28 lutego 2013

Telewizor




PANI NARZECZONA

Może nie wiecie, ale w domu nie mamy telewizora. Z wyboru. Oboje z Panem Narzeczonym wiedzieliśmy, że przeprowadzając się na własne mieszkanie nie będzie u nas tego przybytku zła. Większość osób nas nie rozumie i nie wyobraża sobie życia bez kolorowego okna na świat, ale ja jestem z tego dumna i cieszę się, że nie zainwestowaliśmy kilku tysięcy w piękną 50 calową czarną kobyłę. 

Achh…mało tego, ja nawet na dobrą sprawę nie mam komputera. Mojego laptopa oddałam mamie. Jednak mamy laptop Pana Narzeczonego i jakoś na razie starcza, chociaż przyznam się, że planujemy w dalszej przyszłości kupić mi jakieś cacko. Jednak na pewno nie planujemy zakupu telewizora. Nie mając telewizora widzimy chyba z Panem Narzeczonym same plusy. Jakie? Oto kilka z nich:
  1. Sama decyduję co chcę oglądać, jaki film chce oglądać i nie oglądam czegoś z nudów „a bo jak już leci to popatrzę”.
  2. Wolny czas spędzamy kreatywnie. Często wychodzimy z domu, gramy w monopoly, rozmawiamy, tak oglądamy też filmy ;)
  3. Telewizor to pożeracz czasu, brak telewizora = mnóstwo wolnego czasu.
  4. Oglądam tylko te seriale i programy, które naprawdę mnie interesują, w Internecie jest TVP,TVN,MTV, ipla, cała gama włącznie z wiadomościami jeśli tylko chcę.



Zastanawiam się teraz czy są jakieś minusy i wiecie co? Chyba ich nie ma. Po prostu ich nie widzę. Chyba, ze wy mi pomożecie i uświadomicie mnie jakie są minusy braku telewizora?  

PAN NARZECZONY

Jeszcze długo przed przeprowadzką wspólnie z Panią Narzeczoną stwierdziliśmy zgodnie, że telewizora mieć nie będziemy, tak też się stało. Już kilkakrotnie proponowano nam telewizor za darmo albo za grosze, ale się nie skusiliśmy. Moim zdaniem jest to najgorsze urządzenie jakie można kupić do domu –złodziej czasu. 

Jestem pewien, że po powrocie z pracy byłby jeden schemat: zdjęcie butów, umycie rąk i „klik” pilotem. Po co? Teraz wracamy z pracy rozmawiamy jak minął nam dzień, co się wydarzyło, jakie mamy plany na najbliższy czas itp. Jak się już wygadamy to włączamy komputer, wspólnymi siłami coś na blogu porobimy, może jakiś film serial i tyle. 

Jak przychodzi weekend (czy jest jakiś polski wyraz określający ten czas? Widzę, że już nawet Word tego wyrazu nie podkreśla mimo włączonego polskiego słownika.), więc jak przychodzi sobota i niedziela to poranne wygłupy przeciągają się zazwyczaj do 11:00 a później albo gramy w Scrabble, Monopol. W ostateczności pozostaje nam jeszcze stara sprawdzona kłótnia a później wyczekane godzenie się!




26 lutego 2013

Ślubne zakupy



PANI NARZECZONA

Do ślubu pozostało 136 dni. To chyba niewiele. Co już mamy? W tym poście zrobimy małe podsumowanie, ponieważ tyle się tego zebrało, że trzeba to wszystko gdzieś uporządkować.
Na pierwszy plan wysuwa mi się moja kochana suknia! Mamy! Odhaczona! Całą przygodę z jej wyborem już znacie.



Do sukni mam dwa welony. Jeden długi do kościoła, drugi krótki na salę :) obydwa odkupiłam od koleżanki, która kupiła suknię w tym samym salonie, ale inny model. Tak więc zamiast dać około 800 zł (skąd te ceny, do cholery?) za dwa welony w salonie dałam 200 zł koleżance!


Ostatnio skończyłam też robić bukiet. Nie jestem pewna jeszcze czy to będzie ten czy zrobię sobie z żywych kwiatów. Zobaczymy jak wyjdzie w praniu.


Po lewo inspiracja, którą się kierowałam, po prawo mój bukiet. Nie wiem czemu, mój aparat przekłamał kolory.  W rzeczywistości bukiet po prawo jest taki pastelowy jak ten po lewej ;)

Mamy obrączki. O dziwo, myślałam, że będzie więcej zachodu z ich wyborem. Tymczasem znowu wyszło zupełnie inaczej niż myślałam, ze będzie i zamiast białego złota mamy żółte...ale obrączki są piękne...i zupełnie inaczej wyglądają na żywo.

