30 marca 2013

Wielkanoc

PANI NARZECZONA


Lubię Wielkanoc. Chyba dlatego, że zawsze jak byłam mała były to jedyne Święta, które smakowo bardzo przypadły mi do gustu. Z Wigilią było ciężko, do tej pory nie jest rewelacyjnie, ale jest zdecydowanie lepiej, niż jak miałam 10 lat. W Wielkanocy najbardziej lubię jedzenie, to fakt. Natomiast w Bożym Narodzeniu najbardziej lubię atmosferę w Kościele. 

Ta Wielkanoc zaczęła się dobrze. Przyjechał Pan Narzeczony, lista zakupów, menu Wielkanocne, wszystko gotowe. Dziś natomiast był ciężki dzień. Cały spędziliśmy w kuchni. Tym razem Pan Narzeczony też nie zawiódł i dzielnie pomagał! Ba, gdyby nie on chyba jeszcze siedziałabym w kuchni! Co przygotowaliśmy? Same proste rzeczy,  jako że były to moja pierwsze robione całkowicie (no prawie) przeze mnie Święta. 


Jest mazurek, a nawet dwa, murzynek, tymbaliki, rosół, kotlety, tarta malinowa, jajka pomalowane i co najlepsze Pan Narzeczony obdarował mnie kawałkiem wiosny w postaci przepięknych żółtych tulipanów. Są wspaniałe. Już pisałam wcześniej, że za kwiatami jakoś nie przepadam, ale te wyjątkowo mnie zauroczyły. 


Tak jak pisałam cały dzień spędziliśmy w kuchni i wszystko byłoby ładnie, pięknie dopóki Pan Narzeczony nie stwierdził, że ma za mało jajek, bo on koniecznie chciał zrobić pisanki. Tak przeżywał, tak marudził, że w końcu ubrał kurtkę i dokupił jeszcze 10 sztuk po czym zabrał się za malowanie. 


Ja oczywiście nie omieszkałam tego skomentować i tak tej Wielkanocy zamiast Pana Narzeczonego mamy Pana Jajo. Pan Jajo „pomalował” pisanki pseudo naklejkami i następnie dalej dzielnie pomagał w przygotowaniach. Jutro śniadanie wielkanocne i rodzinny objazd. Lubię ten czas kiedy Pan Jajo jest obok ;) całe szczęście, że tak razem będziemy, aż do wtorku! Tymczasem życzę wam smacznego jajka i wszystkiego dobrego!

PAN NARZECZONY

Chyba już nudniejszego tematu na notkę Pani Narzeczona wymyślić nie mogła.
Co tu pisać o Wielkanocy? - Święto jak co roku kręcące się wokół jaj, bynajmniej nie moich.

Zacznę od tego, że mama Pani Narzeczonej jest po zabiegu operacyjnym i trud przygotowań spoczął głównie na naszych barkach. W związku z czym musieliśmy zintensyfikować działania, na początek zakupy. Kiedy już udało mi się przytargać, jak wtedy mi się wydawało tony jedzenia, to Pani Narzeczona zabrała się do kucharzenia, a ja nowopolskim obyczajem szmata i heja z podłogami.

Gdy już wszystko lśniło niczym dom Perfekcyjnej Pani Domu, zakasałem rękawy aby wspomóc Panią Narzeczoną w gotowaniu. Tak oto owocem naszych ciężkich prac powstało: sałatka warzywna, sałatka z kurczakiem i ananasem,  rosół, de volai, jajka faszerowane, kotlety po hawajsku, z pieczarkami i serem, mazurki, tarta z malinami.


Jednakże największe boje toczyły się o JAJA! Nie wiem co Pani Narzeczonej odbiło, ale nie chciała zrobić pisanek. Ja nie wyobrażam sobie Wielkanocy bez pisanek – jajko jest podstawą tych Świąt, symbol życia. Tak czy siak bój wygrałem ja, dokupując jeszcze 15 jaj do wcześniej zakupionych 30.

Wykonałem tym samym symbolicznie kilka zdobionych jajeczek pozostawiając kilka nieprzystrojonych dla kogoś, kto będzie miał ochotę przystroić je samodzielnie.  Ponadto trzykrotnie gotowałem specjalne jajko do zbijania, taka gra w której dwie osoby uderzają się jajkami, a wygrywa ta, której jajko pozostaje całe.



Z cyklu rozmowy w zaciszu domowym:
Pani Narzeczona: Kochanie czemu w poprzednim poście napisałeś, ze nie masz przyjaciół? Zapomniałeś o Panu Ł.?
Pan Narzeczony: No przecież napisałem o przyjacielu rodziny.
Pani Narzeczona: Myślałam, ze masz na myśli Pannę K.
Pan Narzeczony: Nie, przecież Pan Ł. Też jest przyjacielem rodziny, bo gdyby mnie coś się stało On z chęcią by się Tobą zaopiekował.


27 marca 2013

Przyjaźń


PANI NARZECZONA

Zastanawiacie się czasem po co wam przyjaciel, albo kto tak naprawdę jest waszym przyjacielem? Ja od zawsze miałam to szczęście, że jakiś przyjaciel się przypałętał. Więcej ich miałam, gdy byłam mała, ale to chyba dlatego, ze wtedy życie było prostsze. Jak byłam mała miałam przyjaciółkę, mogę nawet określić, ze miałam dwie przyjaciółki. Choć jedną trochę zaniedbywałam na rzecz drugiej, ale jednak. Miałam też przyjaciela, najwspanialszego! Był dla mnie jak brat.

