30 maja 2013

Prawo jazdy



PANI NARZECZONA

Zastanawiam się teraz, ile ja już właściwie mam prawo jazdy. Data na zalaminowanym papierku nie kłamie: 11.02.2009 r., czyli to będzie jakieś cztery lata! Nie wierzę! Po czterech latach powinnam jeździć jak zawodowy kierowca. Powinnam. Tak, przyznam się może nie jeżdżę jak Kubica, ale sama uważam, że potencjał tam jakiś mam i gdybym troszkę poćwiczyła to może i Kubicę bym  zastąpiła hehe Pamiętam do dziś egzamin na prawo jady! Najgorszy pod względem stresu jaki przeżyłam! Miałam bardzo wyrozumiałego egzaminatora i naprawdę dziękuję Bogu, ze na takiego trafiłam, bo sama nie wiem jak bym miała drugi raz przeżywać taki stres!

Natomiast jak to jest u mnie z tym jeżdżeniem? Nie wiem czemu, ale jak tylko mam prowadzić odczuwam lęk. Boję się. Czego? Nie wiem, naprawdę! Może tego, że nie wymierzę odległości i zarysuje piękne autko? Może tego, że zdarzy się jakiś wypadek niekoniecznie z mojej winy? Trzeba chyba zacząć od tego, że panicznie boję się prędkości. Nie boję się tak wysokości, pająków, wężów, myszy jak prędkości. Sama nie wiem czemu. Mam jakąś obsesję.

Jest tylko kilka osób w moim życiu z którymi nie boję się jeździć: Pan Narzeczony (choć i tu różnie bywało, ale po kilku moich uwagach w końcu zaczął jeździć tak, że mogę w miarę się wyluzować), Panna K. i do pewnego czasu był to mój tata, ale jako, że zaczął jeździć jak szalony wypadł z podium i summa summarum zostały tylko dwie osoby z którymi w aucie czuje się komfortowo.

Może powiecie, że przesadzam, ale sama nie potrafię wyjaśnić mojego lęku. Jeśli chodzi o prowadzenie auta boję się to robić dopóki nie wsiądę za kółko. Kiedy jednak, w końcu jakimś cudem tam się znajdę czuję się w miarę komfortowo i pewnie. Nigdy nie pochwalałam posiadania prawa jazdy tylko po to żeby było. Jak już je masz to jeździj jak najczęściej. Jednak sama daleka jestem od trzymania się tej reguły.

Mogłabym zwalić to na to, ze nie mamy z Panem Narzeczonym auta, ale to nie o to chodzi, bo jednak jakby się tak zastanowić to okazję do jeżdżenia miałabym minimum raz w tygodniu! Sama nie wiem czemu tak tego unikam. Pewnie większość z was napisze: Ja uwielbiam jeździć! Nie ma się czego bać! Itp. To jednak tkwi we mnie i sama muszę jakoś się przemóc.

Temat jednak miałam potraktować troszkę bardziej ogólnie, ale jak to ja musiałam wylać wam moje gorzkie żale. Jeśli chodzi jednak o ogół to można by się zastanowić kto lepiej prowadzi kobiety czy mężczyźni? Odwieczna wojna! Ja osobiście uważam, ze różnie to bywa. Zarówno mężczyźni jak i kobiety potrafią jeździć jak ciapy, ale potrafią tez być świetnymi kierowcami! Nie ma reguły.

W internecie trafiłam też na fajny, aczkolwiek krótki post na blogu Super Jazda, autor przedstawia tam statystyki wypadków i co prawda, nie porównuje tam umiejętności prowadzenia auta kobieta vs mężczyzna, ale w dość ciekawy sposób obrazuje z jakim mniej więcej procentem jesteśmy narażeni na wypadek! Z jego wniosków końcowych wyczytać możemy, ze w całym swoim życiu prawdopodobieństwo przeżycia groźnego wypadku to AŻ 15 %!!!