Tort i ciasta wybrane! Kolor tortu, zgodny z kolorem przewodnim wesela!


Kupiłam buty! Zupełnie przypadkowo. Weszliśmy z Panem Narzeczonym do Dichemanna, a tam stały, idealne. Żadne wymyślne, zwykłe pudrowe czółenka. Tu znowu klpos, bo na żywo i na stopie wyglądają uroczo, a tu na zdjęciu jak buty wieśniareczki. Ach i cena super :) 59 zł!


Auto jak mówiłam zaklepane, strasznie mi się podoba :) stary fiat 125 P kremowy...istny PRL :), już widzę minę babci jak podjeżdżamy nim pod kościół!


Kupiliśmy też koszulkę SUPERMAN na sesję. Przecież na naszej sesji musi być coś szalonego! Idealnie będzie pasować ;)



Mamy też pudełeczka dla gości które będą pełniły formę winietek. Przewiązane będą różową wstążeczką.


W niedzielę rozpoczynamy nauki małżeńskie. Nie wiem jak to będzie i czego się spodziewać.

Ps. Z góry przepraszamy za drewniany post. Musicie to jakoś znieść. Postaram się poprawić, ale sytuacja z wyjazdem Pana Narzeczonego jest dla mnie trudniejsza niż myślałam. Dziękuję też za wszystkie miłe słowa z poprzednich komentarzy!

PAN NARZECZONY

Po okresie agonalnym, reanimowaliśmy przygotowani do ślubu na nowo.
W ostatnim tygodniu pochodziłem intensywnie po butikach z garniturami i określiłem już jaki dokładnie fason mnie interesuje.


Początkowo chciałem smoking, jednakże po drugim mierzeniu stwierdziliśmy z Panią Narzeczoną,iż nie pasuje to do mnie i wyglądam na przebranego, a nie ubranego.
Poza tym smoking nie jest tak uniwersalnym ubiorem jak garnitur, który później mogę założyć na każdą okazję. Tak też mam dwa typy kolorystyczne : głęboka ciemna czerń lub ładny granat.
Poza tym ma to być marynarka taliowana na dwa guziki, krótsza niż klasyczne taka w włoskim stylu, a do tego spodnie z zwężanymi nogawkami.

Z nowości to mam już buty! Upatrzone i wyczekane już od grudnia. Historia o tyle ciekawa, że w butiku kosztowały o 50 zł więcej, niż w internecie u producenta –kolejna oszczędność.




24 lutego 2013

Wyjazd


Pan Narzeczony wycałowany, rusza w podróż, a Arkowi aż się oczy świecą!


PANI NARZECZONA

Pan Narzeczony spakowany. Skarpety? Są. Majty? Są. Swetry,bluzy, t-shirty, spodnie? Są. Jaki mamy plan? W tygodniu ja mieszkam u rodziców, bo inaczej zabiłabym się z własnymi myślami w pustym mieszkaniu, bez Pana Narzeczonego. Dziwnie było by mi samej. 

Muszę mieć kogoś obok. Wracam do domu rodzinnego. Kto by pomyślał. Siostra szczęśliwa, znowu mnie będzie miała z powrotem. Tak, więc będziemy z Panem Narzeczonym mieszkać pół na pół. Ja, pół u rodziców, pół u nas w mieszkanku. On, pół w mieszkaniu z dwoma innymi samcami, pół u nas.  

Weekendy będą chyba najlepsze. Kot pod pachę i jestem. Znowu zrobię Panu Narzeczonemu obiad, znowu będzie tak jak powinno być. Ciekawa jestem jak to się ułoży. Liczymy, ze raczej wszystko samo się dopasuje. 

Dla tych którzy pierwszy raz czytają: Pan Narzeczony wyjeżdża na pięć miesięcy, z przerwami. Ślubne przygotowania, pomału toczą się swoim tempem, ale o tym będzie oddzielny post. Tymczasem czas na moje pakowanie: kosmetyki, spodnie, bluzeczki, piżama, szlafrok, miska kota… i jestem! Czas pokaże, jak to wszystko wyjdzie.


PAN NARZECZONY

Jestem już spakowany. Teraz zapoznaję się z dokumentacją wykonawczą, robię porządek w komputerze i wyjazd!

Nie ukrywam, że odczuwam lekki stresik, gdyż jest to dla mnie zupełna nowość pracować na „wygnaniu”. Najdalsza budowa była oddalona około 100 km od miejsca zamieszkania i po pracy wracałem do domu, a teraz 300km i jeszcze w zupełnie obcym miejscu.

