30 września 2013

Dzień Chłopaka


Pomyślałam, że napiszę taki post, bo Pan Poślubiony na niego zasłużył, bo jest Dzień Chłopaka i jakoś mam ochotę. Z Panem Poślubionym znam się 9 lat, prawie 8 lat jesteśmy razem, małżeństwem jesteśmy zaledwie 79 dni i powiem szczerze, że lepszego męża nie mogłam sobie wymarzyć! 

Za co kocham Pana Poślubionego? Nie wiem czy można kochać za coś, bo osoba, którą kochamy może nam nic zupełnie od siebie nie dawać, a Ty ją nadal będziesz kochać. Ja jednak jestem dumna, z tego, że mój mąż jest przy mnie. Jestem dumna, że jest zaradny, podziwiam go za to naprawdę! Uwielbiam to ciepło, które mi daje, uwielbiam jak widzę w jego oczach i czuję, że jestem dla niego piękna. 
Zawsze wydaje mi się, że to jak my się dogadujemy, jaką jesteśmy parą, to takiej drugiej nie ma na świecie. Tak jakbyśmy my byli najlepsi, bo nie znam lepszej pary. Nikt nie kocha się tak jak my! Ile w tym kłamstwa! Przecież na Świecie z pewnością jest wiele par, które się kochają. Kochają tak jak my, ale czy mocniej czy tak samo? Nie wiem! Każda para jest chyba inna tak jak każdy człowiek. Jedno jest pewne każdy człowiek to egocentryk. Każdy z nas uważa, że ma najlepiej, albo najgorzej. Czemu tak jest? Nie wiem. Jesteśmy głównymi bohaterami własnego życia i chyba z tego to wynika. 
Uciekłam jednak od tematu, bo tematem miał być on, mój mąż. Jaki on jest? Postawiłam sobie za zdanie wypisać 5 cech, które w nim lubię, a niech stracę, połechtam jego męskiego ego ;) 
1. Pan Poślubiony z pewnością jest oddany. Poświęca się temu co robi (praca, rodzina) całym sercem, angażuje się w pełni i myślę, że to może być jego wielkim plusem :) 
2. Troskliwy. Potrafi się o mnie troszczyć i o Arka też! Da mu jeść, poprzytula i to wiele dla mnie znaczy, bo dla każdej kobiety to właśnie sygnały, ze ten facet może być wspaniałym ojcem moich dzieci! Co za tym idzie, jest odpowiedzialny.
3. Bezinteresowny. Wystarczy go o coś poprosić, a on mimo, ze może nie ma czasu i nie jest mu to na rękę pomoże! To jednak ma swoje minusy, bo zauważyłam, ze przez to wiele osób bardzo go wykorzystuje...
4. Zaangażowany. Mam tu na myśli chęć do zmiany samego siebie. Wystarczy, ze powiem, ze coś mi nie odpowiada i odpowiednio uargumentuję, Pan Poślubiony zawsze, ale to zawsze się postara dla mnie zmienić. Z lepszym bądź gorszym skutkiem, ale się stara i wysłuchuje moje żale ;)
5. Zaradny. Podziwiam go za to, że szybko się uczy i radzi sobie z problemami w pracy o których ja nie mam zielonego pojęcia. Podziwiam go, ze dostaje budowę i wie, co gdzie jak jest skonstruowane, jak powinno wyglądać i radzi sobie. Mimo, że czasem narzeka, że ma tyle pracy i tyle problemów, to i tak udaje mu się je rozwiązywać. 
Nasłodziłam, hejterzy będą, jakby to moja 13 letnia siostra powiedziała, rzygać tęczą. No i dobrze. Może poprawię humor Panu Poślubionemu! W końcu to dzień chłopaka! Niestety huczniej ogłaszany niż dzień mężczyzny, no ale na to samo wychodzi!
Teraz zadanie dla was czytelniczki! Wypiszcie po 5 dobrych cech waszych mężczyzn! Trudno czy łatwo? Mi łatwiej byłoby ponarzekać na Pana Poślubionego, więc nad jego dobrymi cechami musiałam chwilę pomyśleć. Ja zrzędliwa żona ;) 
Jeśli będziecie chciały Pan Poślubiony wybierze najfajniejszy opis 5 cech waszego mężczyzny i w następnym poście opublikujemy je wraz z linkiem do waszego bloga :)

