30 kwietnia 2013

Nasz pierwszy wspólny kąt

PANI NARZECZONA


Bardzo lubię nasze mieszkanko. Jest to nasze wielkie marzenie, które już się spełniło i nie podejrzewaliśmy nawet, że spełni się tak szybko. Uwielbiam wnętrza. Uwielbiam urządzać dom, mieszkanie, biuro, cokolwiek. Nasz magiczny zakątek urządził się jakoś sam. Najbardziej jestem chyba dumna z sypialni. Biel i fiolet.


Na początku myślałam, że Pan Narzeczony będzie się buntować co do kolorów i stylu, że będzie marudzić, ze ta sypialnia jest mało męska. Na szczęście obyło się bez zbędnych grymasów. W sypialni najbardziej lubię łóżko :) wygodne mięciutkie i idealnie trafia w mój gust, choć wiem, że Pan Narzeczony najlepiej chciałby takie 2 x 2.

Co ciekawe jak urządzaliśmy sypialnie najistotniejszym elementami stał się chyba zakup kołdry - koniecznie musiała być jak największa, abyśmy sobie jej w nocy nie wyrywali (oczywiście do wyrywania ja mam największe skłonności jako, ze jestem strasznym zmarzluchem)

Mam też jedno ulubione miejsce w mieszkaniu. Oprócz sypialni jest nim parapet w kuchni. Nie wiem czemu tak bardzo go sobie upodobałam. Latem są na nim obowiązkowo zioła i mnóstwo małych roślinek. Jako, ze teraz jesteśmy na naszym mieszkanku tylko w weekendy, mój ulubiony parapet został zaniedbany i stoi na nim jeden samotny kwiatek.


Jako, że mieszkamy na parterze parapet ten zastępuje mi niejako balkon, bo myślę iż gdybym takowy miała, cały skąpany byłby w zieleni – pomimo iż ręki do roślin nie mam. Jak na razie już z Panem Narzeczonym skupiamy się na przyszłości. Wiadomo, że im człowiek ma więcej tym więcej chce. Teraz to marzy nam się większe mieszkanko, takie 3-4 pokojowe w kamienicy.

Tam to dopiero można się popisać w wystroju wnętrz! Mam mnóstwo pomysłów! Moje inspiracje najczęściej znajduję i staram się wykonać tanim kosztem, bo zdaje sobie sprawę ze te designerskie rzeczy są niebotycznie drogie, ale kilka inspiracji nigdy nie zaszkodzi.






Ostatnio zachwycam się bielą. Zawsze uważałam, że białe ściany, podłogi i meble są piękne! Zawsze też jednak słyszałam „przestań to taki zimny kolor, nie będziesz miała białego pokoju, wybierz lepiej zielony kolor” a ja chciałam! Chciałam mieć białe łóżko, białe ściany i białe meble! Chciałam to jednak przełamać jakimś kolorem biel+czerń? Super! Biel+szarość, biel+fiolet, biel+ czerwień, jest tyle możliwości! Zakochałam się w bieli i jeśli tylko będzie taka możliwość, nasze mieszkanko w kamienicy urządzę właśnie w tym kolorze.


PAN NARZECZONY

Co do mieszkania od zawsze mieliśmy wielkie marzenia i myślę, ze po części udało nam się wiele z nich spełnić. Pamiętam dzień w którym weszliśmy do niego, a naszym oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy. Porozrzucane butelki po piwie, ściany pochlapane farbą w różne kolory (działalność studentek z Architektury), wszech ogarniający smród i bród. 

Zaczęło się od wyburzeń poleciały ściany, luźne tynki, okna potem elektryka, i inne instalacje. Można powiedzieć, że wywaliliśmy z niego wszystko oprócz ścian nośnych i kilku działowych. Ze względu na to, że mam taką żyłkę do remontów i majsterkowania, zakasałem rękawy i starałem się robić większość rzeczy sam. 