No ale cóż, takie czasy. Może za kilka lat będę w Bangladeszu albo jeszcze innym Peru, wtedy Panią Narzeczoną pod pachę i jazda –zawsze chcieliśmy zwiedzać i poznawać inne kultury. Niestety nie bardzo by sprzyjało to rozwojowi życia rodzinnego na którym nam zależy.
Zobaczymy co życie przyniesie, póki co pierwszy tydzień oddzielnie!



Z cyklu rozmowy w zaciszu domowym:

Pani Narzeczona: Jak ja nie lubię moich zębów! :(
Pan Narzeczony: Kochanie, pamiętaj, że zęby nie są na całe życie!
Pani Narzeczona: ...


22 lutego 2013

Majstersztyk


PANI NARZECZONA

Z majsterkowaniem jest tak, że ktoś musi to w domu robić. Jako, że u nas podział prac domowych jest raczej tradycyjny (chociaż Pan Narzeczony zmywa zarówno naczynia jak i podłogi, czasem pomaga też w gotowaniu) to wszelkie naprawy w domu należą właściwe do niego. 

Ja osobiście nienawidzę wszelkich remontów czy ulepszeń, a już najbardziej nie lubię, że zawsze, gdy Pan Narzeczony coś konstruuje koniecznie jest mu wtedy potrzebna moja asysta. Strasznie mnie męczy stanie nad wiertłem i przytrzymywanie czegoś. 

Dziś też tak było. Pan Narzeczony stwierdził, że zrobi cudowną osłonę na doniczki do jego pięknych kwiatów (tak jego, ja ręki do kwiatów nie mam) i wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że skręcanie deseczek było na tyle skomplikowane, że zamiast przewiercić je w odpowiedni sposób jakoś logistycznie Panu Narzeczonemu nie wyszło i zamiast sześciu śrubek w osłonie było osiem, czego nie pozwolił mi oczywiście dla was sfotografować. 



Za to usłyszałam „Kochanie to takie celowe wzmocnienie boków” Czy wasi mężczyźni też tak mają, że jak coś się nie uda albo nie jest tak piękne jak powinno wyjść, to nie ma mowy żeby się do tego przyznali? Nie mówiąc już o tym, że jak się zabierają do jakiejś naprawy trwa to z osiem tygodni, albo wcale (nie wiem czy Pan Narzeczony pamięta, ile razy prosiłam o przewiercenie uchwytu na słuchawkę prysznicową w łazience?!) 



Tak, tak…bo oni wiecznie nie mają czasu, albo wiertarki nie pożyczyli i nie mają czym! Suma summarum ja majsterkować nie cierpię choć wiem, że są kobiety które to lubią, ale wydaje mi się, że nigdy nie będą tak dobre jak faceci, oni to mają we krwi.

Achhh i zapomniałam. ZAWSZE, ale to zawsze musicie swojego mężczyznę pochwalić. Pan Narzeczony po każdej skończonej robocie zadaje pytanie: „Jak, podoba Ci się? Ładne, nie?” i nie moje drogie odpowiedź na te pytania wcale nie jest prosta. Gdy odpowiadam „Tak, ładne” zaraz słyszę „Wcale Ci się nie podoba nie zachwycasz się!” 

Jedynym możliwym sposobem, aby ułaskawić Pana Narzeczonego jest przechodzenie koło jego dzieła i ciągłe powtarzanie „Niesamowite, to takie piękne, jesteś taki zdolny! Potrafisz zrobić coś z niczego” Pamiętajcie też, aby przez kolejne kilka dni przypominać swojemu mężczyźnie, jak to niesamowicie i  fantastycznie przymocował okap/półkę/ramkę itp. 


PAN NARZECZONY


Na wstępie muszę zaznaczyć, że wszystko co napisała, lub napisze Pani Narzeczona jest nieprawdą i wierutnym kłamstwem!

Wszystko zaczęło się od zakupu zamiokulkasów i chęci posadzenia ich w ładnej dużej prostokątnej donicy. Niestety jak się okazało donice takie kosztują w granicy 1 000zł. Zakupiłem więc zwykłą balkonową donicę i postanowiłem ją obudować.






Całkowity koszt wyniósł około 50 zł.

Jak zwykle, gdy mam coś do zrobienia w domu Pani Narzeczona wycofuje się tyłem udając, że nic się nie dzieje i staje się dziwnie podenerwowana. W świadomości Pani Narzeczonej cały czas kształtuje się obraz mojej osoby, której coś tam nie wyjdzie. Zupełnie nie wiem o co jej chodzi, tym bardziej, że do pomocy zagonić jej nie mogę. Gdybym miał trzy ręce, to bym jej nawet o to nie prosił.

