30 października 2013

Weekendzik

PANI POŚLUBIONA

Pisać o weekendzie w środę. Tylko my tak potrafimy. Czas pędzi jak oszalały. Jak na razie bardzo się z tego ciesze, bo został prawdopodobnie tylko miesiąc i Pan Poślubiony do mnie wraca! Miesiąc..już tak mało, momentami, aż dziwnie się czuję, ze będę go miała codziennie. Tak bardzo tego pragnę, ale wydaje mi się, że już zapomniałam jak to jest być z kimś na co dzień, a przecież to taka piękna rzecz. Miałam jednak pisać o weekendzie. Dlaczego?

Spędziliśmy go w końcu w całości razem. Pan Poślubiony nie musiał jechać na uczelnię. Ba! Mieliśmy nawet ten weekend o godzinę dłuższy! ;) Sobotę spędziliśmy jakoś mało ciekawie, wyobraźcie sobie, ze dokańczaliśmy jeszcze ten remont o którym pisaliśmy wam 19 września...matko! Całe mieszkanie leżało rozgrzebane miesiąc! Po prostu nie było kiedy wszystkiego pomalować, wyszpachlować i naprawić. Na szczęście mamy to za sobą.

Całą sobotę spędziliśmy na tym, aby doprowadzić mieszkanie do ładu. Nie mogłam się nacieszyć jak wieczorkiem usiedliśmy w naszym salonie z lampką wina i miseczką orzechów, w końcu odetchnęliśmy. Niedziela była też pełna zajęć. Rano wspólne śniadanie, pisałam wam już jak bardzo je lubię. Wspólne śniadania są fantastyczne! Potem do kościółka, powrót do domu i nie uwierzycie, Pan Poślubiony dał się namówić i postanowiliśmy pobiegać!

Nie powiem do biegania szykował się z 30 minut...biedny nie wiedział w co się ubrać, mój Pan Lala ;) ja dawno już stałam w legginsach, starym polarze i trampkach. Musiałam wytłumaczyć Panu Poślubionemu, ze nie ważne w co jest ubrany ważna jest motywacja. No i tego chyba mu zabrakło, bo niestety, ale podczas biegania, chyba dodatkowe kilogramy dawały ostro o sobie znać i biedaczek bardziej chodził niż biegał, a ja z nim.


Takim sposobem marszo – biegiem z przewagą marszu pokonaliśmy zaledwie 6 km. Do domu wróciliśmy jednak bardzooo zadowoleni. Oczywiście jak niedziela to i kawiarnia i wieczorem nie mogliśmy się oprzeć pokusie wyjścia razem na ciastko. Trafiliśmy do uroczej kawiarenki gdzie zjedliśmy przepyszne ciasto orzechowe i bananowe. Klimat wspaniały. Oboje stwierdziliśmy w tym miejscu, ze koniecznie musimy zrecenzować wam kawiarnie, restauracje, puby w których bywamy i które są fantastyczne. Może te mniej fantastyczne też zrecenzujemy? Zobaczymy.

Wiemy na pewno, że uwielbiamy chodzić do takich miejsc i jest to coś czego nie umiemy sobie oboje odmówić, dlatego warto byłoby zrobić z tego pożytek i opisać wam gdzie śmiało iść i rozkoszować się smakami. Nie tylko w Gliwicach, ale i w całej Polsce, opiszemy wam restauracje, które nas zauroczyły. Na razie jest to jedynie pomysł, jednak wszystko odkładamy do momentu aż wróci Pan Poślubiony.

Praktycznie każda nasza rozmowa kończy się „no dobra, to zrobimy to jak już wrócisz z delegacji” tak, niestety bo wcześniej nie ma kiedy. Nasze życie to obecnie praca, uczelnia Pana Poślubionego, praca, wszystko przez delegacje, bo prawie w ogóle go nie ma. Stąd też tak mało notek na blogu. Jest to nasz wspólny blog, a przez to, że coraz mniej spędzamy czasu razem to i notek mało.