 Od początku mniej więcej wiedzieliśmy jak chcemy aby mieszkanie wyglądało, ale każdego dnia ten obraz się wyostrzał i zmienialiśmy mnóstwo rzeczy. W ten oto sposób zaplanowany budżet urósł dwukrotnie, a pod koniec dopadł nas deficyt w związku z czym przerzuciliśmy się na wysoko energetyczne pożywienie z puszek.


Najlepszym i najgorszym dniem był dzień przeprowadzki –niesamowite uczucie, gdy kładziesz się spać w miejscu w którym przebywasz codziennie od kilku miesięcy, a czujesz się całkowicie obco! Najgorszy był wieczór, gdy Panią Narzeczoną dopadł kryzys i całkowicie się rozsypała. Taki stan rzeczy utrzymywał się mniej więcej przez około tydzień, aż do dnia całkowitego zakończenia robót, sprzątania i Świąt Bożego Narodzenia.

Na dzień dzisiejszy poszukujemy już większego mieszkania aniżeli nasze skromne M3 z myślą o powiększeniu w najbliższym czasie rodziny. Naszym marzeniem jest wyremontowanie mieszkania w kamienicy i urządzenia go w połączeniu starych zabytkowych elementów takich jak dekory duże drzwi i komoda z nowoczesnym wystrojem. 





Zestawienie cegły, szkła i drewna. Obłe krawędzie stołu z ostrymi i błyszczącymi blatami kuchni. No zobaczymy jak się udadzą nam poszukiwania, jeżeli coś znajdziemy to na pewno dowiecie się o tym jako jedni z pierwszych.  

26 kwietnia 2013

Zdrada


PANI NARZECZONA


Dziś będzie trudny temat. Zdrada. Nie każdy z nas ją przeżył. Ja osobiście pewne doświadczenia ze zdradą mam dlatego uważam, że myślę, iż coś tam o niej powiedzieć mogę. Wiele razy zastanawiałam się co też bym zrobiła, jeśli dowiedziałabym się, że Pan Narzeczony zdradził. Krzyk, płacz, wielkie rozczarowanie? Z pewnością.

Czy zostawiłabym? Nie wiem. Czy wybaczyłabym? Na pewno na zawsze pozostałoby to w mojej pamięci i pytanie teraz, czy mimo że wybaczyłabym i zdecydowała na życie razem, potrafiłabym odzyskać zaufanie? Myślę, że odpowiedź jest prosta. Do człowieka który zdradził już nigdy nie odzyska się zaufania i jeśli obierzemy drogę: tak mimo Twojej zdrady chce być z Tobą, spróbujmy, musimy się liczyć z tym, ze już na zawsze to brzemię zdrady będzie na nas ciążyć- wspólnie.

Myślę, że nie jest to łatwe, ale możliwe. Jestem zdania, ze jak coś się popsuło to nie należy tego wyrzucać do koszta tylko naprawić. Wcześniej jednak zastanawiałam się czy w ogóle warto wiedzieć o zdradzie? Temat ten poruszył ksiądz na naukach przedmałżeńskich. Wcześniej odpowiedź na to pytanie była dla mnie niezwykle prosta: Pewnie, o zdradzie powinnam wiedzieć, przecież szczerość ponad wszystko!

Jasne, bądźmy szczerzy, ale zastanówmy się przez chwilkę. On zdradził, ja może się domyślam, że to zrobił, pewnie on zdradzając powinien mieć jakieś wyrzuty sumienia (z reguły tak jest, bo jeśli ich nie ma, to w ogóle już nie ma czego ratować, nie ma związku) więc czemu miałby mi się sam z siebie przyznać? Czemu pewnego popołudnia miałby usiać i powiedzieć „słuchaj, przespałem się z nią, żałuję” przecież mówiąc mi to zrzuci z siebie część ciężaru, bo może ja mu wybaczę i może będziemy próbowali, a nawet jak nie wybaczę to on ten ciężar i tak zrzuci, bo powie i będzie widział, ze był przynajmniej na tyle fair, żeby powiedzieć.