Oj, że tam kiedyś zaczął ciec kaloryfer w nocy zaraz po jego przykręceniu, że włączniki do światła psuły się z częstotliwością mniej więcej co 2 dni, to jeszcze nic nie znaczy. Kaloryfer był stary i zardzewiały –kupiłem nowy, włączniki nie działały bo były do dupy –elektryk przyszedł i potwierdził, że to ich wina, a nie montażu. Ale w końcu ze wszystkim się uporałem, tego to już nikt nie pamięta!



Pani Narzeczona nie pamięta, ze zrobiłem remont prawie całego mieszkania, że wymieniłem blaty w kuchni, zrobiłem stół do kuchni, szafkę pod okap, zamontowałem okap,  a teraz donicę na moje zamiokulasy.

Fakt, że się rąbnąłem i wkręciłem śruby w złym miejscu –wersja Pani Narzeczonej, ja będę trzymał się wersji, że było to zamierzone działanie i poprawiło sztywność konstrukcji, to jeszcze niczego nie dowodzi.



I jeszcze z jaką łaską mnie pochwali i niechęcią podziwia! Co za bezczelność!




Z cyklu rozmowy w zaciszu domowym:

Pani Narzeczona:    Co tu za paproch leży?
Pan Narzeczony:    Jakiś ciciek!
Pani Narzeczona:    Chyba ciciuś z Twojego ciciula!
Pan Narzeczony:    Chyba z Twojej cićki!


20 lutego 2013

Zaręczyny



PANI NARZECZONA

Jakieś niecałe 2 lata temu zasugerowałam Panu Narzeczonemu, że jakby się kiedyś przypadkiem zdecydował na oświadczyny, to może byśmy pochodzili po jubilerach, a ja bym mu pokazywała co mi się podoba i takim sposobem on by zarejestrował co jest ok. Wiem..mówi się, ze nie ważne jaki pierścionek, ważne że z serca, ale ja jakoś wolałam mieć pewność, chociaż wiem, że z Panem Narzeczonym mamy identyczny gust to jakoś po prostu chciałam w tym uczestniczyć.

Chodziliśmy więc z Panem Narzeczonym przez dobry rok, tak od niechcenia do sklepów i patrzyliśmy co też nowego mają i czy jest na czym oko zawiesić. Historia z pierścionkiem wymaga jednak trochę bardziej rozległego opisu, bo tak też Pan Narzeczony się ociągał.

Zacznę od tego, że oczywiście pierścionek znalazłam dużo wcześniej przed zaręczynami. Wszystko dlatego, ze chciałam być dobrą kobietą, a że nie mieszkaliśmy jeszcze razem i w sumie nie pamiętam już czemu po powrocie z wakacji Pan Narzeczony zostawił u mnie torbę, więc ja niewiele myśląc postanowiłam, ze zaskoczę go i zrobię mu pranie. Wróci z pracy i wszystko już będzie suche i pachnące. Nie wiedziałam jednak, ze to dla mnie to pranie będzie zaskoczeniem.

Oczywiście jak już się domyślacie pierścionek był w torbie schowany w brudnych majtkach, trzeba było widzieć moją minę jak wyciągnęłam torebeczkę z napisem Apart i od razu jakby mnie piorun walnął zorientowałam się co może być w środku. Jako, że nie chciałam psuć sobie niespodzianki, bo nie wiedziałam jaki model z 1000 jakie oglądaliśmy z Panem Narzeczonym ukochany wybrał, nie myśląc wiele pobiegłam do mamy i popłakałam się jak mała dziewczynka! Oczywiście nie wytrzymałam i powiedziałam Panu Narzeczonemu co się stało zanim wrócił..a teraz żałuję bo nie miałam okazji przez telefon zobaczyć jego miny, bo też musiała być nieziemska.





Cóż jednak, że znalazłam pierścionek jak mały pakuneczek leżał rok, bo Pan Narzeczony koniecznie chciał mnie zaskoczyć. Tak też było, bo pewnego deszczowego majowego (pisałam, ze nie mam pamięci do dat- tak nie pamiętam którego maja mi się oświadczył!) popołudnia dostałam sms od Pana Narzeczonego, że mam się ubierać, odpicować i wziąć buty na płaskim i wysokim obcasie.

Oczywiście jako, ze i ja i cała rodzina już czekała na te oświadczyny domyślałam się, że może to to..ale już po wcześniejszych akcjach Pana Narzeczonego (o których pewnie wam napisze) nie miałam zbyt wielkich nadziei. Przygotowałam się więc i czekałam na kochanego w domu.