26 września 2013

Potomstwo


PANI POŚLUBIONA

Temat brzmi poważnie. Już kiedyś pisaliśmy o dzieciach, co się zmieniło od tamtego momentu? Nie wiem. Przyznam się szczerze, że pierwszy raz przed dodaniem tego posta, nie miałam pewności. Pewności jak zareagujecie. Pewności czy to co piszę to 100% tego co myślę. To pierwszy post, którego nie jestem pewna. Sama nie potrafię odpowiedzieć na pytania, czy jestem gotowa na dziecko, czy chcę go teraz, czy za dwa lata będę chciała? Nie wiem. Na pewno byłoby mi łatwiej jeśli to Pan Poślubiony by nalegał na dziecko, ale on chyba też narazie od tego ucieka.

Wiem, ze dużo o tym myślę, czytam, fora o ciąży, blogi mam, oglądam artykuły dla dzieci, z drugiej jednak strony dzieci mnie irytują. Cudzie dzieci. Wydają się być rozpieszczone i nie wiem już czy mam mówić jakie to słodkie one nie są czy jak mam je traktować? W temacie dzieci czuję się dziko i niepewnie, a przecież jestem kobietą i powinno być inaczej... Choć czasem mam tak, że filmy z dziećmi w tle na youtube mnie rozczulają...sama nie wiem.
 
Z reguły jest tak, że po małżeństwie czeka się już tylko na dzieci. Pierwsze pytanie, pierwsze życzenia w dniu ślubu: No to teraz gromadki dzieci, to kiedy się staracie? Rzucam wszystko i lecę robić dzieci. Co wy się wszyscy tak uparliście? Dzieci tak, kiedyś, ale nie teraz!

Na chwile obecną nie jestem w stanie określić czy mój instynkt macierzyński istnieje. Z jednej strony jak widzę jakieś dzieci to czuję, ze mnie drażnią. Czemu? Ponieważ, zawsze czuję, ze od kobiety oczekuje się, ze będzie się nimi zachwycać. Patrz jakie słodziutkie! Nie, dla mnie dziecko to człowiek, którego albo da się lubić albo nie, albo jest rozpieszczone i wrzeszczy albo jest ok.
 
Czasem mnie to przeraża. Koleżanki naokoło rodzą, podziwiają, niańczą, a ja obserwuję. Choć z drugiej strony można by powiedzieć, ze jakiś instynkt mam. Potrafię czasem godzinami siedzieć na internecie i oglądać, wózki, łóżeczka, kocyki. Już nawet wiem co bym chciała i jakby miało wyglądać. Rozmawiam z Panem Poślubionym o dziecku, jak damy mu na imię, kiedy się postaramy o nie, a mimo to myśl, ze mogłabym być w ciąży mnie przeraża.

Możliwe, ze do tego nie dojrzałam, ale przecież ja już mam 23 lata! Niedługo 24! To kiedy ja będę gotowa? Bo pieniądze, bo nowe mieszkanie, bo lepsza praca, ciągle są jakieś ale. Jestem ciekawa, jak ono będzie wyglądało, czy będzie podobne do nas, jak Pan Poślubiony będzie się nim zajmował.

Przytłacza mnie jednak ciągłe huczenie naokoło: dzieci zmieniają wszystko! Nie będzie spania do późna! -a ja tak kocham spać! Nie będzie imprez! Nie będzie wydawania kasy na własne zachcianki! Nie będzie życia! No jak to jest? Wszyscy naokoło mają dzieci, ale każdy mówi, ze one obierają wolność. Koleżanki skarżą się, że nie śpią po nocach, że ciało nie te same, ze mąż przepracowany. Jak tu ja mam chcieć dziecka jak wszędzie, ale to wszędzie słyszę jak to źle?
 