Obiecaliśmy sobie jednak i to jest pewne, już się bójcie, że po powrocie Pana Poślubionego blog ożyje. Dlatego tak bardzo nie mogę doczekać się, aż wrócisz Panie Poślubiony i aż będzie jak wcześniej. Byle do grudnia, a dalej już nigdy nie pozwolimy, aby rozdzieliła nas jakaś delegacja. Mam nadzieję, ze jest to ostatnia taka nasza rozłąka. Daj Boże.



PAN POŚLUBIONY

Po całym tygodniu ciężkiej pracy nastaje upragniony weekend w moim przypadku wiąże się on jednak nie z odpoczynkiem a wizytą na uczelni, tym razem było inaczej, bo zjazdu na uczelni nie było. Hura! W końcu znalazł się czas na zrobienie rzeczy na które wcześniej nie było czasu.
Nastał piątek, powrót do domu. Jak co tydzień piątek wieczór jest czasem oczyszczenia atmosfery miedzy nami po kilku dniach delegacji. Wylania żalów, smutków, później objęć i zaspokojenia tęsknoty. 

Tych kilka godzin wieczora i nocy minęło błyskawicznie, o poranku czekała mnie niespodzianka. Pani Poślubiona do i tak już długiej listy rzeczy zaplanowanych do zrobienia w sobotę dorzuciła wybicie okna w przedpokoju. No i się zaczęło, znowu kurz bałagan, szlifowanie, malowanie i wybijanie w ścianie nieszczęsnego okna.


Skończyliśmy chyba około 19:00, po kilku godzinach ciągłej pracy i tak wszystko nie było zrobione. Malowanie okna i ściany do niego przyległej przypisane zostanie Pani Poślubionej na poniedziałek. Tak więc sobota minęła pod znakiem niekończącego się remontu, wybawieniem stała się pyszna Carbonara przygotowana na kolację przez moją Ukochaną. Najlepsza jaką w życiu jadłem!

Niedziela w porównaniu do dnia poprzedniego to był błogi relaks, śniadanie, kościół, bieganie. Bieganie? -no tak stwierdziliśmy z Panią Poślubioną, że zaczniemy razem biegać. Na razie raz w tygodniu. Pani Poślubiona do joggingu była gotowa w 3 minuty, ja natomiast biegałem po domu kompletując swój ubiór co wprawiło ja w śmiech. 



Trasa wydawała mi się, krótka i przyjemna do jej połowy. Po 10/ 15 minutach marszo -biegu okazało się, że z kondycji, którą miałem jakiś czas temu zostało niewiele, a właściwie to nic. Jestem dętka! Gdzie to ja zawsze byłem bardziej wytrzymały fizycznie, tak tego dnia Pani Poślubiona relaksacyjne biegła, kiedy ja włóczyłem nogami i jęzorem po chodniku. Powrót okazał się jeszcze bardziej męczący, muszę jednak powiedzieć, że była to jedna z lepszych godzin w ostatnim czasie jaką spędziliśmy. 


Czułem się znów jak gówniarz biegający (dosłownie) za Panną, a na chwilę obecną bardzo niewiele rzeczy robimy razem dla siebie. Spędzamy wspólnie czas w sprawach koniecznych, a w wolnej chwili leżymy na łóżku gapiąc się każdy w swój ekran komórki albo komputera. Wreszcie zrobiliśmy coś razem, coś nowego, aktywnego. Bardzo mi się to spodobało i jestem pewien, że będziemy kontynuować nasze bieganie.

Na koniec dnia oczywiście odrobiliśmy spalone kalorie poprzez pizze i ciacho!  

24 października 2013

Ćwiczę


No chyba poprzewracało mi się w głowie. Nie uwierzycie. Może zacznę od tego, że dziś będzie tylko moja notka, bo muszę podzielić się z wami moją motywacją. Postanowiłam...ćwiczyć! Naprawdę! Dla mnie to ogromne osiągnięcie, coś jak kamień milowy. Niby jestem szczupła, niby schudnąć nie trzeba, ale męczy mnie siedzenie 8 h przed biurkiem, powrót do domu, obiad, sprzątanie i odpoczynek. Teraz jest inaczej. Zmieniłam harmonogram swojego dnia. 