Przyjechał z biała różą, wziął moją opaskę do spania i zaciągnął mnie do auta. Dostałam opaskę do ręki i informację, ze nie ruszy dopóki jej nie założę. Jako, że ciekawość mnie zżerała założyłam tą przeklętą maskę, w myślach przeklinając, ze na marne malowałam oczęta i ruszyliśmy...jechaliśmy chyba z 1h aż w końcu zostałam wyciągnięta z auta i poczułam że znajduje się chyba na jakimś pomoście.



Oczywiście okazało się, że jesteśmy w porcie i już czeka na nas śliczna motorówka. Popływaliśmy z 20 minut i nagle Pan Narzeczony mówi „Kochanie zajrzyj do lodówki na przodzie” ku mojemu zaskoczeniu znajdował się tam szampan, a po wypiciu kieliszka jak się domyślacie Pan Narzeczony padł na kolana z magicznymi słowami na ustach. Nie wiem po co ten szampan, czy dla odwagi Pana Narzeczonego czy po to aby mnie spić i abym się na pewno zgodziła, ale podziałało i wracałam na brzeg już z pierścionkiem na palcu i jak zwykle w moim przypadku cała tonęłam w łzach.




Ku mojemu zdziwieniu na całym pomoście wzdłuż po obu stronach były świecie i płatki białych róż...no bajka...potem oczywiście kolacja w naszej ulubionej restauracji, w której obecnie odbędzie się nasze przyjęcie weselne, telefon do mamy i przyjaciółki i tak oto zostałam Panią Narzeczoną. Teraz tylko czekam kiedy będę już Panią Poślubioną!


PAN NARZECZONY

Historia zaręczyn jest długa gdyż ma swój początek już w 2011 roku, kiedy to kupiłem pierścionek zaręczynowy będąc z jeszcze Panią Nienarzeczoną na krótkim urlopie. Po powrocie z urlopu Pani Narzeczona koniecznie zapragnęła rozpakować moją torbę i uprać mi brudne rzeczy. Nie muszę chyba mówić, gdzie właśnie schowałem paczuszkę z pierścionkiem w środku. Jednak Pani Narzeczona nie miała na tyle odwagi i torebki nie otworzyła, nie wiedząc co może naprawdę skrywać pakunek.



Tak pierścionek przeleżał w zapomnieniu przeprowadzkę i w sumie prawie rok. Wspomnę, że już kiedyś robiłem Pani Narzeczonej wyjątkowe w moim stylu żarty insynuujące zaręczyny. Pewnego dnia podczas uroczystej kolacji w restauracji i bardzo romantycznej atmosfery, zasugerowałem Pani Narzeczonej, aby otworzyła cukiernicę stojącą na stoliku, gdyż może być coś w jej środku. –mina Pani Narzeczonej otwierającej z przerażeniem cukiernicę, bezcenna!

Ale wracając do meritum. Na początku maja dokładnie 2 dnia tego miesiąca (Pani Narzeczona nigdy nie pamięta) stwierdziłem: -dziś jest idealny dzień na zaręczyny! Jak pomyślałem tak zrobiłem. Akurat w lokalnej prasie ukazał się artykuł o nowo otwartej przystani łodzi motorowych, więc chwytam za telefon, umawiam się na spotkanie, potem rezerwacja stolika na specjalną okazję i już po godzinie mam wszystko ustalone. 

Zaznaczyłem dodatkowo właścicielowi motorówek, że zależy mi na romantycznej atmosferze i dogodnych warunkach, na co otrzymałem odpowiedź: - to co jakiś materacyk położymy? -Aż tak romantycznie być nie miało. : )

Bez problemów się nie odbyło…

W samo południe zaczął lać deszcz! Pomyślałem sobie, że widocznie to nie dziś jest mój dzień albo to jakiś znak z nieba. Lecz padać przestało! Psia krew! Tzn. Na szczęście!
Wymyśliłem, iż najpierw zabiorę Panią Nienarzeczoną na motorówkę z zawiązanymi oczami, popływamy sobie troszkę, otworzę szampana i w najbardziej odpowiedniej chwili się oświadczę. 



Tak też się stało. Następnie zabrałem Panią Narzeczoną na kolację do restauracji w której to za kilka miesięcy odbędzie się nasze wesele.



To tyle w temacie, nie będę się zbytnio rozpisywał gdyż zapewne uczyni to Pani Narzeczona.  



Ps. Z góry przepraszamy za marną jakość zdjęć... wszystkie były robione telefonem i jakoś nie myśleliśmy wtedy o tym, że będą gdzieś publikowane.





17 lutego 2013

Związek idealny?


PANI NARZECZONA


Nie od dziś wiadomo, że Pan Narzeczony jest dla mnie ideałem mężczyzny! Jest najlepszy! Ale, czy aby na pewno? Nawet teraz zdążył mnie wkurzyć, gibiąc się w takt muzyki i jednocześnie uderzając o kanapę tak, że i ja podskakuję! „Możesz przestać?!” Uchhh…no ale kocham tego skurczybyka!