Wiem, pewnie większość mam napisze, że przecież potem dziecko przytuli, powie mama, czy da buziaka i wszystko przechodzi jak ręką odjął. Ja jednak nie chce tracić kobiecości, nie chcę tracić wspólnego bycia razem i wylegiwania się w łóżku z Panem Poślubionym, nie chcę tracić swobody, nie chcę tracić wspólnego świntuszenia (bo dziecko usłyszy), nie chcę i już! Pewnie powiecie, ze jestem samolubna, ale mnie to przeraża, ze tak myślę, bo z domu wyniosłam inne wzorce.

Moja mama nigdy nie narzekała, że nie może iść na imprezę do znajomych, brała mnie ze sobą. Nie narzekała, że siedzi w domu i jest sama brała moją siostrę w wózek i szła do koleżanki. Moi rodzice zawsze okazywali sobie czułość przy nas i nigdy się nie krępowali. Mimo wszystko to co słyszę od koleżanek i od blogujących mam , mimo, ze piszą jak kochają dzieci i mimo, że padają na twarz nie zamieniłby tego. Kochane wasze wpisy mnie nie zachęcają!
 
Nie wiem właściwie czemu, ale nie chcę mieć teraz dzieci i w ciągu najbliższych 2 -3 lat nie planujemy bobaska. Co za te 2-3 lata? Mam nadzieję, że mi się zmieni. Co jak się nie zmieni? Nie wiem...choć chciałabym mieć trójkę dzieci, ale nie chciałabym patrzeć na życie jak inne mamy, przemęczone, w dresach, zagubione, bezradne, zapomniały o mężu i swojej seksualności. Skupiają się tylko i wyłącznie na dziecku. Przeraża mnie to!
 
Ja chcę być inną mamą, która nie będzie zapatrzona w swoje dziecko, a w swoją rodzinę! Która będzie seksowna i będzie pamiętać o sobie, o swoich przyjemnościach...chyba, ze...chyba, że mi się nie uda? Co wtedy?
 
 
PAN POŚLUBIONY

Tacierzyństwo. Do tej pory o ojcostwie myślałem raczej w perspektywie  najbliższych 6 lat i bynajmniej nie było to coś co by mnie fascynowało. Wszystko zmieniło się w przeciągu ostatniego półrocza i mogę powiedzieć, ze powoli rodzi się we mnie instynkt ojcowski.

Dziwne jest to, że wewnętrznie zaczynam odczuwać może jeszcze nie potrzebę, ale zainteresowanie tym tematem, gdzie jako nastolatek rwałem sobie włosy z głowy co 28 dni modląc się, aby nie zostać tatusiem. W ciągu zaledwie kilku lat doszło do całkowitego przewartościowania i zmiany poglądu na temat dziecka.

Na chwile obecną zaczynam o tym myśleć jak o celu, tak jak jeszcze niedawno było nim wzięcie ślubu. Myślałem wtedy z jaką przyjemnością będę przedstawiał moją Żonę, tak teraz myślę jak cudownie będzie patrzeć na małą cząstkę mnie i mojej ukochanej, która rozwija się z każdym dniem.
 
Zasadnicza różnica jest taka, że dzieci przestały mnie krępować i drażnić. Kiedyś nie miałem odwagi, aby uśmiechnąć się albo pomachać do dziecka siedzącego w przypadkowym wózku obok w sklepie. Teraz jest to dla mnie rzeczą naturalna. Dziwne!
 
Jeżeli ktoś by mnie zapytał czy jestem gotowy, odpowiedział bym, że tak. Ale czy bym chciał już posiadać dziecko? -jeśliby się zdarzyło nie miałbym nic przeciwko, ale jeśli miałbym wybór i mógł podjąć świadomą decyzję to poczekałbym jeszcze z 2 lata. 
 
Tak po prostu chcę jeszcze parę głupot porobić powygłupiać się i zabawić. Oczywiście dziecko nie mówię, że oznacza to rezygnacji z tego, nie mniej jednak wtedy pewne czynności wykonuje się pod małego i słusznie. 
 
Nie widzę żadnych negatywów posiadania dziecka, jeżeli na coś się zgadzamy świadomie to musimy brać za to odpowiedzialność ze wszystkimi konsekwencjami i ewentualnymi niedogodnościami. Jeżeli czegoś chcę to nie ma co potem narzekać, że nie przespane noce. Trudno, myślę, że nawet to mam swój urok. 
 