Praca 8 h, lekki obiad (bo gdy po zaledwie 1,5 h macie ćwiczyć ciężki obiad odpada), ćwiczenia. Zaczęłam od tego, ze zapisałam się na fitness. Dwa razy w tygodniu. No, a wczoraj wyciągnęłam Pannę K. i biegałyśmy! Jestem taka dumna z siebie! Mam nadzieję, ze nie jest to słomiany zapał...choć moja motywacja trwa już hm...od ślubu. Widziałam, że muszę zacząć się ruszać no i od miesiąca ćwiczę dwa razy w tygodniu, a od tego tygodnia dodatkowo zaczęłam biegać. Musze powiedzieć, że takie rozpoczęcie ćwiczeń wcale nie jest proste, szczególnie dla takiego leniwca jak ja. 

Wszystko jednak siedzi w naszej głowie i póki same się nie zmotywujemy to po prostu nie ma szans żeby zacząć ćwiczyć. Tak samo miałam z bieganiem..stwierdziłam ze poczekam do wiosny, bo jak tu biegać w deszcz czy śnieg? Ano właśnie tak, bo jak nie zacznę już dziś, już teraz, to tym bardziej na wiosnę nie zacznę. Dlatego zaczęłam dziś. Zabrałam sie do tego inaczej. Nie było biegu na 15 km. Przebiegłyśmy na przemian truchtem i marszem i biegiem około 6 km. To nie dużo, ale na początek wystarczająco. 

Największą satysfakcję daje mi cała mokra koszulka. Tak jaram sie tym na maksa! Zauważyłam też, ze jak ćwiczę mam więcej energii i chęci do życia. Taki mały antydepresant. Jak na razie same plusy. Minusy? Zakwasy! Oooo matko jak boli. Boli brzuch, bolą uda, boli dupa. No, ale ważny jest też trener my z Panną K. mamy super Pana Grzegorza, każdy trening jest inny i ciekawy. Miła atmosfera, chce sie wracać, po mimo, ze właśnie czasem się nie chce bo wolałoby się poleżeć ;) Myślę, że zaczęłam ćwiczyć w najlepszym dla mnie czasie. 

Na lato będę jak Ewa Chodakowska :D i biedy Pan Poślubiony, bo i jego mam zamiar w wir mojej aktywności wkręcić! Będzie ćwiczyć, pocić się i stękać, aż zniknie ten jego piwny brzuszek. Zobaczymy. Mam nadzieję, ze przyłączy się do mnie. W sobotę chce iść ze mną biegać :) Zapowiada się ciekawie. No, ale zobaczymy czy nie zrezygnuje, jak wróci z delegacji i zobaczy ile to trzeba się ruszać. 

Najważniejsze to mieć motywację w sobie, bo ktoś inny może nas zachęcać, ale jak my nie będziemy chcieli to nie ma szans, żeby to ruszyło, albo przetrwało. Jak to jest z wami drogie czytelniczki? Ćwiczycie? Jak wspominacie swoją walkę z próbą ćwiczenia? Ciekawa jestem czy każdy jest takim leniwcem jak ja...pewnie dużo jest takich osób. Sama sie sobie nawet dziwię skąd znalazłam chęć, żeby zacząć się ruszać. No, a na koniec, zdjęcie o które prosiłyście. Ja w krótkich kręconych włosach ;)

Tak wyglądałam w prostych włosach :)
Tak wyglądałam rano! Moje włosy CHCĄ być kręcone!
No i wersja kręcona :) Mi się podoba i czuję się dobrze zarówno w prostych jak i kręconych!
Waszym zdaniem w której wersji wyglądam najlepiej???

Ciekawostką może być fakt, że do 10 roku życia miałam zupełnie proste włosy!!! Dlatego zawsze sie śmieję , że moje naturalne włosy to i proste i kręcone ;)

19 października 2013

Plotka


PANI POŚLUBIONA 
 
Plotka, podobnie jak zakupy, w społeczeństwie przypisywana jest głównie kobietom i drogie Panie możemy się zapierać nogami i rękami, a i tak to nasza płeć zostanie uznana za tą bardziej plotkarską. Choć ja sama wiem, ze i faceci lubią sobie poplotkować. Podobnie jak z zakupami wydaje mi się, że i tu nie ma reguły, kto bardziej plotkuje.
 