Czasem potrafimy się pożreć jak psy, ale czasem po prostu nie wyobrażamy sobie życia bez siebie.  Nie ma dnia żeby nie było sprzeczki czy jakiegoś starcia, taka ognista z nas para! Potrafimy się kłócić jak stare włoskie małżeństwo, a zaraz potem kochać jak dwoje małolatów.

Nie rozumiem nigdy par, które mówią: „Ja się nigdy z moim misiem-pysiem nie pokłóciłam! Nikt nam nie wierzy! Hihihi” No kurcze..myślę sobie wtedy, ale nudna z was para skoro nigdy się nie pokłóciliście. Przecież w kłóceniu się najfajniejsze jest zawsze godzenie, a jak można w ogóle nazwać się parą skoro nigdy nie poznaliście jednego z ważnych elementów związku jakim jest kłótnia?

To tak jak by ktoś mi powiedział nie uprawiamy seksu, albo nie okazujemy sobie uczuć! Tak, teraz od razu nasuwa mi się definicja związku idealnego. Według mnie taki właśnie istnieje. Każdy związek według mnie jest idealny, kiedy jesteśmy w nim szczerzy w 100% aż do bólu. Nie ma że przykro, nie ma że boli, najważniejsza jest szczerość.

Uwielbiam to, że Pan Narzeczony powie mi szczerze, że bez makijażu wyglądam jak wiedźma, że moja koleżanka jest niezła, czy że mam cellulit. Wiem i jestem pewna, że wielu z was się ze mną nie zgodzi i ten post będzie bardzo kontrowersyjny, ale jak tak właśnie uważam. Szczerość w związku tworzy idealny związek.

Związek MUSI składać się z kilku podstawowych elementów, ale ten jeden definitywnie wygrywa. Jakie są pozostałe elementy? Ważna w związku jest też  pokora, zrozumienie,  rozmowa, empatia, sympatia itp. Powszechnie uważa się jednak, że związek idealny to taki bez kłótni, gdzie ukochany codziennie przynosi róże, my leżmy i pachniemy, on robi obiad, koniecznie w samym fartuszku.

Może i moje przekonania są trochę naiwne, bo przecież mężatką jeszcze nie jestem, może też nie mam wielkiego stażu z Panem Narzeczonym (notabene jesteśmy razem ponad 7 lat, uważam, że jest się czym chwalić jak będziemy 20 lat -  to spory kawałek życia) ale nie trzeba być ze sobą 100 lat żeby zauważyć, że kochające pary te co przede wszystkim szanują się wzajemnie i są ze sobą szczere (czy ja się powtarzam?)

Idealnym przykładem partnerstwa byli dla mnie zawsze moi rodzice. Myślę, że to dzięki nim jestem jaka jestem i mam takie zdanie na ten temat. To oni nauczyli mnie, że gdy w małżeństwie coś się popsuje to się tego nie wyrzuca do kosza, tylko się naprawia. Dlatego wiem , że każdy ma swoje słabości i zawsze należy się drugiej osobie zrozumienie.

Uwielbiam to w naszym związku z Panem Narzeczonym, że właśnie takie zrozumienie w sobie odnajdujemy (nie zawsze od razu, zdarza się, że wymaga to czasu, ale w końcu się udaje)  Rozumiem też czemu tak często kobiety pracujące i tzw. feministki są same. One nie rozumieją tego, że związek to partnerstwo. One chcą w nim rządzić. Przyznam się, że nie da się według mnie uniknąć tego, że kuchnia będzie zawsze moim królestwem.

Mimo, że to ja większości tam gotuje, to i Pan Narzeczony nie leży z pilotem w ręku tylko grzecznie zmywa po obiedzie (sam z siebie), podzieliliśmy też obowiązki i jestem z tego dumna. Wiem, ze kiedy urodzę dziecko to ja będę z nim siedzieć w domu ale nie dlatego, że nie mam wyboru tylko dlatego że chcę.

 Nie uważam, że będzie to dla mnie kara czy cierpienie. Wiem, że Pan Narzeczony zawsze mi we wszystkim pomoże, że mam w nim oparcie i mogę czuć się bezpiecznie, za co mu bardzo dziękuję. Dziękuję mu za to, że nie tylko się kochamy, ale przede wszystkim przyjaźnimy!