Jak jest na chwilę obecną? Na chwile obecną uświadomiłam sobie kto jest tym najprawdziwszym przyjacielem. Co zostało z dziecięcej przyjaźni? Jedna przyjaciółka niby jest, ale nie nazwałabym tego prawdziwą przyjaźnią, bo czasem mam po prostu wrażenie, że zjawia się jak czegoś potrzebuje, z drugą straciłam kontakt mieszka za granicą. Co z przyjacielem? Jest, czasem pogadamy, ale to już bardziej znajomy do którego mam sentyment z dzieciństwa.

Temat ma być jednak troszeczkę inny niż nasze konkretne przyjaźnie choć pewnie jak zwykle oprę się na własnym doświadczeniu. Jak to jest z tymi przyjaciółmi? Zacznę może od relacji damsko-damskiej, bo jest najbardziej skomplikowana. Trudna przyjaźń. Zdecydowanie. Kobiety mają tak, że potrafią się kochać jak siostry, ale nie daj Boże coś się wydarzy nie po ich myśli, a już jest w najlepszym przypadku foch, a w najgorszym obraza majestatu.

Nie wiem czemu, ale często kobieca przyjaźń opiera się na pewnej nieszczerości. Chociaż często ta nieszczerość nie ma na celu obrazić naszej przyjaciółki, ale jakoś tak mamy, że lubimy nasze tak naprawdę koleżanki nazywać przyjaciółkami. To one mówią „co Ty gadasz jesteś szczupła” myśląc jednocześnie, że jednak przydałoby Ci się schudnąć tu i ówdzie.

Ja na szczęście wyzbyłam się takich przyjaciółek i prawdziwą można nazwać relacje trzymam z moją jedyną najważniejsza przyjaciółką. Ją traktuję jak siostrę, z nią staram się być szczera do bólu choć przyznam szczerze, ze czasem jest to trudniejsze niż mogłoby się wydawać, bo przecież przez swoja szczerość nie chcę jej urazić.

Wiem, też, ze czasem mamy się dość i wkurzymy się lekko wzajemnie, ale wszystko idzie szybko w niepamięć. Wiem, że mogę na niej polegać i nigdy mnie nie opuści, chociaż sama nie zawsze umiałam ją w tych trudnych chwilach wesprzeć. Czasem chciałabym ją za to przeprosić, ze nie było mnie przy niej wtedy kiedy tego potrzebowała, ale może los tak chciał? Ona wie, ze kiedy tylko mogłam to wspierałam ją. Czasem jednak wydaje mi się ze powinnam być bardziej obecna.

Wiedziałam, ze się rozpisze o swoich prywatnych sprawach! Kurcze, ale tak już mam ze jestem cholernie wylewna (Pan Narzeczony zdecydowanie mniej, albo można powiedzieć, ze wcale?) Wracając jednak do tej damsko - damskiej przyjaźni, twierdze, że jest to jedna z najtrudniejszych przyjaźni. Uważam też, że mało jest tych prawdziwych przyjaźni damsko - damskich.
Zastanawiam się też czemu jest tak, ze my kobiety tak łatwo jesteśmy w stanie odwrócić się od swojej przyjaciółki kiedy popełni jakiś błąd? Może wy mnie uświadomicie?

Jeśli chodzi natomiast o męsko- męską przyjaźń to tu się rozpisywać chyba nie muszę. Najprostsza przyjaźń. Taka przyjaźń dwóch facetów jest troszkę inna. Oni nie potrafią siedzieć 5 godzin nad kieliszkiem wina i wylewać swoich żalów. Oni powiedzą co myślą, zgodzą się lub nie i tyle. My kobietki będziemy się rozwodzić i lamentować. Oni pokłócą się, ale nie mają focha przez 2 tygodnie tylko dadzą sobie w gębę i jest ok.

Tak, co do przyjaźni postrzegam ją chyba troszkę stereotypowo. Chociaż muszę powiedzieć, ze i faceci potrafią obgadywać! Potrafią na nas kobiety ponarzekać, ale robią to jednak troszkę w inny sposób. Wyróżniam jeszcze jedna przyjaźń najbardziej kontrowersyjną damsko-męską.

Ja mogę powiedzieć zdecydowanie, ze przyjaźnie się z Panem Narzeczonym, ale poza tym też go kocham. Jednak czy można tylko przyjaźnić się z mężczyzną? Uważam, ze można. Nie trzeba od razu kochać. Taka przyjaźń jest jak przyjaźń między rodzeństwem, tak ja to postrzegam. Wyżalimy się, ale nie wiem czy powiedziałabym mojemu przyjacielowi o strefach seksualnych. Czy któraś z was ma taka sytuację i przyjaźni się z facetem, mówi mu o wszystkim? Seksie, okresie, nowych ciuchach, dosłownie o wszystkim? Oczywiście nie mamy obowiązku, mówić przyjacielowi o wszystkim. Czasem jednak fajnie jest mieć kogoś z kim można właśnie dosłownie każdy temat bez krępacji poruszyć, a według mnie tą osobą jest właśnie nasz przyjaciel lub życiowy partner.