Postanowiłam zgłębić troszkę temat i tak na szybko sięgnęłam do ulubionej Wikipedii (tak wiem to nie zawsze sprawdzone źródło informacji, ale pisząc tą notkę nie mam dostępu do biblioteki, wybrałam więc szybszą drogę) co więc pisze kochana Wikipedia o plotce?
Plotka jest definiowana w słownikach językowych jako niesprawdzona lub kłamliwa pogłoska, powodująca utratę dobrego wizerunku osoby, której dotyczy (...) Powszechnie uważa się, że plotka jest synonimem pogłoski, która jest definiowana jako rozpowszechnianie niepewnych, niesprawdzonych wiadomości. Jednakże z takimi definicjami nie zgadzają się przedstawiciele nauk społecznych.
W naukach społecznych plotkowanie jest definiowane jako:
  1. aktywność przyjemna sama w sobie, gadanie dla samego gadania
  2. negatywne, złośliwe, płytkie obmawianie nieobecnych osób,
  3. wymiana oceniających informacji o nieobecnej osobie,
  4. proces wymiany informacji o nieobecnych osobach o zabarwieniu oceniającym, pomiędzy bliskimi sobie osobami.
Ja jak już plotkuję to oczywiście z Panną K.! Czasem jeszcze z mamą, bądź przypadkowo spotkaną koleżanką, ale zdecydowanie z Panną K. wiedziemy prym. Nie ma co się oszukiwać, założę się, że każda z was chociaż raz w życiu plotkowała. Moje plotkowanie najczęściej mogę przypisać punktowi 1 i 4. Z Panną K. plotki skupiają się przede wszystkim na naszych mężczyznach (wybacz Panie Poślubiony, czasem muszę też się na Ciebie pożalić komuś, albo pochwalić ;) ) no a drugą niechlubną pozycję zajmują oczywiście teściowie.
 
Jesteśmy w tym wypadku typowymi babami bo i o koleżankach też pogadamy. Choć nie powiem wszystko co mówię Pannie K. z pewnością powiedziałabym i osobie o której rozmawiałam z Panną K. Nawet jeśli tej osoby nie lubię to nie mam oporów żeby być fałszywie miła. Staram się być jak najbardziej szczera. Poza tym uważam, ze nie jestem typową plotkarą, czyli osobą która tylko czeka żeby kogoś obgadać. Raczej nie obgaduję innych "Słyszałaś ze Anka nie jest już z Grześkiem" - to nie w moim stylu, jednak lubię dopytać się co u kogo słychać. 
 
Plotka to dość grząski temat, bo zawsze budzi wiele emocji. Trudno jest się przyznać do plotkowania, do tego, że może wchodzi się na portale plotkarskie o gwiazdach. Ja mam wrażenie, ze w naszym społeczeństwie to obciach czytać o gwiazdach, a ja tam lubię. Wiem, ze właśnie te plotki nie zawsze są prawdziwe i często portale te jeśli nie lubią jakiejś gwiazdy to po prostu ją oczerniają. Miałam okazję to kilka razy zweryfikować jako, ze w towarzystwie jako takich „gwiazd” byłam. 
Na koniec jeszcze: Jak plotkują faceci? Myślę, ze bardzo podobnie do nas kobiet, tyle, ze oni nie zagłębiają się w szczegóły. My potrafimy z Panną K. rozwodzić się nad czymś z dwie godziny, podczas gdy Pan Poślubiony z Panem Ł. powiedzą co myślą i przechodzą na inny temat. Tacy to ogólnikowi są Ci nasi mężczyźni. Uważam jednak, że plotka nie jest czymś złym, dopóki nie oczernia innych osób. Nie rozmawiajmy o innych jeśli wiemy, ze informacje o nich są krzywdzące, bądź nie istotne dla innej osoby. Tyle w temacie.