Tak więc... Ktoś chętny, aby mieć dziecko?

24 września 2013

Art Sushi Gliwice


Pisaliśmy już jak bardzo lubimy sushi, pisaliśmy też, że naszą ulubioną i najlepszą według nas restauracją w Gliwicach serwującą tego typu dania jest Art Sushi. Ku naszemu zdziwieniu jakiś miesiąc temu zostaliśmy zaproszeni przez Manager właśnie tej restauracji Panią Annę Pawelak na kolację. Jako, że jeść uwielbiamy, taka wyprawa wydała nam się niezwykle ekscytująca, pomimo iż właśnie w tej restauracji mieliliśmy okazję być już kilka razy.

Wieczór, godzina 19.00 na horyzoncie już widać restaurację. Z zewnątrz wygląda niepozornie, jednak już po przekroczeniu ogródka widać, że w sam wygląd restauracji włożono dużo pracy i serca. Co ciekawe znajduje się ona w budynku „Stary hufiec” miejscu, w którym od zawsze coś się działo, gdzie swoje miejsce miała m.in. Składnica Harcerska i Związek Bojowników o Wolność i Demokrację.


PANI POŚLUBIONA: Wygląd restauracji jest więc nowoczesny, ale z nutką historii w tle. Wchodzimy, Pani Ania od razu nas rozpoznaje i wita uśmiechem, wskazuje stolik. Zdejmujemy kurtki, siadamy. Na początek zostaje nam zaproponowana opcja „zdajemy się na szefa kuchni”, co bardzo nam przypadło do gustu. Poznajemy Pana Fabiana Stube i jego pomocnika Pana Patryka Kozła. Oboje uśmiechnięci, ludzie z pasją.





PAN POŚLUBIONY: Co ciekawe restauracja ta jako jedyna w Gliwicach robi sushi praktycznie na oczach klienta. Daje to pewność, że składniki z których robione jest sushi są świeże. Poza tym fajnie, jest podejść do miejsca, gdzie robione jest nasze danie i po prostu porozmawiać. Dzięki temu dowiadujemy się kilku ciekawych kwestii, m.in. tego iż Pan Fabian gotowania uczył się przez 4 lata od dwóch Koreańczyków. Pierwsze dwa lata stricte kuchni koreańskiej, a dopiero po 2 latach zasłużył sobie na to, aby nauczyli go sztuki robienia sushi.

Fabian Stube - Szef kuchni
Patryk Kozioł
PANI POŚLUBIONA: Przyświadczyło nas to w tym, że osobą, która przygotowuje sushi w tej restauracji nie jest ktoś przypadkowy, a ktoś kto nie tylko kocha to co robi ,ale i doskonale mu to wychodzi. Zresztą to jak je robi odzwierciedla smak. Wracamy więc do stolika. Pan Poślubiony domawia jeszcze na przystawkę pierożki gyoza. Co ciekawe zanim dostaniemy jakąkolwiek przystawkę czy danie, do stolika praktycznie po 5 minutach trafia miseczka z sałatką. Tak było za każdym razem, gdy odwiedziliśmy Art Sushi.





PANI POŚLUBIONA: Z reguły mam tak, że do restauracji trafiam głodna jak wilk i czekanie na danie strasznie mi się dłuży, dzięki takiemu poczęstunkowi jestem wstanie i zaspokoić wilczy apatyt i nie dłuży mi się czekanie. Według mnie taki mały poczęstunek w różnej postaci, niekoniecznie sałatki, powinien być na porządku dziennym w każdej porządnej restauracji. Niestety w większości tego nie uświadczymy.

PAN POŚLUBIONY: Tak jak napisała Pani Poślubiona na przystawkę podano nam pierożki gyoza z sosem. Same pierożki w środku miały nadzienie mięsno - warzywne i pomimo, iż widać było, że smażone były w głębokim tłuszczu nie były ciężkie, natomiast sos podany do pierożków był rzadki i dość ostry co podkreśliło ich smak. Mi bardzo przypadły do gustu.



