1 lutego 2013

Koci koszmar



Tak..znowu o nim piszemy, ale wybaczcie. Nie będzie na przemian o kocie i o ślubie, będzie też o czym innym, ale ostatnio w naszym życiu to były główne tematy ;)

PANI NARZECZONA


Postanowiliśmy z Panem Narzeczonym napisać Wam co się stało wczoraj... tak...wczorajszy dzień..a raczej noc, mogę pewnością zaliczyć do najgorszych! Tak jak pisaliśmy wcześniej i co już wiecie mamy kotka. Arusia..kochanego. Nie..nic mu się nie stało. Wręcz przeciwnie- ma się świetnie. Sęk w tym, ze Aruś ma już 8 miesięcy i sęk też w tym, że już nie jest tak małym chłopcem jak mi się wydawało, co udowodnił wczorajszej nocy.

Zacznijmy od początku. Jak co wieczór kładliśmy się z Panem Narzeczonym spać. Aruś oczywiście z nami do łóżka i jak zwykle przytulasy i murczenie nie ma końca. Tak jak też wcześniej wspominał Pan Narzeczony Arek od jakiegoś miesiąca chodzi po domu i odstawia serenady. Domyślałam się więc, że jest to związane z jego dojrzewaniem, w planach mamy kastrację jednak weterynarz powiedział mi, że z takim kotem mam czekać do około 10 miesiąca. Okazało się jednak, że chyba nie muszę, ponieważ wczoraj nasz kochany kotek zaznaczył teren. Zgadnijcie gdzie? Tak oczywiście do naszego łóżka! Nie powiem, żeby Pan Narzeczony był zadowolony, ale szybko zebraliśmy nakrycie wierzchnie łóżka, do pralki i wydawało nam się, że po sprawie. Cała noc jednak była jeszcze gorsza niż poprzednie. Arek tak rozpaczliwie płakał, śpiewał i gadał, że z częstotliwością co 30 min byliśmy budzeni kocim śpiewem. Tragedia!



Aby jednak nie było zbyt kolorowo rano jak wstałam ku mojej rozpaczy ujrzałam w salonie na pufie wielką kałużę moczu! Mało tego. Cały mocz rozniesiony był po pokoju, gdyż prawdopodobnie kotek wszedł w to co zrobił! Kapitalnie! Teraz nie dość, że sypialnia śmierdzi moczem, salon, pufa i chyba wszystko co było możliwe to jeszcze ja wycierając to wszystko przesiąkłam tym ohydztwem i też czuję, że śmierdzę niemiłosiernie. Jak się domyślacie taki znaczący mocz kota nie tak łatwo z siebie zmyć! Cudnie! Takim oto sposobem siedzę sobie w pracy, a Pan Narzeczony urywa się ze swojej aby zawieść kotka na podcięcie jajek! Innego sposobu nie ma! Jak weterynarz się nie zgodzi to chyba sama wezmę skalpelek i ulżę naszemu kotku i przy okazji sobie!

PAN NARZECZONY

„Nikt nie mówił że będzie łatwo” –skwitowała narzeczona wczorajsze wydarzenia.
Jak to nikt nie mówił?! A kto obiecywał ze kotek kochany, uroczy i przytulaśny? –toż to istny diabeł!

A o co chodzi? Od poniedziałku kot odstawia serenady, co wieczora dało się słyszeć głośne i przerażające „miauł”. Ale co w tym niezwykłego? - kot w końcu miałczy.
Bal rozpoczął się środowym wieczorem, na początek klasyczne „miauł”, aż tu nagle coś zaczęło śmierdzieć, podejrzenie ze strony Pani Narzeczonej padło oczywiście na mnie. A co ja Pan Smrodek jestem?

Ale w końcu dała się przekonać, że to nie moja sprawka i rozpoczęliśmy poszukiwania.
Jakimś cudem zauważyłem na kapie łóżka mokrą plamkę, powąchałem i zdębiałem, bo śmierdziało niesamowicie. Doszliśmy razem z Panią Narzeczoną do wniosku, że kot znaczy teren. Kapa do pralki i spać.



Rano okazało się, że kotek zafajdał jeszcze salon i klamka zapadła na jego przyrodzeniu, KASTRACJA! Więc ja kota pod pachę i do weterynarza, Pani Narzeczona mnie posłała pewnie żeby kot do niej nie czuł urazy. Nie ukrywam, że nawet mi to pasowało jadąc z nim i podśpiewując „ciach, ciach, ciach jajeczka” –odegram się na nim za wszystkie czasy!