Ps. Muszę wam się pochwalić! Nowa plotka ;) (Choć na pudelku raczej nie wyląduje) heheh Zdecydowałam się znacznie skrócić włosy. Od fryzjera na razie wróciłam w prostych ale już się nie mogę doczekać jak będę wyglądać w kręconych :)

PAN POŚLUBIONY
 
Większość twierdzi, że plotkują głównie kobiety trochę w tym racji, ale wydaje mi się, iż one widzą to nieco inaczej. W ich mniemaniu po prostu rozmawiają, taki ich styl. Kiedy myślę o plotkowaniu pierwszym skojarzeniem jakie nasuwa mi się na myśl są dziewczyny rechoczące siedząc na łóżku albo babcie stojąca pod sklepem lub klatką, ględzące godzinami. 
Więc plotki = kobiety?
Wbrew pozorom faceci też plotkują, wszyscy plotkują. Wszyscy lubią plotkować! Przecież każdy lubi dowiadywać się o rożnych szemranych, nieoficjalnych sprawach. Ale o czym właściwie plotkują faceci? Najczęściej chyba o kobietach, oceniają, podziwiają, niekiedy wyśmiewają. Często zdarza się nam plotkować o seksie, o kumplach raczej rzadziej. 
 
Wszystko jest w porządku póki plotki nie dotyczą nas samych, a przede wszystkim nie krzywdzą nikogo. A z tym bywa różnie. Niejednokrotnie byłem świadkiem, kiedy plotka psuła ludziom opinię, szczególnie w pracy.  
 
Plotkę najlepiej porównać do zabawy w głuchy telefon, kiedy za którymś podaniem wychodzi kompletna bzdura.

Pan Poślubiony nie rozpisał się, taka natura, faceci mało plotkują i wychodzi na to, ze i o plotce mało piszą, jego wytłumaczenie na mailu? Dla ciekawskich poniżej ;) 
albo mam całkowity brak weny, albo ten temat nie przypadł mi do gustu. Przez 2 godziny wydukałem tylko tyle.   :(

16 października 2013

Jesień

Ostatnio poruszaliśmy dość poważne tematy, więc dziś będzie trochę mniej ambitnie. W naszą rocznicę wybraliśmy się na spacer. Jesień w tym dniu była wyjątkowo piękna. Polska złota jesień. Zakochaliśmy się, w sobie i w tych kolorowych liściach. 






Miło było odetchnąć trochę od obowiązków, a że był to poniedziałek, to w taki sposób rozpocząć wspólnie tydzień-  marzenie! Miło było popatrzeć jak wiele ludzi chodzi w taką pogodę po parku. Mamy z wózkami, Panie z pieskami, sportowcy, dzieci. Oczywiście jak to my, w tak piękny dzień zapomnieliśmy aparatu! Czyli musimy znowu uraczyć was kiepskiej jakości zdjęciami z telefonu! Przepraszamy! Następnym razem postaramy się pamiętać: spacer = aparat. Jeszcze słabi z nas blogowicze bo nie mamy tego nawyku.




Poza tym postanowiliśmy tego dnia przejść się trochę po Gliwicach i o dziwo, znaleźliśmy się...nie uwierzycie gdzie, mało romantycznie, na cmentarzu! Nie był to zwykły cmentarz, bo cmentarz rosyjskich żołnierzy. Bardzo specyficzne, a o tej porze roku też, klimatyczne miejsce. Niestety Pani Poślubiona przez przypadek usunęła zdjęcia z tego miejsca :( więc nawet nie mamy szansy wam pokazać. 

Ciekawe, że w Gliwicach są takie specyficzne miejsca. Oboje się tu urodziliśmy, więc oboje też dostrzegamy jak z biegiem czasu to miasto pięknieje. Po spacerze trafiliśmy do kapitalnej restauracji Wine bar Lofty, trzeba było jakoś uczcić rocznicę! Mamy w planach zrobić wam z tego miejsca pełną recenzję, ale to z czasem. Tu też mamy mało zdjęć. Musicie nam po prostu wybaczyć, bo tego dnia mieliśmy głównie siebie i jesienną atmosferę w głowie...




Miło jest czasem wybrać się po swojej okolicy na spacer i docenić widoki jakie nas otaczają na co dzień. Mamy nadzieję, że takie spacery będą naszą codziennością, jak tylko skończy się delegacja. Tymczasem pozdrawiamy Was gorąco i czekamy na zimę!


