się z wszystkiego cieszę, a już najbardziej z tych ruchów.

Mamy 20 tydzień ciąży i 3 dzień, a nasz malec musi być wyjątkowo silny, bo od 2 tygodni z dnia na dzień coraz mocniej daje mi popalić. Pan Poślubiony miał okazję poczuć już naszego dzidziusia 3 razy, a  ja jako ta bardziej cierpliwa, przyglądając się swojemu brzuchowi dostrzegłam kilka podskoków. 


Co do samego porodu, przyznam się szczerze, że na początku bałam się. Okropnie. Jednak im więcej czytam, im więcej się dowiaduję, boję się coraz mniej. Zastanawiam się czego właściwie mogłabym się w tym porodzie bać? Bólu? Chyba głównie tego. Powikłań? Nie, tu jestem dobrych myśli. Boję się nieznanego po prostu. Choć wiem, ze przecież Bóg stworzył kobietę tak, żeby dała radę, więc dam nie ma co! Z dnia na dzień coraz bardziej w to wierzę.

Post nie miał być o mnie jednak i moich lękach, ale o tym jak to jest z mężczyzną w ciąży. Przyznam się szczerze, ze z mojej strony Pan Poślubiony to jak na razie idealny tata. Stara się i to bardzo. Nie wiem jak to jest, ale między nami jest jeszcze lepiej. Lepiej się dogadujemy. Pan Poślubiony jest dla mnie tak czuły i troskliwy. Wystarczy, że powiem "Mmm ale bym zjadła świeżą bułeczkę z masłem i dżemem malinowym" a już praktycznie po chwili mam to pod nosem. Czasem, aż mi głupio i nie mówię o wszystkich zachciankach, bo chyba do tej pory przybrałabym z 20 kg, ale nie ma co mój mąż jest kochany. O dzidziusia również dba. Powiem Wam w tajemnicy, że prawie codziennie wieczorem Pan Poślubiony czyta do brzuszka "Lalkę" Tak tą "Lalkę" Bolesława Prusa. Ambitnie jak dla 20 tygodniowego bobasa, prawda? ;)

Ps. Skrycie Wam zdradzę, że cebuszka już do mnie dotarła i jest fantastyczna!!! Polecam każdej ciężarnej z bólami kręgosłupa lub tej która w nocy po prostu nie może się ułożyć. Zamówiliśmy też wózek, jako, że mieliśmy bardzo dobrą okazję, żeby go kupić zdecydowaliśmy się zrobić to już teraz. Model Quinny Moodd :) jestem zakochana!





PAN POŚLUBIONY

Jeszcze zanim Pani Poślubiona zaszła w ciąże nieraz żartowaliśmy, że to nie tylko Ona, a my będziemy w ciąży. I faktycznie coś w tym jest. Nie mówię tu bynajmniej o tym, że podobni jesteśmy brzuchami, a o fakcie, że razem przechodzimy przez ten czas. Oczywiście nie przeżywam tego wszystkiego tak bardzo jak Pani Poślubiona. Ja nie odczuwam kilkunastokrotnie na dzień ruchów dziecka nie wiąże się z nim tak bardzo jak ona. Jednakże żeby było ciekawie czułem nieraz mdłości z Panią Poślubioną, zawroty głowy, senność, zmęczenie. Co tylko przytrafiało się Pani Poślubionej za chwilę dotyczyło mnie również, taki to wpływ ma kobieta w ciąży na swojego mężczyznę. 

Pewnym jest fakt, że ciąża nie sprzyja odchudzaniu ojca dziecka czego jestem najlepszym przykładem. Nagle dla Pani Poślubionej przestało być problemem zamówienie pizzy w niedzielny wieczór (co bardzo lubię czynić), a ja z chęcią spełniam jej inne zachcianki kulinarne. Podjadanie wieczorem? Nie ma sprawy! 


Później tylko czekać na teksty w stylu "masz taki duży brzuch jak twoja żona -na kiedy masz termin?" Generalnie uważam, że "facet w ciąży" ma przerąbane. Wszyscy dookoła zachwycają się ciężarną wypytują jak się czuje, gratulują i w ogóle, a nim samym mało kto się przejmuje. Trzeba wiedzieć, że mężczyzna ma w tym okresie o wiele więcej zajęć. 

Samych obowiązków domowych przybywa mu w zastraszającym tempie. Nikt nie uprzedzał mnie, że będę musiał czyścić i zmieniać kotu kuwetę, bo kobieta w ciąży nie powinna tego robić. Nie narzekam, ani nie użalam się nad sobą, ale czy nikt nie mógłby zapytać czy może ja też nie jestem zmęczony czy bardzo wku..... mnie moja Żona daje popalić? Facet już się nic nie liczy?

No właśnie chyba tego przed ciążą się najbardziej obawiałem, że nerwowo nie dam rady, że będziemy się kłócić o byle pierdołę i że Pani Poślubionej odpali totalnie pod wpływem hormonów. A tu się okazuje, że jest super! Dogadujemy się, czasami Pani Poślubiona łapie doła, ale nauczyłem się jak sobie z tym radzić.

Do zalet bycia w ciąży mogę niewątpliwie zaliczyć wzrost piersi! O tak to jest niewątpliwa zaleta! Poza tym kobieta staje się tak ciepła, przytulna i kochana jak nigdy dotąd. Dla mnie jest to czas kiedy odkryłem w mojej Żonie jej drugie ja, takie jakiego jeszcze dotąd nie znałem. 

Zdarza się, że Pani Poślubiona wykorzystuje fakt, ze jest w ciąży, a to przynieś coś, a to ustąp w pewnej sprawie. Ale wiecie co? - po tych kilku miesiącach stwierdzam, że lubię kiedy moja Żona jest w ciąży.