Ja nie mam problemu żeby powiedzieć o tym Pannie K. ale będąc w tym wieku nie wiem czy mogłabym mieć takiego przyjaciela mężczyznę, któremu bym tak wszystko mówiła? Jak to jest w waszych przyjaźniach damsko-męskich? Ach i istnieje jeszcze jedna przyjaźń. Przyjaźń w rodzinie, bo przecież możemy przyjaźnić się z siostrą, bratem, mamą czy tatą, a może babcią? To również piękna przyjaźń, ale także jest specyficzna, bo ma swoje zasady.

Dlatego ja podkreślam, że przyjaźnię się owszem w 100% z Panem Narzeczonym w 99% z Panną K. w 80% z moja siostra i 50% z moją mamą. Myślę, ze to sprawiedliwy podział! Tak sobie to dzielę, ale to sfera każdego z nas. Po części intymna i to od nas zależny jak nasza przyjaźń wygląda.


PAN NARZECZONY

Niewiele mogę napisać na temat przyjaźni ze względu na to, że nikogo prócz Panią Narzeczoną nie mogę nazwać przyjacielem. Mamy wspólnego przyjaciela, można powiedzieć, że przyjaciela rodziny, ale własnego nie posiadam i nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek posiadał.

Zdaję sobie sprawę z tego, że to tylko i wyłącznie moja wina, jednakże w pewnym momencie życia oddałem cały swój wolny czas naszemu związkowi, a jak doskonale wiadomo przyjaźń należy pielęgnować i się o nią starać. Ja wybrałem tą damsko –męską.

O tego rodzaju przyjaźni można długo dywagować czy istnieje takowa itd. ale dla mnie to nudne, napisano o tym nie jedną książkę i nakręcono nie jeden film, wolę się skupić na tym jak różna jest przyjaźń kobiet i mężczyzn.

Jeśli myślę o przyjaźni damskiej to pierwsze słowo jakie ciśnie mi się na usta to „PSIAPSIÓŁKA” i oddaje ono mniej więcej 30% tej relacji. W tych trzydziestu procentach mogę zawrzeć również fakt, kiedy dwie kobiety nazywają się przed sobą przyjaciółkami, choć same w to nie wierzą i tak nie myślą. Gdzie wiedzą i czują, że jedna na drugą nie może liczyć, a ich sporadyczne spotkania ograniczają się jedynie do ploteczek- ale PSIAPSIÓŁKI na zabój! Kiedy się rozstają opowiadają w świat dalej historie zasłyszane i przekazane w największej tajemnicy.

Istnieją również zdrowe relacje ciągnące się latami, przerywane większymi i mniejszymi sprzeczkami. No właśnie sprzeczkami, jeśli pokłócą się dwie kobiety to po pierwsze o byle pierdołę, po drugie pierdoła urasta do niewyobrażalnej rangi, a po trzecie kłótnia trwa dniami, tygodniami, a niekiedy nawet miesiącami!

Psiapsiółki robią ze sobą wszystko!
-wypłakują sobie w ramiona
-chodzą razem do toalety, zmieniać podpaski, robić siku i Bóg wie co jeszcze!
-zwierzają ze spóźniającego okresu
-dzielą przeżyciami (także, a może przede wszystkim erotycznymi)
-chodzą na imprezy i na facetów (i to pierwszy punkt kiedy nie różnią się od nas, no my chodzimy na panienki oczywiście)
-trzymają głowę nad kiblem jak rzygają
-chodzą na zakupy
-gadają o wszystkim godzinami, godzinami, bez przerwy!!!

Kosmetyki. Spóźnia mi się okres. Ładną mam fryzurę? Muszę zrobić test ciążowy. Gdzie kupiłaś te buty? Chyba przytyłam. Pokłóciliśmy się. Wolisz smoky eyes czy takie bardziej delikatne? Jakich tamponów używasz? Widziałaś Top Model? Czy ja mam małe cycki? Ten kolor mi pasuje? Okres mi się spóźnia. Patrz jaki sobie nowy komplecik kupiłam…
Tak w kółko, kiedyś w tym uczestniczyłem to wiem.

A faceci?
Tu sprawa jest prosta jak drut! Facet potrzebuje kompana żeby iść na imprezę, zrobić coś głupiego, poradzić się jakie kupić opony i czasem ponarzekać przy piwku na swoją kobietę. Faceci kłócą się niezwykle rzadko, jeżeli dojdzie już do jakieś sprzeczki to zażegnana jest w 5 min. Mogę śmiało powiedzieć, że jak facet ma się z czegoś zwierzać drugiemu to musi się to oprzeć o jakiś dobry trunek, bo bez tego nie pójdzie. Taką blokadę mamy, że słowotok popuszcza dopiero po 3 piwie.

Wyobrażacie sobie, iż widzicie jak dwóch kolesi wchodzi razem do kabiny w kiblu? –GEJE!!! Czemu nikt nie krzyczy tak na kobiety? Powiem więcej nikt się nie dziwi takiemu zachowaniu kobiet? It’s natural ?!

Jeżeli facet rzyga to idzie to zrobić, aby następnie kontynuować z przyjacielem imprezę i nie potrzebuje, aby ktoś mu trzymał włoski.

Reasumując cieszę się z tego, że wisi mi coś między nogami, przez co wszystko jest prostsze!

25 marca 2013

Ślubne przygotowania w toku?