Ps. Oczywiście Pani Poślubiona otrzymała prezent, Pan Poślubiony zresztą też (bombonierkę), ale co było zawartością prezentu Żony, pozostanie słodką tajemnicą ;)

11 października 2013

8 lat

PANI POŚLUBIONA
 
14.10.2013 r. nie mam pamięci do dat. Zawsze musiałam pytać Pana Poślubionego czy to 14.10 czy 14.11 mamy rocznicę? Ważne jest dla mnie i miłe obchodzenie tych wyjątkowych dni. Bardzo lubię świętować, ale jakoś nie zawsze pamiętam o datach. Sama nie wiem czemu. W poniedziałek mija nam 8 lat bycia razem. Znamy się od 9, a przecież to zaledwie kawałek życia.
Jak to się zaczęło? Poznaliśmy się w gimnazjum. Pan... wtedy jeszcze Kolega doszedł do mojej klasy (dokładnie to była 2 klasa gimnazjum). Pamiętam jak dziś jego blond odrosty na głowie, tak Pan Poślubiony pofarbował się na jasny blond, a do tego nosił na szyi koraliki. Styl na amerykańskiego surfera ;) Oczywiście został od razu uznany za najlepsze ciacho w klasie. Trochę nam zajęło zanim jako dzieciaki stwierdziliśmy, że chcemy ze sobą chodzić hehe

Pierwsza próba polegała na tym, że Pan Poślubiony zadzwonił do mnie i spytał się przez telefon czy chce być jego dziewczyną! To były ferie. No, a ja się zgodziłam. Takie to dziecinne było. Jednak potem jak wróciłam do szkoły po feriach między nami nic się nie zmieniło i stwierdziłam, ze co to za chłopak który ani nie przytuli, ani nawet nie pogada. Teraz wiem, ze oboje byliśmy dzieciakami i oboje byliśmy też bardzo skrępowani. W końcu z nim zerwałam.
 


 
Tak sobie mijał czas, a doszło nawet do tego, że przestałam lubić Pana Poślubionego, tak mnie denerwował. Jednak potem coś pękło i postanowiliśmy się pogodzić. Później cała klasa miała iść na dyskotekę i jakoś tak się przypadkiem stało, ze tylko ja i Pan Poślubiony mieliśmy czas, więc sami poszliśmy na soczek. Pamiętam jak dziś ja piłam sok pomarańczowy, a on jakiś energetyk.
 
Ten dzień właśnie uznajemy za nasz pierwszy dzień jako pary, bo to wtedy wszystko się tak naprawdę zaczęło i poleciało jak z górki. Pamiętam całusy skradzione na korytarzu szkolnym, wspólne siedzenie w ławce i wspólne powroty ze szkoły, wybuch gaśnicy na korytarzu i ratunek mojej osoby przez Pana Poślubionego. Może dlatego właśnie tak dobrze wspominamy okres gimnazjum.
Jest pełno chwil, które mogę z czystym sumieniem przywołać jako te wyjątkowe, dla mnie każdy dzień przez te 8 lat był wyjątkowy, bo spędzony razem z nim. Choć nie zawsze bywało, że mogliśmy się widywać. Nasza najdłuższa rozłąka trwała miesiąc i dla tak młodej pary (mieliśmy wtedy po 16 lat) to był trudny okres żeby przetrwać. Ja wyjechałam do Anglii i tam też pracowałam, oczywiście to były wakacje. Nigdy nie zapomnę tej tęsknoty, zresztą podobnie się czuję teraz jak Pan Poślubiony jest w delegacji. Mimo wszystko czas, który spędziłam w Anglii był fantastyczny i nie żałuję.
Pamiętam też nasze pierwsze wspólne wakacje. Tylko ja i Pan Poślubiony i Darłowo. Było cudownie. Projekt plaża, dyskoteki, opalanie, młode wino prosto z kraniku, szampan na plaży z okazji moich urodzin. Z chęcią powtórzyłabym tamte wakacje. Jestem pewna, że jeszcze kiedyś tam wrócimy.
 