PANI POŚLUBIONA: Ach zapomniałam! Przed podaniem przystawek zostaliśmy poczęstowani białym portugalskim winem Aveleda. Ja próbowałam jako pierwsza i co mnie w nim zaskoczyło, to to, ze jest to wino lekko musujące o niezwykle orzeźwiającym smaku, lekkie, idealne na lato. Wino to bardzo przypadło mi do gustu i muszę stwierdzić, że naprawdę pasowało do dań jakie zostały nam podane.



PAN POŚLUBIONY: Pani Poślubiona wokoło powtarzała jakie to pyszne wino. Myślę, że po wypiciu prawie całej butelki była lekko pijana.


PANI POŚLUBIONA: Nie prawna, nie byłam!!! Wracając jednak do tematu, następnie na naszym stole została podana sałatka kimchi sarada. To było zaskoczenie. Kiszona kapusta z marchewką na ostro. Bardzo ostro. Pani Ania wyjaśniła nam, że kapusta kisi się przez kilka dni. Smak bardzo nietypowy. Pierwsze wrażenie? O nie, nie zjem tego! Jednak w miarę próbowania stwierdzam, że danie warte grzechu. Nietypowe z pewnością i warte spróbowania, choćby dla samych doznań smakowych. W życiu nie jadłam kapusty kiszonej w takim wydaniu.




PAN POŚLUBIONY: Tak, na drugi ogień poszła sałatka z kiszonej kapusty i marchewki na ostro. Jakież było moje zdziwienie, że to nie tylko Polacy lubują się w kiszonkach. Pani Poślubiona była zachwycona, jak dla mnie taka sałatka jest dobra na 2,3 kęsy w większej ilości już nie.




PAN POŚLUBIONY: W końcu jednak na nasz stół trafiło to na co najbardziej czekaliśmy: sushi. Dostaliśmy zestaw MAKI SET jednak nasz był troszkę zmodyfikowany przez Pana Fabiana. Właśnie na nim mogliśmy znaleźć słynne rainbow roll, czyli jak nazwa wskazuje sushi z którego w tęczę układają się kawałki ryby takiej jak tuńczyk, łosoś czy ryba maślana i krewetki. Co tu dużo mówić, doskonały smak.








PAN POŚLUBIONY: Poza tym na półmisku znaleźliśmy taką ciekawostkę jak tatar maki czyli sushi smażone w cieście z tatarem z łososia lub tuńczyka, ogórkiem i porem w środku . Naprawdę pyszne. Innym przysmakiem był midnight sun roll – czyli sushi z łososiem, awokado, ogórkiem, serkiem philadelphia w środku, zawinięte w opiekanego łososia i polane sosem chili z imbirem.




PAN POŚLUBIONY: Ogółem muszę stwierdzić, że to co mi się podoba właśnie w tej restauracji, to to iż w przypadku sushi każda rolka ma inny wyrazisty smak. Niestety w innych restauracjach często zdarza się tak, iż smaki zlewają się w jedno i smakują podobnie pomimo, że do oczyszczenia naszych kubków smakowych używamy w tym celu imbiru. Według mnie Art Sushi jest więc restauracją do której warto się wybrać, nie tylko ze względu na doznania smakowe ale i atmosferę jaka tam panuje.




PANI POŚLUBIONA: Zgadzam się, zresztą w miarę siedzenia i rozgaszczania się w tej restauracji, udało mi się uchwycić kilka dań, które w tym czasie „wychodziły” z kuchni. Podane pięknie, nie wątpię też że smak mógłby być inny niż to jak wyglądały. Żałuję tylko, ze nie możecie poczuć zapachu jaki unosił się znad półmisków, gdy robiłam zdjęcia.







Jednym z naszych ulubionych miejsc w tej restauracji jest oddzielna salka dla większej liczby gości. Jest to o tyle fajne miejsce, iż zapewnia intymność i spokój oddzielając tym samym nas i naszych gości od reszty sali. My z Panem Poślubionym pozwoliliśmy tam sobie na kilka szaleństw i postanowiliśmy się rozgościć ;)




Podsumowując tak jak napisaliśmy w księdze gości: od nas Art Sushi się nie opędzi! Ja polecam tą restaurację zarówno dla osób które niejednokrotnie pisały nam „Fu! Sushi surowa ryba! W życiu tego nie zjem!” po to, iż wiem ze tam na pewno nie zrażą się smakiem, a wręcz przeciwnie. Jedyne co może zrazić to ceny. Tak, są dość wysokie jak na sushi, ale cóż trzeba się liczyć z tym, ze za jakość i świeżość się płaci i nie można oczekiwać, że pyszny american roll dostaniemy za 10 czy 15 zł.