PANI NARZECZONA


W końcu pomału ruszyły przygotowania do ślubu, ale też z oporem. Zaczęło się od tego, ze postanowiliśmy z Panem Narzeczonym wybrać się w piątek w poszukiwaniu garnituru ślubnego. Łatwo nie było. Po wejściu do galerii Pan Narzeczony zauważył salon urody i od razu stwierdził, ze może byśmy poszli i odświeżyli sobie łapki. Sama byłam w szoku. 

Zapał Pana Narzeczonego przed wyjściem w poszukiwaniu garnituru ślubnego sięgał zenitu!

Pan Narzeczony na fotelu manikiurzystki wyglądał przezabawnie, jako że ma taką pracę, a nie inną (pracuje w drogownictwie) to jego dłonie wymagały według mnie chyba piły łańcuchowej żeby je doprowadzić do porządku. Ku mojemu zdziwieniu po 30 min Pan Narzeczony miał ręce niczym rasowy biznesmen, a ja z rozpędu stwierdziłam, ze chcę jeszcze jakiś odlotowy lakier i hybrydę. Tak tez spędziliśmy tam z 2 godziny, a garnituru dalej brak. 



Po wypielęgnowaniu dłoni ruszyliśmy w stronę pasażu jednak po drodze stwierdziliśmy, że zbliżają się urodziny Pana Narzeczonego i można by wstąpić i sprawdzić jakie zegarki oferują. Tak też kolejną godzinę jakimś dziwnym trafem przeznaczyliśmy na wybieranie zegarków, a Pan Narzeczony wybrał aż trzy! 


W końcu jednak stwierdziłam, że albo się weźmiemy za przygotowania i pójdziemy dziś wybrać garniaka, albo krucho będzie. Skierowaliśmy więc swoje kroki od razu do odpowiednich sklepów, jednak jakież było nasze zdziwienie, gdy w całym sklepie włączyły się wielkie dmuchawy, zawył alarm i ogłoszono ewakuację spowodowaną pożarem! Zgłupieliśmy. 

Jednak ja nie dałam za wygraną Pana Narzeczonego pod pachę i do punktu informacyjnego (niech się pali ja muszę wiedzieć czy na pewno) Pytam Pani czy uciekać, a ona że to pomyłka i jednak żadnego alarmu nie ma! Super! Wracamy do eleganckiego sklepu i w końcu przymierzamy, a raczej Pan Narzeczony przymierza. 



Szczerze, nie umiem powiedzieć czy garnitur na nim dobrze leżał, ja się na tym kompletnie nie znam. Wiem tylko, że ma być głęboka czerń lub głęboki granat i mucha, a to czy tu się ma marszczyć czy nie to nie mam w ogóle pojęcia! Nic więc nie kupiliśmy i ostatecznie doszliśmy do wniosku, że Pan Narzeczony wybierze się na łowy z moim tatą, ponieważ on z pewnością ma lepsze pojęcie co gdzie i jak ma leżeć. 

Z tego wszystkiego zapomniałam kupić podwiązki, bo taki również był cel naszej podróży, ale mam nadzieję, ze dziś znajdę chwilę i już sama wybiorę się po sklepach z bielizną  Muszę się jeszcze pochwalić, ze na mojej głowie nastała mała rewolucja i zmieniłam kolor z rudego na blond. 


Wydaje mi się jednak, ze do ślubu kolor ten jest za jasny, a wolałabym wyglądać bardziej naturalnie, dlatego na następne farbowanie poprosiłam mojego fryzjera, żebyśmy przyciemnili co nieco kolor. Natomiast fryzura wyszła wspaniale! Jest dokładnie taka jaką chciałam! 


 




Z przygotowań to tyle na razie. Zbliża się Wielkanoc, a my z Panem Narzeczonym przez ten brak słońca nawet nie czujemy tego, że trzeba koszyczek stroić, bo w taka pogodę wypadałoby chyba bardziej choinkę ubrać! Brrr!

PAN NARZECZONY

W końcu przygotowania do ślubu drgnęły, szczególnie jeżeli chodzi o mnie!
Korzystając z okazji, iż udało mi się wrócić z delegacji o jeden dzień szybciej, postanowiliśmy z Panią Narzeczoną spożytkować ten czas na poszukiwanie dla mnie garderoby i dodatków.



Dodatkiem bez jakiego nie wyobrażam sobie iść do ołtarza był zegarek, który zobowiązała się kupić Pani Narzeczona. Dlaczego? –bo jakieś dwa lata temu zbiła mój ukochany czasomierz, który zresztą sama mi podarowała na urodziny. Tak oto Pani Narzeczona postanowiła mi tę stratę wynagrodzić w postaci nowego.

Wybraliśmy się zatem na poszukiwania do centrum handlowego i już po 5 minutach ekspedientka wyłożyła kilkanaście modeli, które wpadły mi w oko. Wyłoniłem 3 egzemplarze a jako że wszystkie strasznie mi się podobały i przewidziałem budżet Pani Narzeczonej, zażyczyłem sobie 2 egzemplarze od mojej konkubiny (jak dumnie to brzmi, KONKUBINA! haha) a jeden postanowiłem kupić sobie sam!