Dlatego ja uważam, ze nie do końca z tym przyznaniem się do zdrady jest ok. Przecież niech ten facet żyje z wyrzutami sumienia do końca życia. Zrobiłeś to? Męcz się teraz, bij się biczem po plecach, żałuj i uszczęśliwiaj żonę do końca życia, ale nie krzywdź jej, bo nie zasłużyła na to żeby żyć z Twoim grzechem. Co innego jeśli żona się domyśla i chce wiedzieć i spyta wprost: Zdradziłeś mnie? Odpowiedz i powiedz prawdę, bo skoro pyta, chce wiedzieć i musi być gotowa na wspólną walkę, ale jeśli ona się domyśla i nie pyta, znaczy, ze sam uporaj się z największym błędem życiowym jaki zrobiłeś.

Wiem, temat jest bardzo kontrowersyjny i nie musicie się ze mną zgadzać, bo jestem pewna, ze większość osób tu napisze „Ja na 100% chciałbym wiedzieć, przecież nie można żyć w kłamstwie” ale zastanów się chwilkę. Zastanów się, czy faktycznie on/a zasłużył/a na to żebyś widział/a? Jak trudno jest żyć ze świadomością, ze zdradziłem i jak bardzo boli sumienie wie tylko ten kto to zrobił i myślę, że dla takiej osoby o wiele większą karą będzie życie z własnym zabrudzonym sumieniem, niż przyznanie się do błędu i obarczenie ukochanej osoby bólem i cierpieniem na które może ta druga osoba nie zasłużyła.

Sytuacja wyżej opisana dotyczy osoby która zdradziła, ale nadal kocha swojego męża, żonę, dziewczynę, narzeczoną, chłopaka, bo przecież każdemu może się zdarzyć w życiu zbłądzić, ale jeśli zbłądził niech w 100% ponosi za to odpowiedzialność. Nie mylcie też tego, ze jak wam nie powie co się wydarzyło to znaczy że nie ponosi odpowiedzialności, próbuję tylko wytłumaczyć, ze ponosi i to jeszcze większa bo zostaje z tym sam. Sytuacja ta nie dotyczy, gdy ta osoba zdradza nagminnie, gdy zdradza i nie ma wyrzutów sumienia. Wtedy z pewnością nie można mówić o miłość takiej prawdziwej, czystej, bo jeśli ktoś zdradza nagminnie lub zdradza i nie ma wyrzutów sumienia to nie ma związku i nie ma sensu, a nawet nie ma czego ratować.

Myślę, ze jest to mała część moich przemyśleń. Sama nie wiem jakbym się zachowała w tak ekstremalnej sytuacji, mogę tylko podejrzewać. Kiedyś bardzo bliska osoba powiedziała mi, że zdrada jest to coś strasznego, ale jeszcze gorszy jest rozwód, bo przeżywamy go tak jak śmierć męża czy żony i to stwierdzenie jest potwierdzone przez psychologów, więc czasem warto zastanowić się nad tym rozwodem i warto na sobą pracować.

Myślę, ze takie przemyślenia są potrzebne, a szczególnie przed ślubem. Znam zdanie Pana Narzeczonego, ale sama jestem ciekawa jak facet patrzy na zdradę i jak wam to opisze.



PAN NARZECZONY

Zdrada kojarzy mi się z bólem i cierpieniem którejś ze stron w związku, bynajmniej nie zawsze musi to być kobieta jak się powszechnie uważa. Mówi się, że mężczyźni są bardziej skłonni do zdrady i jest to ich wina, że zdradzają. 

Zastanawiam się jednakże, dlaczego nikt nigdy nie pomyślał czemu mężczyźni zdradzają i bynajmniej nie mówię tu o kuriozalnych dla mnie przypadkach, gdzie występuje jedynie pociąg fizyczny, seksualny. Wydaję mi się, że jeżeli dochodzi do zdrady w związku to najczęściej jest to wina obu ze stron i jest to podyktowane nie cielesnością, a przede wszystkim umysłem. 
Potrzebą zainteresowania, uczucia, rozmowy, a nawet czasem serdecznego uśmiechu, potrzebą takich gestów, których można po kilkunastu latach małżeństwa już nie otrzymywać. To tutaj tkwi sedno sprawy, bo jeżeli facet zdradzi swoją kobietę ze względu na to, że inna podobała mu się bardziej to oznacza, że albo nie kochał naprawdę swojej, albo jego żona zapomniała jak o siebie dbać. 

