16 października 2014

Jak wychować małego człowieka?



Gdy kupujemy auto, to czytamy opinie na jego temat, recenzje, oceny i generalnie przygotowujemy się na chwilę zakupu, by dobrze wybrać. Jak przeprowadzamy remont mieszkania to szukamy inspiracji w katalogach czy internecie. Nawet gdy szukamy kosmetyków to czytamy opinie innych użytkowników tudzież gapimy się godzinami na youtube jak panienka z Anglii demonstruje kolejne kosmetyki (Pani Poślubiona). Swoją drogą to gdzie one to wszystko trzymają, a co ważniejsze w co wsmarowują te tony smarowideł? Ale nie o tym miałem...

Wszystko w porządku, jeśli kupisz wadliwe auto to je sprzedasz, ściany przemalujesz, a krem dasz mamie lub TEŚCIOWEJ.

Co zrobisz kiedy spieprzysz dziecko? Tzn. co robić albo czego nie robić, aby wychować pełno wartościowego człowieka, a nie kosmitę? Gdzie znaleźć rzetelne informacje na temat jak dobrze wychować dziecko? Kto może się na ten temat wypowiedzieć? 

Co psycholog, pedagog czy też rodzić to inna opinia i filozofia wychowania. Jedni krzyczą inni pozwalają uwolnić emocje dziecku, jeszcze inni sadzają na karnych jeżykach, karcą, grożą. Przecież każde dziecko jest inne, to co działa na jedno może mieć destruktywny wpływ na drugie. Nie ma tu prostej instrukcji obsługi "jeśli płacze altem to tylko ściemnia i szuka twojej uwagi -olej i dalej w spokoju przeglądaj demoty", albo "teraz uważaj, jeśli zapali się lampka check engine koniecznie skontaktuj się z lekarzem".
 
To jakaś paranoja! O tyle o ile samej obsługi się nie obawiam, aż tak bardzo, to kształtowania małej osobowości już owszem. Kilka naszych niepoprawnych zachowań widzianych oczami dziecka może na zawsze zmienić jego postrzeganie na poszczególne emocje, sytuacje. 

Doskonale wiem, że nie jestem ideałem, do przeciętniaka mi nawet sporo brakuje, nie chciałbym kiedyś żałować, że byłem zbyt pobłażliwy lub stanowczy w pewnych sprawach. 

Gdzie więc znaleźć ten złoty środek?

Jeśli mógłbym wybrać z katalogu charakter naszego dziecka to życzyłbym sobie, aby był idealną mieszaniną cech moich i Pani Poślubionej. Wrażliwość, odwagę, kreatywność i umiejętność analizy ludzkich emocji odziedziczyło by po mamie, a po mnie upór, pracowitość, zaradność życiową  i umiejętność logicznego myślenia. Normalnie człowiek idealny!

Niestety prócz tych cech, wyssa również z mlekiem matki choleryzm, egoizm, bałaganiarstwo, chamstwo, dezorganizację, materializm (4 ostatnie to moje).


Jaki będzie nasz dzidziuś? -nie wiem. Ale na jakiego człowieka by nie wyrósł jestem pewien, że będę go kochał nie za coś, a pomimo czegoś. Ponad wszystko. 

13 października 2014

Nie jestem (dobrym) blogerem


Zakładając bloga wiedzieliśmy, chyba oboje, że wiąże się on z pewnego rodzaju odpowiedzialnością, To od nas zależy co na nim będzie, jak często będziemy pisać i czy zaniedbamy czytelników. Przyznajemy się bez bicia. Zaniedbujemy. Blog i co się z nim wiąże to i Was drodzy czytelnicy. Nie ma usprawiedliwienia. Ostatnio notki to u nas rzadkość, a chęci i natchnienie na ich napisanie na prawdę trudno dla nas znaleźć. Głównie kuleje Pan Poślubiony i niby można by brak jego obecności tłumaczyć brakiem czasu, bo: szkoła, praca, remont, ciąża. Ciąża Pani Poślubionej. Ona sama nie pisze, bo w sumie poza tematem ciąży i wicia rodzinnego gniazdka nie ma ochoty na nic.

Pisanie bloga nie jest wcale łatwe. Można napisać tzw. notkę z dupy, zapychajkę, taką jak ta. Potem czekać na natchnienie i walnąć pięć super postów, ale to nie takie proste. Dla nas kolejnym utrudnieniem jest to, że piszemy razem, a razem nie zawsze jest się tak łatwo zgrać. Choć mawiają co dwie głowy to nie jedna i że od nadmiaru głowa nie boli, a nasza właśnie powinna boleć i pękać od chmary pomysłów. Blog wymaga więc od nas systematyczności, świeżych fajnych pomysłów i nie walenia na okrągło błędów ortograficznych, a jak wiecie z tym wszystkim u nas słabo. Dlatego bez bicia przyznajemy się : Nie jesteśmy dobrymi blogerami, ba mało tego z nas żadni blogerzy, ot takie zwyczajne młode małżeństwo, które od czasu do czasu coś tu naskrobie. Ale dosyć mamlenia.