Jako, że najważniejszy element ubioru kupiliśmy, można było rozpocząć poszukiwania garnituru. Po wizycie w trzech sklepach, w których albo nic nam nie odpowiadało ze na wyglądu lub nie było mojego rozmiaru trafiliśmy do butiku po którym niczego nie oczekiwałem. Weszliśmy bardziej z ciekawości.

A tu BACH! JEST! PASUJE!


Jeżeli wszystko dobrze pójdzie to jeszcze przed świętami kupimy garnitur i pozostanie nam tylko odnalezienie idealnej koszuli i muszki, bo buty już są.
Co najważniejsze, cena garniaka jest bardzo przystępna i prawdopodobnie kupie sobie jeszcze jakąś super marynarkę na drugi dzień.

22 marca 2013

Kościół


Pod ostatnim postem pojawił się bardzo ciekawy komentarz. Postanowiliśmy, iż odpowiemy na niego w formie postu, gdyż wiele osób w komantarzach zadaje nam podobne pytania.

„ (...) Czekam niecierpliwie na posty związane już bardziej ze ślubem, na Wasze przemyślenia związane z tym wydarzeniem i przede wszystkim odczucia:) Z wcześniejszym postów, wiem, że planujecie ślub kościelny, przygotowujecie się do życia razem uczestnicząc w kursie przedmałżeńskim, ale jednak do Kościoła Was nie ciągnie. Jak to jest? Dlaczego decydujecie się na ślub w Kościele, ale nie jesteście w nim "obecni"? No i wiem, również z postów, że mieszkacie razem:) Dlaczego taka decyzja? Nie baliście się, że poprzez wspólne zamieszkanie możecie "nie zdać egzaminu" z życia będąc razem 24 h na dobę? I jak się to ma do sytuacji właśnie ślubu kościelnego, czystości przedmałżeńskiej? Nie wierzycie w to, że nie mieszkanie przed ślubem i zachowanie czystości mają sens i dużo wnoszą w życie młodych? Czy dla Was nie ma to większego znaczenia, a ślub kościelny traktujecie czysto tradycyjnie, bez emocji, bez wiary, jedynie aby inny "źle nie popatrzyli" na Was?:) Wiem, że to dość prywatne pytania i wybaczcie za nie, ale Wasz blog bardzo mnie urzekł i staracie się na nim opowiadać o wszystkim, więc pomyślałam, że zapytać warto i może jakiś post się pojawi, (…) Bardzo chciałabym zrozumieć postępowanie ludzi w dzisiejszym świecie, dlatego, że jestem osobą wierzącą (i nie bynajmniej dwa razy do roku) oraz osobą, dla której wartości typu miłość czy uczciwość mają fundamentalne znaczenie. Ostatnio bardzo często spotykam ludzi, którzy zupełnie postępują na odwrót i nie wiem czy to ze mną jest coś nie tak, czy to takich ludzi jest coraz więcej, czy po prostu takie osoby spotkałam:) Wybaczcie raz jeszcze za moje pytania. Będzie mi niezmiernie miło posłuchać Waszych przemyśleń. Może Wy rozwiejecie moje wątpliwości, dlaczego tak się dzieje? Pozdrawiam Was Serdecznie, Agnieszka.

PANI NARZECZONA

Od razu mogę napisać, że jeśli chodzi o posty związane ze ślubem, możliwie na bieżąco informujemy was jak też nasze przygotowania się toczą. Jako, że na razie cała organizacja związana ze ślubem stoi w miejscu nie ma konkretnych postów. Zostało nam mało czasu, bo jedynie mniej niż 4 miesiące i pomału zaczynam panikować, dlatego w najbliższym czasie pewnie pojawi się więcej postów związanych z tym tematem, a już w czerwcu pewnie nie będziemy pisać o niczym innym i będziecie mieli nas dosyć ;) W najbliższym czasie napiszemy pewnie o próbnej fryzurze ślubnej, mamy w planach podsumować kolejną porcję ślubnych zakupów i zrobić post o własnoręcznie przygotowanych podziękowaniach dla gości w formie winietek. Jednak uzbrójcie się w cierpliwość!

Tak jak napisała Agnieszka weźmiemy ślub Kościelny, ściślej mówiąc Konkordatowy. Pytania, które zadała są dość trudne, bo oceniła nas na podstawie zaledwie kilku postów. Nie uważam, żebyśmy w Kościele byli nieobecni. Nie czuję też potrzeby pisania ile razy w nim jestem w roku, bo uważam, ze jest to sprawa bardzo prywatna. Mogę jedynie powiedzieć, iż nie pojawiam się tam dwa razy w roku, ale nie jestem też bardzo aktywna. Wierzę w Boga i się tego nie wstydzę. Nie idę za wszechobecną modą na Ateizm. Nie przyjmuję jedynie niektórych reguł jakie narzuca Kościół, ale już sam Ksiądz mówił mi wiele razy, iż jest to moje „robotnicze prawo”. Mogę dopisać, ze mam też alergię na stwierdzenie „Jestem Katolikiem, ale niepraktykującym” gdyby to stwierdzenie było jakkolwiek poprawne mogłabym śmiało stwierdzić „Jestem abstynentem, ale niepraktykującym” Myślę, iż większość osób mnie zrozumie. Nie uważam, ze należę do tej części wierzących którzy zgłaszają się do Kościoła tylko wtedy gdy go potrzebują (np. ślub, komunia, bierzmowanie) staram się uczestniczyć w życiu Kościoła, ale trzeba pamiętać o tym, ze każdy z nas ma coś za uszami!