PAN POŚLUBIONY: Dokładnie, na dobry obiad we dwoje musimy przeznaczyć tam więc około 200 zł choć dla mnie przy takiej jakości to wcale nie jest dużo. Aby potwierdzić naszą jakże długą i chyba wyczerpującą opinię na temat tego lokalu wystarczy zerknąć na portale typu gastronauci.pl i myślę że nasz słowa będą w 100% potwierdzone.

Jest jeszcze kilka restauracji w Gliwicach, które mogę policzyć na palcach jednej ręki i które mogą poszczycić się taka jakością dań. Kto wie, może w przyszłych postach dane nam będzie zrecenzować dla was jeszcze jakąś wyprawę do jednej z tych restauracji z Gliwic? Myśleliśmy nawet z Panią Poślubioną, aby recenzować wam restauracje z całej Polski! W końcu w innych miastach też są miejsca, które nas zaskoczyły smakiem!

Jakieś propozycje na kolejne wyprawy?


PANI POŚLUBIONA: Zapomniałeś powiedzieć o tym, że wzięliśmy jeszcze jedną rolkę na wynos dla mojej siostry i klimat Art Sushi tak bardzo nam się udzielił, że nie mogliśmy opędzić się od pałeczek nawet w domu! ;)








Tak, zgadza się Art Sushi wprowadziło nas w szampański nastrój i dostaliśmy tak zwanej głupawki ;) Co tu się dużo dziwić? Przez żołądek do serca, a my kochamy takie dobre jedzenie!

19 września 2013

Remont

 
PANI POŚLUBIONA
Czy ja w poprzednim poście mówiłam, że Pan Poślubiony nie chce pisać notek? Chyba go ktoś zaczarował...tego samego dnia dzwoni do mnie z informacją, że musimy koniecznie dalej pisać, bo on za wami tęskni, więc piszemy.  
 
Zacznę od tego, że nienawidzę remontów! Kurz remontowy się lepi! Do wszystkiego! Włosów, ubrań, twarzy, ciała! Niestety ostatnio spotkał nas ten zaszczyt, gdyż Wspólnota Mieszkaniowa zdecydowała się na remont centralnego ogrzewania, no i jest – remont! Żałujcie, że nie widzieliście mojej miny, gdy dowiedziałam się, ze w ścianach które malowaliśmy i gładziliśmy dwa lata temu będą kuć! We wszystkich pomieszczeniach.

Nie powiem, są też dobre strony remontu, w sumie wszystkie remonty mają na celu coś poprawić, ale czemu w tym wypadku nawet nie mieliśmy wiele do gadania? W każdym pokoju kucie do muru! Brrrr...hałas i kurz. Już nie mówię o stratach jakie ponieśliśmy. Od nowa kupuj farbę i naprawiaj to co oni poniszczyli.

Pamiętam jak jeszcze rok temu cieszyliśmy się na myśl o remoncie i to było na początku. W miarę jak remont się przedłużał miałam dosyć. Pewnie, miło jest potem usiąść i popatrzeć na nowe panele, nowy kolor na ścianach, ale ja najchętniej spojrzałabym na niego w momencie, gdy nie mam przed oczami foli, taśmy, farby, klejów, szpachli, bleee.

 
Swego czasu Pan Poślubiony dużo pracował przy remontach i to był jego chleb powszedni. Nie powiem zna się na tym, ale ja dostaję białej gorączki jak widzę remontowe wiadro, szpachlę, wiertarkę! Najchętniej zamknęłabym się wtedy w jednym z pokoi i poczekała, aż wszystko dobieganie końca.