Inną przygodą były wakacje u babci Kazi – babci Pana Poślubionego. Dzięki temu pokochałam Gdańsk, jego uliczki, targ dominikański, zapach smażonych ryb. Tam również wiele się wydarzyło, pamiętam nasze podróże pociągiem 12 godzin, po to by poczuć piasek pod stopami. Pamiętam plagę biedronek na Stogach, nocne powroty z plaży i mój strach, ze ktoś wyskoczy z lasu.
 
 

Wrocław też jest wspaniałym wspomnieniem. O tym już pisaliśmy w poście o moście zakochanych. Tak, to tam Pan Poślubiony porwał mnie ze zawiązanymi oczami i to tam pokazał mi, że istnieje coś takiego jak most na który przypina się kłódkę, kluczyk wrzuca do rzeki i już zawsze jest się razem. No i jesteśmy na zawsze razem małżeństwem.
 
Mogłabym pisać więcej, tyle tych chwil było i gorszych i lepszych, ale zawsze gdzieś się odnaleźliśmy, zawsze się wspieraliśmy i biliśmy przy sobie. Oboje nad sobą pracowaliśmy. Oboje ze sobą dojrzewaliśmy. Ja z rozpieszczonej smarkuli, wyrosłam na dorosłą kobietę, która jednak tam gdzieś dzieciaka ma w sobie. Pan Poślubiony z energicznego nastolatka, wyrósł na odpowiedzialnego mężczyznę. 
 
Co z tego? Skoro my dalej żyjemy tą naszą pierwszą miłością, żyjemy nami i tak chyba zawsze będzie. Dziękuję Ci Panie Poślubiony, że jesteś przy mnie i dziękuję, że miałam takie szczęście zostać Twoją żoną.

 

PAN POŚLUBIONY
Jak większości z Was udało się dowiedzieć parę wersów wyżej za kilka dni mija 8 lat od kiedy jesteśmy razem z Panią Poślubioną. Znamy się jedynie o rok dłużej z tym, że na początku nasza znajomość była raczej destruktywna aniżeli konstruktywna. Ja do dziś twierdzę, że głównie z powodu Pani Poślubionej.
 
Tak naprawdę wszystko miało swój początek na przejściu dla pieszych, kiedy to na pierwszej randce wtedy jeszcze nie "moją dziewczynę" chwyciłem za rękę. W tym momencie idąc kilkaset metrów główną arterią naszego rodzinnego miasta, czułem się jakby wszyscy się na nas gapili. Jednocześnie byłem najszczęśliwszym nastolatkiem na świecie.


Nasze dotychczasowe życie jak chyba wszystkich przeplatane jest pasmem porażek i sukcesów głównie osobistych. Każdego dnia walczymy z samymi sobą o to by jeszcze mocniej związać się z tą drugą stroną, aby angażować się jeszcze bardziej.  
 
Takimi najlepszymi chwilami naszego życia niewątpliwie były przełomowe momenty: pierwsze wyjście do kina, restauracji, wspólne wakacje, pierwsza noc razem. Szczególnie ciepło wspominam wakacje w Darłówku, dwa tygodnie ciągłej imprezy. Południowe wyjście na miasto powrót o 3/4 nad ranem, pobudka o 13:00, śniadanie, plaża i znowu miasto. Tak przez okrągłe 2 tygodnie. Prawdopodobnie były to jedne z najlepszych 14 dni mojego życia.
 
 
Jestem ciekaw co przyniesie nam najbliższy czas, jak przewartościowuje nasze światopoglądy, kiedy będę trzymał nasze wspólne dziecko na rękach, patrzył jak dorasta i się rozwija.




Tyle jeszcze przed nami, a ja już czuje, że będzie mi mało tego czasu. Jeżeli mógłbym sobie czegokolwiek życzyć to tego, aby czas spędzany razem płynął bardzo wolno oraz abyśmy nie marnowali go już więcej jak to ma miejsce na chwilę obecną.


Ps. Wszystkie zdjęcia w poście są archiwalne :) starocie :) Pomyśleć, że mamy na nich po naście lat ;)

9 października 2013

Antykoncepcja


PANI POŚLUBIONA

My dalej siedzimy w temacie potomstwa. Będziemy już chyba nudni. Dlaczego w ogóle złożyło nam się na pisanie o potomstwie? Ten post będzie troszkę inny. O antykoncepcji. Będziemy pisać o własnych doświadczeniach, ale nie martwicie się nie tak szczegółowo jakby niektórzy pewnie chcieli, a inni wręcz przeciwnie.