Kobiety zaraz mnie zahuczą, że po ciąży nie wygląda się atrakcyjnie itd. Ale to bez znaczenia dla mężczyzny, najważniejsza dla niego jest seksualność, a nie wygląd. Przede wszystkim zachowanie kobiety, jej własne poczucie siebie, swoich ruchów, gestów, spojrzeń. 

Mężczyźni nie patrzą przez pryzmat cellulitu, a machnięcia włosami po ich twarzy czy też zakręcenia biodrami „8”. Obsługa faceta jest tak prosta jak konia, trzeba wiedzieć gdzie pociągnąć, a w którym miejscu wbić obcas. Nigdy nie wolno pomylić tych miejsc.  

23 kwietnia 2013

Co to takiego Teppanyaki?

PANI NARZECZONA


Ostatnio w komentarzu sweet&salty spytała nas czy mamy z Panem Narzeczonym jakąś wspólną pasję. Od razu bez zastanowienia pomyślałam: Tak mamy wspólną pasję, jest nią jedzenie! Uwielbiamy razem gotować i jeść, ale jeszcze bardziej lubimy wychodzić gdzieś razem i próbować. Próbować nowych smaków kuchni, jesteśmy ciekawi wszystkiego.

Podejrzewam, ze nawet jakbyśmy wylądowali w warszawskiej restauracji, gdzie serwują robale (tak taka naprawdę istnieje) to pewnie nie mielibyśmy oporów żeby spróbować. Jednakże Warszawa to już dalsza wyprawa, a my postanowiliśmy wybrać się do Tych do restauracji o której wam już pisaliśmy i w której już kilka razy byliśmy.

Różnica była taka, ze tym razem zamiast na sushi byliśmy na teppanyaki. Co to takiego? Japońska kuchnia, polega to na tym, ze wokół wielkiej blachy siedzą wygłodniałe osoby, a przed nimi powstają przepyszne japońskie dania. Szczerze powiem, że jak kucharz zaczął swoją pracę byłam pod ogromnym wrażeniem.


Taniec rąk- tak można nazwać pracę kucharza. Wspaniałe widowisko. Na początku zaczyna się od tego, że kucharz przyrządza po kolei dania tak jak chce i podaje. My jemy, kosztujemy i się zachwycamy. Potem jest przerwa i zastanawiamy się co też nam smakowało, albo wybieramy pozycje z karty, które nie były przedstawione, a które chcielibyśmy jeszcze spróbować.

Zamawia się od razu wszystko naraz. Jeśli jesteśmy w stanie zjeść i mamy taka ochotę możemy zamówić nawet całą kartę. Ja zamówiłam większość rzeczy z karty i poległam. Nie dałam rady zjeść wszystkiego, przez co miałam kaca moralnego, bo przecież tak nie ładnie zostawiać (ach ta zachłanność).



Co do samego jedzenia, mogę śmiało stwierdzić, że najlepsze są ryby i owoce morza. Najmniej smakowały mi mięsa i makaron. Kucha ogółem bardzo tłusta, a myślałam, że będzie raczej lekka. Pierwszy raz w życiu miałam okazję też spróbować małż, kalmarów czy prawdziwych krewetek tygrysich.




Mimo, że jakieś tam opory początkowo miałam to przełamałam się, bo przecież głupio byłoby nie zjeść małży, gdy szef kuchni osobiście ją przed tobą przyrządzał, a potem podał Ci na talerz. Zjadałam więc i nie pożałowałam. Pycha!