Co u nas? Pamiętacie może nasz salon? Sofa, ława i dwie komody na krzyż. Pomału to zmieniamy. Jak to stwierdził Pan Poślubiony: "Koniec studenckiego życia i imprez na podłodze przy ławie, kupujemy stół" No to kupujemy. Pomalowaliśmy salon, znowu na biało, zamontowaliśmy karnisz i nowe półki, a już niedługo wybieramy się do popularnego sklepu szwedzkiego po nowy piękny stół na 6 osób. Potem kupimy kanapę, w sypialni ustawimy łóżeczko, powiesimy lustro, zrobimy półki w łazience i można rodzić. 

A propos rodzenia: Zaczęliśmy też szkołę rodzenia, Dwa pierwsze zajęcia za nami, ale na to to chyba inna notka. Pomału mamy w planach porządnie odkurzyć bloga i stworzyć kilka fajnych postów! Trzeba się w końcu porządnie zabrać i wynagrodzić Wam te długie przerwy naszej nieobecności. Jest tyle tematów do poruszenia, a wszystkie gdzieś leżą zakurzone w szufladzie. Rodzina, związki, może w końcu zrecenzujemy kolejną fajną knajpkę w naszym mieście? Może naskrobiemy coś o naszych ciążowych przygodach??? Może wrócimy do umieszczania notek co 3 dni? Koniecznie. Przecież jesteśmy tu z Wami już...zaraz zaraz ile? Ponad ROK! Przez rok i 9 miesięcy zdążyliśmy: Podzielić się z Wami naszymi przygotowaniami do ślubu, opisać ten wspaniały dzień, pochwalić się rozterkami życia codziennego, przeżyć wspólnie naszą podróż poślubną do Kenii, podzielić się nowiną o nowym członku rodziny, było tego mnóstwo :)

Jak to mówią: Stay tuned! Do zobaczenia i przeczytania niedługo!

30 września 2014

Po co właściwie Wam ten ślub?


Będąc Narzeczeństwem wiele razy spotykaliśmy się z pytaniem, czasem wręcz pogardliwym oburzeniem: "A po co właściwie Wam ten ślub?" "Ja nie biorę ślubu, na co mi ten papierek." Każdy etap życia ma swoich zwolenników i przeciwników i tak jak niektórzy nie wyobrażają sobie wspólnego życia bez ślubu, tak inni nie wyobrażają sobie żyć razem będąc małżeństwem. Za każdym razem, gdy ktoś zadawał mi to pytanie "Po co właściwie Wam ten ślub?" zastanawiałam się co też właściwie mam odpowiedzieć. 

Dla mnie to, że kiedyś wezmę ślub było od dziecka sprawą oczywistą. Już jako 13 latka marzyłam o prawdziwej miłości. Marzyłam o tym, aby ta pierwsza miłość była tą ostatnią i nie chciałam mieć nigdy kilku chłopaków, tylko tego jedynego wręcz księcia z bajki. Pamiętam nawet sytuację, gdy pewien kolega, a byłam wtedy jeszcze w podstawówce, spytał mnie czy nie mogłabym być jego dziewczyną. Choć bardzo go lubiłam, wiedziałam, że nie mogłabym, bo czułam, że to nie ten i nie tak to ma wszystko wyglądać. Po prostu to wiedziałam, a miałam zaledwie 12 lat. 

Czekałam więc na tą prawdziwą miłość, ba ja nawet modliłam się do Boga, żeby spełnił moje marzenie i żebym nigdy nie musiała płakać przez chłopaka tylko albo aż dlatego, że się rozstaliśmy. W wieku 15 lat poznałam Pana Poślubionego, wtedy jeszcze kolegę, a w wieku 16 lat byliśmy już parą. Czy od początku wiedziałam, że to ten jedyny, zesłany mi przez Boga? Nie byłam pewna, ale czułam, że jesteśmy w pewnym sensie sobie przeznaczeni i tak musi być i dobrze robię godząc się na to abyśmy "chodzili razem", a przecież byliśmy wtedy zaledwie smarkaczami z pryszczami na czole.

Wiadomo, nie zawsze było różowo, ale jak już wiecie dorastaliśmy razem i nasze charaktery kształtowały się również pod wpływem i przede wszystkim DLA drugiej osoby. Zauważyłam też, że nigdy w naszym związku żadne z nas nie wykazywało się za dużym egoizmem i zawsze staraliśmy się szanować zdanie drugiej połowy. Na czym to polegało i o czym właściwie piszę??? 