Przed ślubem zamieszkaliśmy razem. Była to świadoma decyzja i nikt nigdy nas nie potępił. Może mój dziadek miał tam jakieś obiekcje, ale został szybko zgaszony przez babcie, iż teraz czasy są inne i nie ma nic do gadania ;) Myślę, iż decyzja dotycząca wspólnego zamieszkania była w pełni świadoma i wręcz nie mogliśmy się tego doczekać. Był to nasz wspólny cel, nasze marzenie. Podejmując taką decyzję z pewnością nie myśleliśmy o tym, że może się nie udać. Oboje jesteśmy siebie pewni, dużo ze sobą rozmawiamy, bardzo otwarcie i myślę, ze to pozwala nam na 100% zaufanie i decyzja o wspólnym zamieszkaniu nie była obarczona jakimiś wątpliwościami.

Jeśli chodzi o zachowanie czystości przed ślubem. Nie będę kłamać, tak jak pisałam nie zgadzam się z niektórymi zasadami Kościoła, a czy dobrze robię podejmując takie decyzje w sowim życiu już sam Bóg mnie osądzi. Moim zdaniem, bardzo ważne jest aby młodzie ludzie razem przed ślubem mieszkali  Dlaczego? Po zamieszkaniu z Panem Narzeczonym mogę śmiało powiedzieć, ze zupełnie inaczej patrzy się na drugą osobę, zdecydowanie daje to możliwość lepszego jej poznania. Można zobaczyć jakie nawyki wyniosła ze swojego domu i czy to nam odpowiada. Myślę, ze zachowanie czystości i nie mieszkanie razem przed ślubem jest decyzją każdego z osobna i my akurat wybraliśmy taką drogę, bo tak też czuliśmy. 

Ślubu nie bierzemy, bo inni nas przymusili i tak wypada. Ślub kościelny bierzemy dla siebie. Po to abyśmy oboje mogli uroczyście przed Bogiem powiedzieć sobie, ze tak przyrzekamy i że będziemy zawsze razem. Jasne, można śmiało powiedzieć mi papierek nie potrzebny, nam również nie, ale tu chodzi właśnie o wiarę i uczucia, o to, że jest to pewnego rodzaju symbol, który w piękny sposób łączy ludzi na zawsze. Myślę, że i ja i Pan Narzeczony z dumą będziemy nosić obrączki. Jest to jedna z tych chwil o których oboje marzymy. 

Dla nas również najważniejszymi wartościami jest miłość i uczciwość. Pisaliśmy już że u nas szczerość jest podstawą i wszystkie decyzje jakie podejmujemy w życiu wynikają z miłości do nas samych, może niektóre decyzje nie zgadzają się z regułami Kościoła, ale czy to oznacza, ze Bóg nas nie kocha? Czy to oznacza, ze nas odtrąci? Nikogo nie krzywdzimy, a jedynie sami wyznaczamy sobie drogę jednocześnie licząc się z możliwymi konsekwencjami. Jak na razie żadne z nas na swoich decyzjach się nie zawiodło i ufam, ze tak będzie dalej.




PAN NARZECZONY

Odpowiadając na bardzo ciekawy i wartościowy komentarz Agnieszki pod ostatnim postem powstał poniższy post. Ślub jest głównie dla mnie przeżyciem bardzo intymnym i emocjonalnym, przez jakiś czas miałem nawet w głowie pomysł na maluteńki ślubik z kolacją zamiast wesela (najlepiej na Kanarach), takie oto miałem wyobrażenie. Chodziło mi o to, aby przeżyć ten dzień jak najbardziej duchowo i pełnie, niestety realia są nieco odmienne. 

Nie tracę bynajmniej nadziei, iż wspólnie z Panią Narzeczona zaczerpniemy w tym dniu sporo Bożej łaski i siły na przyszłe lata (Pani Narzeczona po przeczytaniu tego fragmentu nazwała mnie w tym momencie Jehowym  :P)

Fakt, że nie zawsze mamy czas lub chęci na to, aby pójść co tydzień do Kościoła nie oznacza, że nie jesteśmy w nim obecni i nie uczestniczymy w jego życiu. Tak po prostu mamy i tyle. Niemniej jednak kiedy wybierzemy się na Mszę Świętą czujemy taką pozytywną energię na dalsze dni, przynajmniej ja tak mam.

Absolutnie dementuję, iż zawieramy związek małżeński, Kościelny bo tak wypada, rodzice się uwzięli, babcia będzie krzywo patrzyła lub Bóg wie co tam jeszcze. Zawieramy go z tych powódek o których napisałem powyżej i dlatego, aby umocnić nasz związek poprzez przysięgę przed Bogiem.

A fakt, że od dawna się kochamy, że mieszkamy razem, hmmm…

Niewątpliwie ciekawym doświadczeniem było by zamieszkać razem dopiero po ślubie i poczekać z całą resztą również do niego, ale ile małżeństw kończy się w ten sposób po roku? Oczywiście fakt, że my mieszkamy razem nie daje gwarancji, iż będziemy na zawsze razem aczkolwiek ja innej możliwości nie widzę. Idąc takim torem myślowym dojdziemy do wniosku, że to rodzice powinni wybierać nam partnerów.