Ps. Co do fryzury próbnej zdecydowana większość była za nr 2 :) Oczywiście fryzura będzie dopracowana, ale jej nieład jest troszkę celowy, bo strasznie nie podobają mi się nabłyszczane wystylizowane koki czy loki.


PAN NARZECZONY

Kiedyś kobieta za kierownicą była ewenementem na skalę województwa i przykuwała wzrok (nie wiem czemu zawsze chce napisać „zwrok”) innych kierowców, a także przechodniów. Doskonale pamiętam, ze kiedy moja mama zrobiła prawko w latach 90’ to czułem mocne obawy przed podróżowaniem z nią, objawiając tym samym stałe łącze z Bogiem w postaci nieustającej modlitwy podczas jazdy. 

Niestety, taki kiedyś był stereotyp: „baba za kółkiem to nieszczęście”, „baby nie umieją jeździć” i po części tak zostało do dziś, lecz już w mniejszym stopniu. Kiedy jedziemy z Panią Narzeczoną samochodem i trafi się przed nami zawalidroga, Pani Narzeczona już z daleka krzyczy: „Pewnie jakaś durna baba jedzie!” , „no jedź babo, jedź!!”. Jakiś czas temu podróżując przez miasto pieszo zwracałem uwagę na to kto prowadzi auto, ku mojemu zaskoczeniu niemalże w połowie przypadków kierowcami były kobiety! 

Bardzo to cieszy, nie ukrywajmy (my, mężczyźni), że kobieta w domu z prawkiem to skarb. Dlaczego? –a kto odwiezie nas do domu po zakrapianej alkoholem imprezie? KOBIETA! - właśnie ta baba, która nie potrafi jeździć.

Oczywiście muszę stwierdzić, że płeć piękna jeździ słabiej od mężczyzn i jest to fakt. Zaraz odezwą się głosy, że kobiety jeżdżą bezpieczniej, że statystycznie mają mniej wypadków. Racja, kobiety jeżdżą bardziej zachowawczo, przez co bezpieczniej, ale ślamazarniej. Nie  można też uogólniać, są również kobiety, które jeżdżą tak dobrze, a nawet o wiele lepiej niż mężczyźni. Niemniej jednak niejednokrotnie widzę kobietę odwracającą całą głowę w tył celem zmiany pasa ruchu –nie róbcie tak pliiss! Patrzcie w lusterka! 

Jak by to powiedziała siostra Pani Narzeczonej młodzieżowym slangiem: kobiety „lamią” jazdę samochodem. Jednakże, ze względu na to, że są kobietami, sporo się im wybacza, przynajmniej ja tak robię, ustępując często pierwszeństwa.

Faceci również nie są święci w swoich poczynaniach, począwszy od wariackiej jazdy slalomem między autami, a skończywszy na poruszaniu się skrajnym lewym pasem autostrady przy dwóch wolnych pasach z prawej. Paranoja!

A jak to jest z naszą jazdą?

Pani Narzeczona zrobiła prawo jazdy jakieś 5 lat temu podobnie jak ja. Na początku swej kariery wyrywała się za kierownicę jak oszalała szlifując tym samym swe umiejętności. W tym miejscu muszę przyznać, że Pani Narzeczona wykazywała się sporymi zdolnościami i nie „lamiła” klasycznie jazdy samochodem. Po mieście jakoś jej szło, raz lepiej raz gorzej, ale na trasie to istny diabeł wcielony był (chyba nie lubi tłoku) 140 albo 160 km/h to dla niej nie problem. A kiedy ja prowadzę to zacina jej się system na słowie „zwolnij”, „zwolnij” i tak co 5 min. Jak widać, co wolno Wojewodzie to nie tobie smrodzie.

Na chwilę obecną Pani Narzeczona woli spoczywać wygodnie na prawym fotelu, a gdy proponuję jej jazdę to zawsze znajdzie jakąś wymówkę: że buty za wysokie, że jej się nie chce. Dlatego po ślubie będziemy musieli zastanowić się nad zakupem jakiegoś małego pojazdu w celach podtrzymania zdolności motorycznych Pani Narzeczonej.