PAN NARZECZONY

Wydaje mi się, że związek jakikolwiek nie był, opiera się przede wszystkim na obustronnym zaufaniu i szacunku. Jest to klucz do udanego partnerstwa, bo jeśli nawet dwoje ludzi się nie kocha to wydaję mi się, że są w stanie tworzyć bardzo dobry związek, natomiast bez szacunku relacja zamienia się w szarpaninę nie mającą końca. 

Jakiś czas temu z Panią Narzeczoną stwierdziliśmy, że musimy wrócić do pierwotnych wzorców jakie obowiązywały na początku naszego związku, gdyż pewne granice przez lata się rozmyły i zatarły.  Więc koniec między innymi z puszczaniem bąków przy drugim!

Wykresem naszego związku była by zdecydowanie sinusoida i tak raz na górze, raz na dole -bynajmniej nie chodzi mi tu o sex, choć tam wygląda to podobnie. Pomijając już sam fakt lepszych i gorszych okresów u nas można rozróżnić lepsze i gorsze chwile –dosłownie. 

Potrafimy się bowiem na siebie wkurzyć, wydrzeć czasami też wyzwać (szczególnie Pani Narzeczona, ja używam wulgaryzmów bardziej w humorystycznych chwilach) i nie przeszkadza nam to zupełnie w tym aby za 5 minut popatrzeć na siebie uśmiechnąć, przytulić i powiedzieć: -i po co się kłócisz głupku? Tak to już u nas wygląda.

Mogę śmiało powiedzieć, że ze względu na wiek w którym się poznaliśmy i czas jaki ze sobą jesteśmy,  nasz związek kształtował nasze charaktery i poglądy, można powiedzieć, że wychowywaliśmy, wychowujemy nasz związek wraz z nami. Kiedy przypomnę sobie wiele gestów jakie wykonywaliśmy wobec siebie w przeszłości to myślę, iż to wszystko było takie szczeniackie, że aż czasem mi wstyd.

Jednakże po tych niespełna 7,5 roku (liczby mi dopiero uzmysłowiły jaki to szmat czasu, dłużej niż nie jedno małżeństwo) mogę śmiało powiedzieć, że Kocham Panią Narzeczoną o siedem i pół roku mocniej niż na początku, bo to były piękne lata.

15 lutego 2013

Sushi


PANI NARZECZONA



Ach co to był za dzień! Mogę śmiało stwierdzić, że środa była szalona! Dużo się działo. Zaczęło się od tego, że mieliśmy jechać do Katowic odebrać mój dyplom! Tak w końcu mam dyplom – licencjat! Pojechaliśmy grupą jeśli można tak nazwać skład 3 osobowy ;) Ja, Pan Narzeczony i moja siostra! W drodze powrotnej oczywiście zahaczyliśmy o Silesię i się zaczęło! 

Najpierw lody. Dziwne miejsce, zwie się Feel the Chill. Super sprawa bo lody robione z jogurtu naturalnego i faktycznie inne w smaku, fajnie, ze samemu w całości je komponujemy, ale drogie jak diabeł! 

Lody na wagę? O tak!
Owoce? Czemu nie!

Tyleeee kartoników!
Z tej dzikiej maszyny wyciekamy sami lody :)

Potem jakoś tak wyszło, że wstąpiliśmy do Pizzy Hut na nasz ulubiony bar sałatkowy :) ale najważniejsze chyba co działo się wieczorem. 




Wieczorem: Sushi, przyjaciele, dobry humor. Czego chcieć więcej?! Tak z Panem Narzeczonym uwielbiamy sushi! Nie, my uwielbiam jeść! Smakować, próbować, kosztować, delektować się. Tak, zdecydowanie uwielbiamy wspólne wyjścia! Tak jak pisałam wam, walentynek specjalnie jakoś nie świętowaliśmy. 

Za to dzień przed nimi wybraliśmy się ze znajomymi do Sushi Kaya w Tychach! Byliśmy już tam kiedyś i była to kolejna nasza wycieczka w to miejsce. Dodam jeszcze, że byliśmy z groupona i tym razem również jakiś kupon mieliśmy, ale mimo to nie zostaliśmy jakoś gorzej potraktowani i ogółem muszę stwierdzić, ze jest to jedna z moich ulubionych knajp tego typu.