PAN NARZECZONY

Kolejne wyjście do Kaya Sushi w Tychach miało odbyć się w zupełnie nowy, wcześniej dla nas nie znany sposób. Miało to być niedzielne popołudnie pod znakiem Teppanyaki.

Pani Narzeczona podekscytowana podskakiwała od samego rana, niestety mnie jej nastrój się nie udzielał za sprawą myśli o czyhającym za kilkanaście godzin wyjazdem.

Ogólnie rzecz biorąc Teppanyaki jest formą, sztuką przyrządzania jedzenia na dużej i bardzo gorące blasze, na oczach gości.

Jeżeli chodzi o same doznania smakowe, to muszę powiedzieć, że przynajmniej w wykonaniu Kaya sushi nie były powalające, jednakże sam sposób gotowania wprawiał w osłupienie.

Jeżeli miałbym polecić komukolwiek tego typu ucztę, to niech decyduje się na ryby i owoce morza, przygotowywane w mgnieniu oka przez to nie tracą na swoim smaku i delikatności.


Mięsa, dania z ryżu i makaronu specjalnie nie odbiegają od tych jakie można wykonać samemu w domu i są zapychaczami, a skoro płacisz raz i jesz ile chcesz to bierz bez skrępowania jak najwięcej porcji ryb.




Tak też za doznania wizualne 5+ natomiast za smaki 4//.

20 kwietnia 2013

Co jest Twoją pasją?

PANI NARZECZONA


Od dziecka miałam wiele zainteresowań. Od dziecka też moje zainteresowania zmieniały się jak w kalejdoskopie. Sama nie wiem czemu. Z tego co pamiętam najpierw moją „pasją” był balet. Tak w wieku 7 lat chodziłam na balet! Byłam całkiem niezła, bo zawsze na występach w operetce stawiali mnie w pierwszym rzędzie, a tam podobno stały zdolniachy.

Jednocześnie, a nawet wcześniej niż balet, czyli w wieku 5 lat, był basen. Chodziłam, pływałam, ale nie wiem czy była to moja pasja, bo było to bardziej narzucone przez mojego tatę i trwało, aż do czasów liceum. Jednak w pływaniu nie odniosłam jakiś oszołamiających sukcesów, było tam kilka zawodów i zawsze 3 miejsca, więc nie ma się czym chwalić.

Jednak pierwszą prawdziwą moją pasją z wyboru był właśnie taniec, najpierw wyżej wspomniany balet, a potem w gimnazjum zapisałam się na hip-hop (wiem, wiem ciekawy przeskok) Taniec tak mnie swego czasu wciągnął, że w liceum namówiłam nawet Pana Narzeczonego na to, abyśmy zapisali się razem na taniec towarzyski, szło nam jednak koszmarnie, więc szybko zrezygnowaliśmy.

Oczywiście w tańcu (w pojedynkę) też nie byłam najlepsza, ale byłam jedną z lepszych zawsze jednak w moich pasjach brakowało mi wytrwania, a kto wie gdybym nadal tańczyła może tak jak moja koleżanka, którą notabene zaciągnęłam razem ze mną na pierwsze zajęcia taneczne, tańczyłabym w „jakiej to melodii” czy na przeróżnych festiwalach. No nic.


Potem pojawiła się pasja do rysowania. Jako, że odziedziczyłam po tacie troszkę talentu to rysowałam jak szalona. Oczywiście ołówkiem i były to głównie mangi. Mam nawet teraz pełną teczkę moich rysunków, ale zostały one jedynie na pamiątkę.

Kolejną pasją i jest to ta, która została mi do dzisiaj, ale nie poświęcam jej niestety wystarczająco czasu. Jest nią fotografowanie. Chodziłam nawet na zajęcia do MDK, gdzie uczyłam się jak obsługiwać profesjonalnie aparat, a mój pierwszy sprzęt zakupiłam z pieniędzy uzbieranych z 18-nastki. 