Kiedyś, jak mieszkałam jeszcze u rodziców nie rozumiałam o co im chodzi, ze ciągle latają z mopem. Nie mają nic lepszego do roboty? Teraz to chyba we mnie wpoili i sama denerwuję się, jak kurz osiada mi na przedmiotach, a podczas każdego remontu jest tego mnóstwo! Wiem, marudzę, ale ja naprawdę tego nie lubię.
 
Lubię mieć ładne mieszkanie, lubię urządzać, ale w remoncie najbardziej podoba mi się efekt końcowy. Idealny remont trwałby dla mnie więc jeden, góra dwa dni, nie byłoby w nim kurzu, a ja nawet nie odczułabym, że się odbył, a jedynie podziwiała jego efekty hehehe Niemożliwe, ale czy takie remontowanie nie byłoby bardziej wygodne? ;) 

PAN POŚLUBIONY
Remont dla większości kojarzy się z bałaganem, brudem i niepotrzebnym zamieszaniem. Ja mam podobne pierwsze skojarzenia, aczkolwiek bardzo lubię majsterkować. Uwielbiam przerabiać szafki, montować nowe elementy wystroju. Przyjemność sprawiają mi takie działania, które dają szybko widoczny efekt, np malowanie, montaż nowego oświetlenia, składanie mebli.
 
Pozostałe czynności takie jak gipsowanie czy szlifowanie irytują mnie niezmiernie. Syf i pył mnie dobija. Podsumowując tego typu roboty najchętniej bym komuś zlecił. Wkurza mnie jeszcze jedna rzecz; jak mieszka się w miejscu remontu. Czujesz się brudnym przez cały ten okres, trzeba uważać na wszystko: aby nie wybrudzić i porysować podłóg, sprzątać każdego dnia i aby dało się jakkolwiek żyć. Jednymi słowy, remont -tak, ale nie w miejscu w którym się mieszka.
 
Tak się złożyło, że przymusowo w tym miesiącu przytrafiła nam się wymiana centralnego ogrzewania w mieszkaniu. Na wstępie muszę zaznaczyć, że niecałe 2 lata temu wyremontowaliśmy całe mieszkanie, chowając wszelkie rury pod zabudową. Spadło to na nas jak grom z jasnego nieba. Żeby tego było mało wykonawca robót informuje nas, że wszystkie rurki zostaną położone nadtynkowo, czyli po wierzchu! 

 
Moje pierwsze skojarzenie, PRL powrócił! Oczywiści z miejsca zaznaczamy, że takie rozwiązanie nas nie satysfakcjonuje i zrobimy wszystko łącznie z zerwaniem umowy jeżeli nasze oczekiwania nie zostaną zaspokojone. Oczywiście nie obyło się bez spięć i burzliwych rozmów, aczkolwiek w końcu przystano na nasze żądania. 
 
Nie rozumiem jak można być tak opornym i działać wbrew woli w pewnym sensie swych zleceniodawców. To jest kuriozum. Muszę powiedzieć, że demokracja pod pewnymi względami jest masakrycznym ustrojem, bo zawsze znajdzie się jakiś idiota, palant, dupek rodem wyjęty z lat 80, któremu byle co się podoba pomimo, że wygląda jak gówno w lesie.
 
Niszcząc tym samym całą presje jaką wywiera się na firmie kogucik. W ten oto sposób rzeczowy partacz w spokoju kontynuuje swe misterne działania w przeświadczeniu, że mu wszystko wolno. Demokracja powinna być dostępna tylko dla ludzi inteligentnych cała resztę pod bat.
 
Ale wylewam swój jad zamiast pisać rzeczowo na temat.
 
Z Panią Poślubioną od dłuższego czasu skłaniamy się ku temu, aby zamienić nasze mieszkanko na coś większego, czyli małe gotowe do zamieszkania na duże do remontu. Cała perspektywa mnie bardzo cieszy, planowanie nowych kątów jest bardzo przyjemne. Najwięcej radości oczywiście sprawia sypialnia, oboje przywiązujemy bardzo dużą wagę do tego miejsca. Mam nadzieję, że z wiosną będziemy pisać i streszczać nasze postępy w remoncie. Czas pokaże.
 
Miło było po dłuższym czasie absencji coś napisać, myślę że powróci to do moich zajęć.