Natomiast rozpamiętując swoje pierwsze kroki za kierownicą przypomina mi się taki okres w moim życiu, że jeździłem jak wariat. Na trzeciego 120km/h po mieście, strasznie szybko, zrywnie i niebezpiecznie. Wydawało mi się, że jak w ten sposób będę jeździł, to dojadę na miejsce szybciej. Yhy, na pewno,  kiedyś to sprawdziłem, byłem o 10 min szybciej na 1,5 godzinnej trasie. 

Wtedy zdałem sobie sprawę, że takie zachowanie na drodze nie tylko nie wpływa na czas przejazdu, ale znacząco pogarsza bezpieczeństwo moje, moich pasażerów, innych użytkowników ruchu. O kosztach takiej jazdy nie wspominając. Puknąłem się w głowę i tym sposobem od kilku lat jeżdżę, przynajmniej tak mi się wydaję w sposób rozsądny i dojrzały.

25 maja 2013

Fryzura ślubna

Tak jak mówiłam, im bliżej ślubu tym bardziej będziemy zanudzać was tą tematyką. Ostatnio strasznie gryzłam się z kwestią fryzury ślubnej. Nie byłam pewna czy to co zrobił mój fryzjer jest dokładnie tym co chcę. Postanowiłam, że spotkamy się jeszcze raz na inną próbną. Teraz mamy dylemat czy wybrać fryzurę nr 1 czy 2??? Robimy głosowanie. Piszcie w komentarzach!

FRYZURA NR 1




FRYZURA NR 2





W każdej fryzurze we włosy będę miała jeszcze wpięty żywy kwiat w kolorze białym :) Osobiście skłaniam się ku fryzurze nr 2, ale bardzo jestem ciekawa waszego zdania.


23 maja 2013

Ślub idealny według Pana Narzeczonego


PAN NARZECZONY

W moim przypadku nie można mówić o jednym idealnym ślubie i weselu, bynajmniej nie oznacza to, że planuje następne. Nie jestem zdecydowany na to która forma bardziej mi odpowiada, gdyż każda jest zupełnie odmienna. 

Z jednej strony podoba mi się tradycyjny polski ślub: biała suknia, garnitur, kościół, rodzina itd. a z drugiej nieraz myślałem o tym, że może o wiele ciekawiej było by zawrzeć związek gdzieś na hawajskiej plaży z wodą i złocistym piaskiem w tle. 



Może to trywialne, ale takie wyobrażenia stojących nas oboje na plaży gdzie ona w delikatnej zwiewnej sukience, ja w lnianej koszuli, a dookoła tylko grupka najbliższych znajomych towarzyszą mi od kilku lat. Ślub połączony z podróżą poślubna bardzo mi odpowiada. Wydawać by mogło się, że to samolubne tak bez rodziny, ale cóż mówimy o sferze marzeń.



Kolejnym typem jest tradycyjny polski ślub połączony z różnymi weselami. Z weselami o odmiennych charakterach. Pani Narzeczonej marzy się dworek o ile nie nawet zameczek, kelnerzy serwujący dania w białych rękawiczkach bażanty i marmurowe podłogi. Mnie oczywiście taka wizją też się całkiem podoba, ale nie lubię spiętej, sztywnej atmosfery, która takiemu miejscu na pewno by towarzyszyła. 

Dlatego niezmiernie pociągającą wizją jest dla mnie wesele w remizie. Przed budynkiem wyjęte wozy strażackie, zapach sprzętu unoszący się wśród stołów weselnych i ogromna swoboda w zabawie. Dla niektórych to morze zacofanie albo wstyd, a dla mnie powrót do starych zwyczajów.