Kot dostał zastrzyk zwiotczająco –znieczulający i już po chwili wydalił całą treść żołądka otworem, którym tam się znalazła, a po 2 min leżał jak lalka na stole z oczami jak tępe dwuzłotówki wbite wprost we mnie –nie wiem o co mu chodziło.

Ciach, ciach ,ciach i po krzyku… Pani Narzeczona odebrała go około 16 piszczącego jak panienka, a teraz chodzi po mieszkaniu jak stary pijak.
Troszkę mi go żal i szkoda, w końcu jesteśmy facetami, ale już tylko ja jestem tym z jajami!







12 komentarzy:

  1. Faktycznie nie fajna sprawa z tym zaznaczaniem terenu, ale znam ten ból. Choć nie mam kota. Moi sąsiedzi mają i kotki podlewają moje wycieraczki i samochody i cały dom od zewnątrz a żeby to umyć to trzeba się naprawdę namęczyć. Teraz już będziecie mieli spokój :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurcze! Moją kotkę też czeka podobny zabieg (z tym że jej wytną jajniki). Muszę przyznać, że coś jest na rzeczy, bo w tym tygodniu Mila też wyła w nocy do księżyca, przez co my nie mogliśmy spać... Może po prostu wiosna idzie i koty zaczynają się "marcować" ? Brrr....
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. masz wspaniałego bloga! będzie mi miło jeśli spodoba Ci się mój i również go zaobserwujesz ;))

    OdpowiedzUsuń
  4. Mojej Loli się upiekło i już 3 rok unika sterylizacji. Na początku wyła po nocach jak pijana Gosia Andrzejewicz i myślałam, że dostanę szału ale teraz ruję przechodzi bardzo łagodnie, zachowuje się wtedy przez kilka dni jak prostytutka na widok pieniędzy ale ogólnie jest słodka i się zastanawiam nad sterylizacją. W przypadku kocurka rozumiem Was doskonale:) Wasz kot jest prześliczny ale to już mówiłam. pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. "Troszkę mi go żal i szkoda, w końcu jesteśmy facetami, ale już tylko ja jestem tym z jajami!" Hahahaha,rozwaliło mnie to stwierdzenie na łopatki! Mój szanowny kot ma już około 8-9 lat. Kastracji nie przechodził, ponieważ mieszkamy w otoczeniu natury, kociak dużo przebywa na dworze. Jednak co roku zaczyna się "szaleństwo" i ten rok nie był inny. Kiedy jakieś 4 dni temu zaczął odwalać - jak to ujęliście - serenady wiedziałam co się szykuje :-) Jak całą zimę był niesamowitym pieszczochem, który ani myślał by wystawić szanowną łapę poza terytorium domu, tak teraz praktycznie go nie widuję. Tyle co przychodzi zjeść i znowu rusza na podbój "serc" okolicznych kotek :-) Pozdrawiam! Aha, a Aruś prześliczny :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Obserwuję Waszego bloga od niedawna, ale przeczytałam wszystkie posty i czytając ten, jak zwykle się uśmiałam, chociaż cała sytuacja mało zabawna :) Moja kotka bierze TABLETKI ANTYKONCEPCYJNE, aby spokojniej przechodziła swoje "ciężkie dni", bo kiedyś tylko na głos faceta (nawet z tv!) była... hm.. gotowa i chętna ;)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  7. zajrzałam pierwszy raz i uśmiałam się do łez czytając tego posta :) macie świetny styl pisania i poczucie humoru! jednak nie zmienia to faktu, że biedny ten Wasz kociaczek ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. a ja się zastanawiam co za po*ebany weterynarz kazał wam czekać do 10 miesiąca? Moj kot tej samej rasy co wasza, jak go wzielismy miał ok.2-3 miesięcy i był bez jajek, Farel nie odwalał takich akcji ani nic, jedyne co to dostaje czasem ataku adhd ale to można szybko zniwelować raz na jakiś czas, porządnie tarmosząc go. Ma rok i uważam że jest najlepszym kotem na świecie a trochę ich miałam i jedyny kot ktory gdzieś mi nasikał to pers z depresją...

    OdpowiedzUsuń
  9. Haha, opis tej sytuacji Pana Narzeczonego jest świetny! :)
    Śliczny kot.
    Pozdrawiamy
    Joanna&Maja
    Surdut. Surrealistyczny Duet Twórczy.

    OdpowiedzUsuń
  10. u nas o kastracji naszego psa zdecydowały zniszczenia i alimenty jakie płaciliśmy właścicielom suk na wsi:)))

    OdpowiedzUsuń