Szkoda tylko, że większość ludzi jakich znam sushi kojarzy tylko i wyłącznie z surową rybą. Tak też i ja miałam dopóki pierwszy raz nie spróbowałam! Także sushi zawiera w sobie nie tylko surową rybę, ale może też mieć; pieczoną kaczkę, kurczaka, krewetki w tempurze (taka panierka), nawet boczek! No po prostu co komu smakuje :) 

Oczywiście muszę napisać w jak dobrym towarzystwie ten wieczór spędziliśmy! Uwielbiam nasze wspólne wyjścia! Tak jak wspomniałam najczęściej idziemy w takie miejsce razem z naszymi przyjaciółmi i tu należy napisać o nich słów kilka :) Kajkę znamy z Panem Narzeczonym już od czasów gimnazjum :) 



Jest to nasza najwspanialsza przyjaciółka i nie zamieniłabym jej na żadną inną! Jesteśmy z sobą szczere do bólu, zawsze mamy w sobie opacie, rozumiemy się bez słów. Natomiast jej ukochany dołączył do nas jakieś 2 lata temu i na początku Pan Narzeczony nie był przekonany czy to dobra partia dla naszej Kai, ale jak się potem okazało i Pan Narzeczony się z nim zaprzyjaźnił i teraz przyjaźnimy się w czwórkę :)

 Rozmawiamy o wszystkim! Dosłownie! Ja wyżalam się Kai na Pana Narzeczonego i na odwrót Pan Narzeczony ukochanemu Kai! Cieszę się, że ich mamy i wierzę w to, ze ta przyjaźń jest na zawsze! Oczywiście zawsze bez względu na to gdzie jesteśmy humor nam dopisuje. 

Tak tez było i tym razem. Przy zamówieniu Kaja musiała spytać, czy ta polędwica w sushi to, aby na pewno sopocka (mina kelnerki bezcenna) i tak wieczór minął nam kapitalnie! Czekam na następny!

PAN NARZECZONY

Mamy wraz z naszymi przyjaciółmi taką tradycję, iż kiedy pojawi się kupon zakupów grupowych do fajnej knajpki zdzwaniamy się i kupujemy, aby później razem z niego skorzystać. Tak też stało się i tym razem i po raz drugi trafiliśmy do Kaya Sushi w Tychach -bynajmniej nie jest to artykuł sponsorowany, choć knajpę polecam.

Na miejscu zajęliśmy stolik i jedynym w naszym stylu zaczęliśmy wybierać i zliczać porcje sushi. Pani Narzeczona rachowała na kalkulatorze, a ja spisywałem w formie sms-a wybory poszczególnych osób.

Robimy tak, gdyż chcemy mieć pogląd na to ile i na co wydajemy, a uwierzcie mi, że gdy wybiera się około 15 zestawów to można stracić orientację. Nigdy nie staramy się być tacy „ę”, „ą” przez bibułkę, a wręcz przeciwnie, gdy wychodzimy razem to zachowujemy się często bardzo na luzie niemalże jak totalne buraki, czego dowodem jest powyższe. Ale odpowiada nam to, jakoś człowiek wtedy się relaksuje.






Po wyborze wzywam kelnerkę i dyktuję zamówienie po czym zostajemy poinformowani, że musimy dopłacić za zestawy w których występuje węgorz i tuńczyk. Pani Narzeczona się poderwała i z oburzeniem, że jak to, na kuponie nie jest nic takiego napisane, ogólnie wielkie oburzenie i obraza majestatu. 

No fakt jak byliśmy ostatnim razem to żadnych obostrzeń nie było, ale tym razem nikt nie doczytał i obsługa miała rację. Po krótkiej rozmowie z właścicielką wszystko wyjaśniliśmy i domówiliśmy co trzeba. Jednakże przezorny zawsze ubezpieczony poszliśmy z Łukaszem do baru, aby się przyjrzeć jak przygotowuje się nasze maki i czy przypadkiem ktoś tam nie pluje po małej awanturce. 

Jak to faceci przy barze, zaczęliśmy gaworzyć o tym i o tamtym z sushi masterem -okazał się naprawdę super gościem, a ja przy okazji podpatrzyłem parę fajnych trików! Musze przyznać, że zrobił świetne sushi, a takim smaczkiem były ostatnie porcje całe zapieczone w tempurze! Mmm!




Jak by tego było mało kilka stolików dalej rozpoczął się seans Teppanyaki. Chodzi w tym o to, że na środku stoi kucharz, który gotuje podrzucając składnikami niemalże pod sufit i posługując się takimi małymi tasaczkami, a goście siedzą wokół płyty na której on przyrządza kolejne dania. 

Zakupiliśmy stosowny kupon na taki wypad, relacja na pewno się ukarze za jakiś czas.
Muszę na koniec dodać, że gdy byliśmy przed rokiem w Kaya Sushi to Pani Narzeczona po posiłku stwierdziła, iż jeszcze by coś zjadła i wsunęła frytki z butki z kebabem 100m dalej.
Za to ją kocham, jest całkowicie nieprzewidywalna!




Moi drodzy! 
Jesteśmy na facebooku! Zapraszamy do polubienia!


Będziemy na bieżąco informować was o zbliżającej się notce!