Jednakże jest jeszcze jedna forma, która łączy oba typy wesela, wesele w góralskiej chacie. Jest tylko jeden warunek: dużo śniegu! Chałupa z bali skąpana w śniegu, dojazd z kościoła na saniach wraz z gośćmi, a w środku palący się kominek i ciepły klimat wnętrza. Stoły kipiące swojskim jedzeniem i bimber, a w około tańczące góralki w strojach ludowych., Pięknie!










Takie wesele było by dla mnie niepowtarzalnym i jedynym w swoim rodzaju przeżyciem, ale kto zagwarantuje mi w Polsce śnieg?


Ślub idealny według Pani Narzeczonej -> KLIK

20 maja 2013

Ślub idealny według Pani Narzeczonej

Kochani, dziś czeka was również troszkę inny post. Najpierw zaczyna Pani Narzeczona. W internecie znajdziecie pełno inspiracji ślubnych. Na ich podstawie Pani Narzeczona, a potem Pan Narzeczony postarają się zdefiniować, swój ślub idealny. Posty będą oddzielne, aby się nie dłużyły. 

PANI NARZECZONA

Wiadomo, dla mnie jakikolwiek by nie był, ślub z Panem Narzeczonym zawsze będzie idealny, ponieważ obok będzie ON, ten jedyny, największa miłość mojego życia. Co jednak jeśli w dniu wesela nie liczyłabym się z kosztami? Wbrew pozorom nie zaprosiłabym 200 gości, myślę, że lista była by niezmienna i dalej byłoby to 50 osób. Jednak z pewnością pewne zdjęcia jakie udało mi się znaleźć w internecie idealnie odzwierciedlają to jak chciałabym żeby wyglądał nasz ślub. Dziś podzielę się z wami moimi marzeniami, takie marzenie spełni się już 13.07.2013 r.



Perfekcyjne buty JIMMY CHOO, moje co prawda będą proste klasyczne, ale muszę stwierdzić, że suknię mamy całkiem podobną :) Bukiet planuję raczej z białych kwiatów z dwoma w kolorze pudrowego różu, tak jak ten w prawym górnym rogu!






Sala. Tak z pewnością, gdybyśmy mieli taką możliwość wesele odbyłoby się pod wielkim namiotem! Wszystkie szczegóły na tych zdjęciach po prostu mnie zauroczyły!






Ceremonia ślubna. Mogłaby odbyć się w pobliżu namiotu w którym byłoby wesele. Myślę, że idealny byłby jakiś park, typu Gdańsk Oliwa. Znowu całość na zdjęciach po prostu mnie urzekła, idealne w każdym calu! U nas powtórzy się skrzypaczka :)





Na zakończenie, idealnie byłoby zostawić gości, aby się wybawili, a my ucieklibyśmy w naszą wymarzoną podróż poślubną :)

Na koniec, kilka kreatywnych fotografii ślubnych:

 Skuterem do ślubu? Czemu nie!
 Taka niespodzianka czeka naszych gości. Usta, wąsy, muchy, cylindry w trakcie robienia! Relację zdamy niebawem! 

 Początkowo kolorami przewodnimi ślubu miał być pudrowy róż i seledyn. 
Zostało jednak na pudrowym różu i bieli + ewentualnie srebrne elementy :)


Ps. Zostały 53 dni do ślubu!!! 

17 maja 2013

Podróż poślubna


PANI NARZECZONA


Zawsze gdy myślałam o podróży poślubnej, w głowie miałam jeden obraz. Piękna piaszczysta plaża, błękitna woda i palmy. Szczerze mówiąc, nigdy nie byłam w żadnym egzotycznym kraju. Moi rodzice, zawsze wyjeżdżali w zimie, na narty, więc nasze podróże zacieśniały się jedynie do Austrii czy Słowacji. Nie powiem, było fajnie, ale zawsze marzyłam o plaży i słońcu.

Wiadomo, naszego polskiego morza nie można porównać np. do gorącej Grecji. Pan Narzeczony miał jeszcze mniej szczęścia i pewnie o tym napisze, a jak nie to ja nie omieszkam mu przypomnieć, że jego jedyną wycieczką za granicę było przepłynięcie promem i spędzenie jednego Dnia w Danii bodajże.