Pewien jestem, że od tamtych czasów nic się nie zmieniło. Myślicie, że w tamtych czasach seks przed małżeński albo zdrady nie istniały? -(no może zdrady mniej bo teściowie pilnowali żony) –moim zdaniem seks był tak samo powszechny jak dziś, lecz była zupełnie inna mentalność ludzi niż dziś. 

Wtedy się po prostu o pewnych sprawach nie mówiło i nie ujawniało się ich, a teraz mamy wolność i szeroko pojętą demokrację. Więc nie wydaję mi się abyś Agnieszko odstawała od reszty społeczeństwa, po prostu masz trochę inne poglądy na świat. Dobrze, bo społeczeństwo to różnorodność, a ktoś musi nas moralizować, abyśmy za bardzo się nie zagalopowali, chociaż już i tak jest za późno.  

19 marca 2013

Bitwa Na Trendy


PANI NARZECZONA


Nie wiem dlaczego tak jest, ale zawsze jak ma przyjechać Pan Narzeczony to zaczyna się dużo dziać. Za dużo. Nie pisaliśmy cały weekend, bo po prostu nie było kiedy. Zaczęło się od tego, ze w czwartek dowiedziałam się, iż dostałam się do Bitwy na Trendy w CH Forum i na tym też skupił się cały weekend. W piątek cały dzień latałam po sklepach, aby dobrać odpowiednie stylizacje, ale od początku.

Konkurs polegał na tym, że spośród nadesłanych zgłoszeń wybierano 10 osób z których po 5 danego dnia miało walczyć o wejściówki na pokaz Macieja Zienia i miało dostać szansę na tygodniowy wyjazd do Londynu na kurs w najsłynniejszej szkole mody. Jako, że interesuję się, oprócz fotografii, również modą to tak też się stało, że moja stylizacja się spodobała i się dostałam.

Piątek więc spędziłam na lataniu po centrum w celu wypożyczenia strojów. Sobota to już był finał i tu cały dzień spędziliśmy na nagrywaniu programu. Śmiesznie było, ale i bardzo męcząco. Każda z nas mogła sobie wybrać modelkę, którą będzie stylizować, jako, że wcześniej już brałam udział w Bitwie z doświadczenia i tego, ze wiem jakie ma wymiary, chciałam wybrać Honoratę Wojtkowską, ale że była już wybrana postawiłam na Paulinę Papierską. Mimo, że jest zdecydowanie bardziej drobna i obawiałam się, że niestety, ale rzeczy które wybrałam będą za duże.













Na szczęście okazało się, ze były dobre i tak też stworzyłam dwie stylizacje zgodne z tematami: „Rebel, rebel, czyli moda na barykady” i „Wejście smoka, czyli pierwsze marzenie jak wrażenie.” Oczywiście jak to ja odpadłam dosłownie przed „podium”, ale zbytnio się nie przejęłam, gdyż osoby które brały udział w konkursie były zdecydowanie profesjonalistami,a ja całkowitym likiem. Moda to jedynie moje hobby.







Naszymi jurorami byli Agnieszka Ścibior (redaktor naczelna Vivy), Joanna Horodyńska i Maciej Zień. Miłym aspektem było, to iż mieliśmy możliwość po obcowania z osobami z branży i rozmowy. Oczywiście najlepszy kontakt złapałam z Zieniem. Niesamowita postać, usłyszałam od niego wiele miłych słów, włącznie z tym, że mam niesamowitą osobowość i widać, ze kocham to co robię.


Niestety tak jak podejrzewałam, Joanna Horodyńska nie wywarła na mnie najlepszego wrażenia i mimo że na początku była bardzo miła to potem nie szczędziła słów krytyki, które według mnie i pozostałych dwóch jurorów nie do końca były słuszne. Nie potrafię też zrozumieć czemu Pani Joasia tak bardzo się na mnie uparła?





Ach i jaszcze zapomniałam o naszym przesympatycznym prowadzącym Bartoszu Kasprzykowskim, ja oczywiście nie wiedziałam, kto to jest dopóki Pan Narzeczony mnie nie uświadomił, ale tak z reguły mam że serialowa nie jestem. Dzień był bardzo intensywny, ale też ekscytujący. Cieszę się też, że udało się aby tego dnia towarzyszyli mi Pan Narzeczony i moja siostra.

Muszę wam powiedzieć, ze nagrywanie takiego programu jest dość męczące, bo polega głównie na czekaniu i dzięki temu, ze miałam przy sobie bliskie osoby czas płynął o wiele lepiej. Pan Narzeczony był chyba szczególnie zadowolony bo jako, ze był w pomieszczeniu gdzie stylizowałyśmy nasze Top Model to szczęściarz mógł się napatrzeć co nieco, ale oczywiście widziałam ,że dyskretnie starał się odwracać głowę ;)





Nie pytajcie mnie, kiedy i na jakiej antenie będzie program, bo tak naprawdę tam nikt nic nie wiedział. Wiem, ze możliwe że będzie o nas w Co Za Tydzień TVN w Niedzielę (24.03.2013), a sam program o Bitwie Na Trendy nie wiem czy się pokaże i gdzie się pokaże. Jeśli będę coś w końcu wiedziała to z pewnością napiszę.