Uwielbiam robić zdjęcia. Uwielbiam robić zdjęcia szczególnie ludziom i zwierzętom. Lubię zbliżenia twarzy, złapać grymas, uśmiech, płacz. Żałuję tylko, ze na tę pasję nie mam za bardzo czasu...






Muszę jednak stwierdzić, ze tak po dłuższym zastanowieniu myślę, że moja pasje się przeplatały, bo przecież jak chodziłam na taniec to jednocześnie rysowałam, jak pływałam to też tańczyłam, a teraz jak fotografuję to bardzo i strasznie pochłonęła mnie moda! Kocham oglądać pokazy mody, buszować po lumpeksach, czytać przeróżne portale o modzie czy książki. Zresztą o tej pasji mogliście przekonać się już w poście o Bitwie Na Trendy.


PAN NARZECZONY

Moje pasje raczej obracały się wokół sportu, właściwie to pasja –piłka nożna w którą zacząłem grać w klubie mniej więcej w połowie podstawówki. Odznaczałem się jednakże taką tendencją, iż nie oddawałem się nigdy pasji w 100%. 


Grałem w piłkę, chodziłem na treningi, ale nie pracowałem samodzielnie nad sobą nigdy. Nie interesowało mnie też oglądanie meczy w telewizji. Nie znałem dziesiątek nazwisk różnych reprezentantów drużyn. Po prostu lubiłem kopać piłkę. 

Tak też pozostało do dzisiaj, jeżdżę na desce, ale nie poświęcam całego swojego życia, nie podporządkowuje go pod jazdę na snowboardzie. Jeśli jest okazja i możliwość to jasne wyskoczę na stok, jednakże tłuc się pociągiem by mi się nie chciało.

Ale taką moją największą pasją są wyzwania, po prostu uwielbiam wyzwania, pokonywanie pewnych granic, samego siebie. Tak też realizuję się w pracy, w której na co dzień jest masa problemów i przeciwności od których nieraz rwę sobie włosy z głowy, lecz gdy uda mi się zrobić cos na co ktoś inny nie wpadł albo zarobić kilkadziesiąt dodatkowych tysięcy dla firmy to jestem bardzo spełniony.

Niedawno, może tydzień temu postawiłem sobie nowy cel wyzwanie (czyli moja pasja) chcę rozwinąć pewien pomysł, projekt na biznes i już zacząłem pisać prospekt. Mam taki plan, aby rozwijać jeszcze pewien interesik na boku. Jak wypali to dam o tym znać.

17 kwietnia 2013

Zaproszenia ślubne

PANI NARZECZONA


Nie wiem czemu, ale szczególną wagę przykładaliśmy do zaproszeń. Musiały być z pewnością eleganckie, ale proste i w kolorze przewodnim ślubu, czyli pudrowy róż + srebro. Zamówiliśmy je już dawno, bo jakieś 3 miesiące temu i tak sobie biedne leżały i czekały, aż zrealizujemy dalsze plany z nimi związane. Nasze zaproszenia zamówiliśmy na stronie Koła Czasu! Cały pomysł był nasz i jestem bardzooo zadowolona, bo cena do jakości jest adekwatna, a mamy to co chcieliśmy :)



Przede wszystkim pamiętam, że zawsze jak jechałam na czyjś ślub nie wiedziałam co się w danym momencie wydarzy i tak też np. nie wiedziałam czy życzenia już składać pod kościołem czy na sali i o której mam się zjawić w domu Panny Młodej na Błogosławieństwie? Postanowiłam więc, ze ja do naszych zaproszeń ślubnych dodam coś w rodzaju planu sytuacyjnego.



Jako, że większość gości jest przyjezdnych konieczna była też mapka i myślę, ze dzięki takim krótkim informacjom, goście nie pogubią się w tym dniu i będą wiedzieli co w danej chwili robimy. Pomysł nie wiem czy nowy, ale dla mnie zdecydowanie tak, myślę, że jest to bardzo praktyczne i rozsądne rozwiązanie.