Zawsze mnie to bawi, nie zrozumcie mnie źle, nie śmieję się z Pana Narzeczonego, że nigdzie nie był, bo ja sama jakąś wielka podróżniczką nie jestem, ale zawsze gdy opowiadam o moim wyjeździe np. do Londynu, Pragi czy na Węgry, Pan Narzeczony chwiali się tym jedynym wyjazdem, a żeby było śmieszniej zawsze gdy o nim wspomina zamienia się dla mnie w takiego małego chłopca i już sama przenoszę się z nim w czasie w jego „wielką podróż” i widzę go małego, jego zachwyt w oczach na widok wielgachnego promu, dla mnie to strasznie urocze, a jednocześnie śmieszne, bo Pan Narzeczony robi z tego wydarzenie swojego życia, a dla mnie jest to po prostu zwykła wycieczka.


Dlatego też, wracając do tematu bardzo się cieszę, ze mamy okazję z Panem Narzeczonym wyjechać razem gdzieś daleko. Będzie to pierwszy lot samolotem Pana Narzeczonego, ja chyba bardziej się ciesze z ewentualnej podróży poślubnej właśnie ze względu na niego, bo strasznie mi szkoda, ze w sumie nie zobaczył jeszcze w ogóle świata. Ja sama również nie miałam wiele do zobaczenia, ale jakoś tak mam, że podróż poślubna to będzie dla mnie wydarzenie, gdzie głównie będę patrzeć na reakcje Pana Narzeczonego.

Jak na razie nie mamy konkretnych planów. Jako, że nie jesteśmy wytrawnymi podróżnikami, troszkę błądzimy w tym temacie. Wyjazd planujemy na początku września tego roku lub w styczniu, a jeśli się nie uda ze względu na pracę Pana Narzeczonego trzeba będzie myśleć nad zupełnie nowym terminem w 2014 roku.


Jeśli jednak wszystko poszłoby po naszej myśli to podobno najlepszym miejscem na wyjazd we wrześniu w naszym przypadku jest Turcja. Tak doradził mi Pan z biura podróży. Nie chcemy miejsc oklepanych czyli w naszym mienianiu Egipt, Paryż, Grecja, Włochy odpadają. Bardzo podoba nam się Hiszpania. Przede wszystkim marzy nam się taka plaża o której napisałam na początku posta. Drugim ważnym dla nas atutem byłoby jedzenie. Trzecim fakt, ze można ruszyć tyłek z plaży i pozwiedzać ciekawe miejsca. Może wy macie jakieś propozycje?


PAN NARZECZONY

Nie myślałem, że organizacja podróży poślubnej będzie takim problemem. Zresztą jakiekolwiek zaplanowanie urlopu jest w moim przypadku problemem, bo wiecznie nie ma czasu. Z urlopem w okresie wakacyjnym nigdy nie było łatwo z powodu charakteru pracy jaką wykonuję, natomiast poza okresem letnim jest uczelnia i tak to już trwa od jakiegoś czasu.

Stwierdziliśmy więc z Panią Narzeczoną, że wyjściem będzie urlop w styczniu, przecież mnóstwo ludzi wyjeżdża na urlop zimą w ciepłe kraje, to my też możemy. Jednakże po odrzuceniu najbardziej banalnych kierunków, obleganych w tym czasie przez turystów, okazało się że na dalsze wojaże nas nie stać. Tym oto sposobem musimy zastanowić się na nowo nad tym gdzie i kiedy pojedziemy.


Od zawsze w wyobraźni malował mi się obraz lezącego mnie z Panią Narzeczoną na hamaku rozpiętym między palmami z drinkami z palemka w ręce. W tle widać błękitną wodę i pustą bezludną plaże. Mieszkalibyśmy w domku na plaży z basenem i wszelkimi dobrodziejstwami 21 wieku, a w promieniu 10km nie było by żywego ducha.

Chyba nierealne, co?