Niedziela miała być głównie dniem fryzury ślubnej i nowego koloru na mojej głowie, ale niestety wyszło tak, ze mój fryzjer nie dojechał, więc wszystko przełożyliśmy na za tydzień i myślę, ze wtedy zdam wam relację.

Strasznie się cieszę, ze zostałam doceniona i nie wiem czemu, ale mam jakieś takie szczęście, że zawsze się wplączę w jakąś akcję telewizyjną. W poprzedniej edycji Bitwa na Trendy wyglądała troszkę inaczej, bo nie walczyliśmy indywidualnie, a grupowo i mieliśmy swoich prowadzących. Ja miałam okazję być w grupie Gosi Baczyńskiej i też było całkiem nieźle. Druga grupa działała z Robertem Kupiszem i tu im zazdroszczę bo Pan Robert to niesamowicie pozytywna postać i chyba dzięki temu, że nie jest tak długo na rynku nie zadzierał tak nosa jak Gosia Baczyńska.






PAN NARZECZONY

Ubiegły weekend przeminął równie szybko jak każdy z poprzednich, odróżniał się jednak od pozostałych , gdyż Pani Narzeczona postanowiła wziąć udział w konkursie organizowanym przez jedną z pobliskich galerii handlowych. Ja nie mam na tyle odwagi, tzn. lubię wystąpienia publiczne, ale chyba w innym charakterze. Tym oto sposobem Pani Narzeczona przemieniła się w profesjonalną stylistkę, a za zadanie miała stworzenie wyjątkowej stylizacji, którą prezentowała jedna ze słynnych Top Modelek.


Co ciekawe podczas trwania całego wydarzenia towarzyszyła nam ekipa filmowa, rejestrując tym samym każdy krok uczestniczek i modelek. Po mniej więcej 6 godzinach śledzenia pracy ekipy i rozmowach z modelkami, mogę śmiało stwierdzić, że w telewizji panuje straszny BURDEL! To co oni kręcili można było zrobić w czasie o połowę krótszym, gdyby tylko ktokolwiek miał w głowie wyobrażenie o tym co chce uzyskać i potrafił zapanować nad ludźmi kręcącymi się tu i ówdzie. Na początek wywalił bym z backstage-u takich jak ja, którzy byli tam przebywali z bliżej niewyjaśnionych przyczyn i potrzeb.


Czas, który tam spędziłem dał mi obraz o tym jak pracują modelki, jak są traktowane i jakie one same są. Tym samym stwierdzam, że modelka zachowuje się mniej więcej jak lalka, możesz jej tu coś podpiąć, tam podmalować, gdzie indziej poprawić fryzurę itp. chwilami wydawało mi się, że one żyją w amoku. Ale być może o to chodzi, że przez ich bezwład lepiej pracuje się stylistce. 

Jeżeli ktoś spodziewa się tego, że modelka jest divą i gwiazdą to muszę go rozczarować, oczywiście zdarzyły się bardziej kapryśne i markotne –szczególnie jedna, aczkolwiek wszystkie traktowane są bardzo przedmiotowo i bez zbędnych ceregieli. Mi to chwilami, aż przeszkadzało,gdyż było to oznaką braku szacunku do kobiety. Wyobraźcie sobie że po pomieszczeniu biega około 7 facetów z kamerami, mikrofonami, aparatami no i nic nie robiący ja, a na środku modelka się przebiera, ukazując całemu towarzystwu swoje pośladki, piersi, cellulit. 


Mnie to osobiście trochę skrępowało, a bardziej wywołało we mnie takie poszanowanie do tych osób i odwracałem głowę w odwrotnym kierunku, kiedy one się przebierały. Co ja nigdy tyłka nie widziałem? Tyłek Top Model od innego się niczym nie różni. Po całym „konkursie” w końcu była chwila wytchnienia i spokoju w której wymieniliśmy parę poglądów z dziewczynami, które uświadomiły mi jak ciężka i niewdzięczna jest to praca, w której albo ktoś chce żebyś robił coś za darmo, albo próbuje ugrać coś dla siebie na tym, że świeżo co wyszłaś z programu. 

Widać było w nich ogromne zmęczenie nie tylko tym dniem, ale także tym staraniem o przetrwanie w tej branży, bo to walka każdego dnia, niestety także z własną agencją. Patologią jest dla mnie walka z pracodawcą albo pośrednikiem, tutaj powinna być pełna harmonia i zrozumienie. Ja jak widać nie miałbym szans w show biznesie jestem za „mientki”!

O jury nie będę się zbytnio rozpisywał, gdyż mnie nijak nie zachwycili no może trochę Maciej Zień, świetnie skrojoną marynarką. Niewątpliwe ogromne wrażenie zrobił na mnie Bartosz Kasprzykowski, który pełnił rolę prowadzącego. Swą osobowością, otwartością i pogodą ducha spowodował, że każdemu było tam milej przebywać. Wielki pozytyw i zaskoczenie.


Po intensywnej sobocie miała być już bardziej relaksująca niedziela, obfita w nowe wizerunki na naszych głowach, gdyż miał nas odwiedzić fryzjer, jednakże nic z tego nie wyszło. Udaliśmy się więc z Panią Narzeczoną na spacer aby zaczerpnąć nieco słońca, a w drodze powrotnej ulegliśmy pokusie i odwiedziliśmy restaurację Majer. Mmmm… Sant Patrick Day, bez zielonego piwa się nie obyło.