Najprostszy przykład: Gdybym powiedziała teraz lub kiedyś Panu Poślubionemu, że bardzo, ale to bardzo chciałabym tatuaż, a on powiedziałby "Oooo nieee nie  podobaa mi się to, przecież tatuaże są u kobiet aseksualne" ja nie stanęłabym okoniem i nie powiedziała: "Zrobię go i już i nic Ci do tego, to moje ciało!!!" Nie,,,myślę, że porozmawialibyśmy o tym, a ja zastanawiałabym się czy faktycznie ten tatuaż to dobry pomysł i może niekoniecznie będzie mi pasował, może Pan Poślubiony zaproponowałby, że tatuaż ok, ale na początek coś małego dyskretnego i zobaczymy co dalej. Po prostu wiem, że byśmy się dogadali. 


Wracając jednak do meritum "A po co właściwie nam ten ślub?" Odpowiedz jest dla mnie równie oczywista. Ślub jest przede wszystkim  dla nas i to co przeżyliśmy tamtego dnia 13 lipca 2013 roku, jest tylko i wyłącznie w naszych sercach. Tak, nie chodzi tu o papierek, ale o piękną deklarację przed samym sobą, a przede wszystkim przed Bogiem. TAK kocham Cię i będę kochać do końca moich dni, chcę być Ci wierna i nie opuszczę Cię nigdy i przyrzeknę to przed Tobą, dla Ciebie, dla siebie, przed wszystkimi bliskimi w Kościele, a przede wszystkim przed Bogiem i dziękuję mu, że nam pobłogosławi i zaakceptuje nasz związek. 

Ślub jest potrzebny i w życiu nie uwierzę, że para bez ślubu będzie psychicznie tak samo związana jak para będąca małżeństwem, jak ludzie którzy przyrzekli sobie przed Bogiem i samymi sobą, że wytrwają i zrobią wszystko by ich miłość była wieczna. Para bez ślubu z łatwością może walnąć wszystkim o ziemię, powiedzieć, nie chcesz to nie, ja odchodzę, a ja wiedząc że przyrzekałam Panu Poślubionemu, wiem, ze zawsze będę walczyć o nas, że rozwód dla mnie nie istnieje, bo właśnie po to brałam ślub, żeby wiedzieć, że rozwód nie będzie mi potrzebny. 

Małżeństwo jest po to, aby uczyć nas tego, że choćby najgorszy kryzys w związku powinniśmy pokonać razem i z pewnością kryzys nawet najgorszy można pokonać nie będąc mężem i żoną, ale czy nie cudownie jest właśnie nazwać swojego ukochanego mężem. Mąż w ustach kobiety to powinien być najpiękniejszy komplement dla mężczyzny i podobnie słowo żona w ustach mężczyzny. Nie bez powodu też po internecie krążył pewien obrazek na którym para staruszków trzyma się za ręce, a pod spodem widnieje napis: Spytano parę staruszków, jak wytrzymali ze sobą 50 lat. Odpowiedzieli: "Bo widzi Pan, urodziliśmy się w czasach, kiedy jak coś się popsuło, to się naprawiało, a nie wyrzucało do kosza."

W dzisiejszych czasach przyszła do nas pewna moda demonizowania i linczowania pewnych etapów naszego życia. Tak więc małżeństwo dla niektórych stało się "niepotrzebnym papierkiem", a żona tą osobą, która zawsze musi być zaniedbana i narzekająca, natomiast mąż to ten który na pewno Cię zdradzi. Podobnie jest z ciążą i dziećmi: "Ciesz się i odpoczywaj, bo później to zobaczysz" "Ciąża jest masakryczna, zobaczysz w III trymestrze jak wszystko będzie Cię boleć"

Naprawdę? Jakoś do tej pory czuję się szczęśliwa i nie ważne, że czasem coś boli lub źle się czuję. Poza tym, dlaczego ludzi dziwi, że w tym wieku zdecydowaliśmy się na dziecko, a wcześniej dziwiło, że decydujemy się już na ślub, pewnie wpadliśmy i trzeba go szybko zorganizować co? "Ale to było planowane?" Ano planowane, upragnione i nie uważam, żeby 24 lata to był młody wieku jak na dziecko. To nasza decyzja! A może żyjemy w takich czasach gdy 30 lat to odpowiedni wiek na ślub i dziecko, a potem budzimy się z ręką w nocniku...bo przecież jeszcze mam czas...


Wiecie co? Nie dla każdego jest związek małżeński, nie dla każdego i nie każdemu jest dane bycie w ciąży czy posiadanie dzieci i dzięki Bogu, ale proszę Was nie demonizujcie tych stanów, tych sytuacji, bo każdy z nas powinien być wdzięczny, ze spotkał na swojej drodze tą drugą ukochaną osobę, że został obdarzony takim cudem jakim jest stworzenie nowego życia, a to że nie zawsze jest kolorowo pozwala nam tylko docenić to, że mamy siebie i żadne nawet najgorsze słowa i ostrzeżenia innych nie są nam straszne.


PS. Dziś wszyło trochę poważnie, ale co tam ;) takie oto przemyślenia po prawie 9 latach związku, 3 latach wspólnego mieszkania i ponad roku małżeństwa.