Jeśli chodzi natomiast o zawiadomienia ślubne to u nas na śląsku jest tradycja, że dwa tygodnie przed ślubem jedzie się do pracy np. Pana Narzeczonego i częstuje „kołaczem” czyli ciastem, a przy okazji rozdaje się zawiadomienia, są to karteczki, bądź takie niby zaproszenia na których napisane jest kiedy i gdzie odbywa się uroczystość zaślubin i jeśli tylko ktoś ma ochotę to może przyjść do Kościoła i uczestniczyć z nami w tym wydarzeniu.


Jest to gest miły ze strony Państwa Młodych, dlatego tez, że bardzo często wizyta w pracy owocuje prezentem ze strony pracowników, a rozdanie informacji do ręki dot. kiedy odbędzie się ślub jest milsze, niż rzucenie w eter „No ślub bierzemy 13 lipca to zapraszamy na uroczystość jeśli masz ochotę”

Informację o ślubie umieszczamy też na tablicy na facebooku, idąc za duchem nowoczesności, oczywiście! Zawiadomienia rozdamy również znajomym rodziców i naszym, dokładniej mówiąc osobom, które również bardzo darzymy sympatią, a niestety ze względów ilościowych i finansowych nie zapraszamy ich na wesele.

Dodatkowo postanowiłam, że zrobię taką mini karteczkę i uroczyście poproszę Pannę K. o zostanie moją świadkową. Zawsze to będzie jakaś pamiątka dla niej, że ona też została potraktowana w sposób szczególny z tej okazji, że jest świadkową.



Postanowiłam również podzielić się z wami moimi przemyśleniami dot. prasy o tematyce ślubnej. Czy warto w ogóle takową kupować? Szczerze moją pierwszą odpowiedzią jest – zdecydowanie nie warto! Dlaczego? W większości tych gazet czyli około 90% zajmują reklamy. Nie ma tam ciekawych artykułów, ciekawostek, technik makijażu, po prostu nuda, suknie, fryzury, a wszystko to jakby wyciągnięte z jakiegoś wiejskiego koszmaru, czyli po prostu brzydkie, w dodatku za nieziemską cenę, bo taka gazeta kosztuje od 10 zł do 30 zł!



Natomiast jest jedna gazeta, która faktycznie mnie zainteresowała. Gazeta nazywa się WEDDING i jest fantastyczna. Dla mnie to taki Vouge ślubny. Piękne suknie, bardzo ciekawe artykuły i wiele wspaniałych rad, a wszystko to w świetnej grafice! 




Gazeta sama w sobie droga, bo kosztuje 15,90 zł, ale ja ją kupuję w tzw. outletach na dworcu kolejowym z książkami. Tam płacę za nią 4 zł i fakt, że może nie jest to najnowsze wydanie, ale jest to wydanie jedynie starsze od nowego o jeden numer w tył, jeśli tak mogę powiedzieć. Jeśli więc szukacie ciekawych gazet ślubnych to polecam jedynie tą. Naprawdę fantastyczna, pełna inspiracji :)


PAN NARZECZONY

To jeden z elementów którego wybór zajął nam najwięcej czasu, pomijając mój garnitur oczywiście. Zaproszenia musiały być wychuchane w każdym calu i w mojej ocenie są doskonałe, ale to moja opinia.
Pani Narzeczona wymyśliła sobie kolor przewodni uroczystości, sino-koperkowy-róż czy jakoś podobny i pod to teraz wszystko jest układane. Część zaproszeń wręczymy osobiście jadąc do gości z ciastem, taka tu panuje tradycja, a pozostałe wyślemy pocztą.


Do każdego zaproszenia dołączony zostaje plan uroczystości, aby uniknąć sytuacji w której goście nie wiedzą co robić i panuje rozgardiasz.


Ponadto mamy zamiar rozdać zawiadomienia ludziom, których nie zapraszamy na wesele, ale uważamy, że wypada ich poinformować o naszych zaślubinach lub zależy nam na ich obecności. (np. zazdrosne koleżanki –żartuję ).



Zawiadomienia rozdamy także prawdopodobnie w mojej pracy.