Ci, którzy czytają nas już trochę pamiętają może naszą wyprawę do poradni życia rodzinnego i mało zachęcający wykład Pani z tejże poradni odnoście Naturalnego Planowania Rodziny (NPR). Mimo wszystko tak jak pisaliśmy, postanowiliśmy, ze spróbujemy. Głownie dlatego, że ja dość źle znosiłam przyjmowanie tabletek.

Może zacznę od tego, jak to jest z tymi tabletkami. Brałam kilka rodzajów: Cilest, OC 35, Kontracept i każde z nich miały skutki uboczne, mniej lub bardziej odczuwalne. Jeśli ktoś tym tematem się interesuje wie, że Cilet i siostra OC 35 czyli Diane 35 zostały z rynku wycofane, czyli notabne szprycowałam się nimi od 18 roku życia i prawdopodobnie szkodziłam sobie.

Tabletki brałam łącznie 5 lat. Po 5 latach miałam dosyć. Pierwsza przygoda Cilest. Idę do Pani ginekolog, nie jestem badana po prostu rzuca receptę na stół, choć widzi, ze nieśmiało o nią proszę, zero badań, zero pytań. Nie wiem czy miałam po prostu pecha, ale tak właśnie zaczęła się moja przygoda z tabletkami. Pani przepisała Cilest. Skutki uboczne? Ogromna bolesność piersi, to pamiętam. Postanowiłam zmienić, nie wiem czemu, ale poszłam do tej samej ginekolog (chyba dlatego, ze i moja mama tam chodziła więc teoretycznie miałam zaufanie, a i nie miałam porównania do innych lekarzy i nie wiedziałam jak ma wyglądać wizyta u ginekologa- młoda i głupia)

Efekt? Pani przepisała OC 35, jak się potem okazało był to LEK, którego skutkiem ubocznym była antykoncepcja...brałam lek...a byłam przecież zdrowa. Postanowiłam zmienić. Tym razem poszłam do lekarza. Trafiłam na bardzo fajną młodą Panią ginekolog, która od razu zajęła się mną jak trzeba, wykonała wszelkie badania, zleciła konieczną zmianę tabletek i tu trafiłam na Kontracept.

Wszystko ładnie pięknie, musiałam brać bo miałam torbiele i miały się wchłonąć dzięki tym tabletkom, oczywiście torbiele się zmniejszały, ale niestety tabletki również miały skutki uboczne – kompletny brak libido, wręcz ujemny! Masakra. Wkurzyłam się...po 5 latach udręk i po pobieżnym uświadomieniu sobie w poradni życia rodzinnego, ze nie muszę brać tabletek, bo są inne naturalne sposoby, w końcu zdecydowałam,a raczej zdecydowaliśmy. Koniec tego, tabletki do kosza i w ruch idzie NPR.

Stąd wziął się więc post o potomstwie, bo przecież trzeba sobie uświadomić, że ta metoda wymaga od nas pewnych poświęceń, nie jest, aż tak swobodna jak tabletki, ale to i dobrze. Najbardziej przekonałam się do niej po zdaniu na blogu Małej Mi, pozwolę sobie zacytować: Jako ogromny plus przedstawiono właśnie to, że "nie zawsze można" i wtedy oboje: mąż i żona zaczynają się uwodzić na nowo, szukają innych sposobów na spędzenie czasu, delikatniejszych pieszczot, etc. Że muszą przede wszystkim ze sobą rozmawiać, że łączy ich to poznawanie kobiecego ciała. Ona sama przyznała, że gdyby nie to, że co rano mąż podaje jej termometr to ona by o tym nie pamiętała."

Tak jest tu dużo racji. NPR uczy szacunku męża do kobiety i do ich związku. Uczy doceniać. Poza tym powoduje, ze oboje nie nudzą się sobą, bo zawsze zbliżenie jest dla nich czymś wyjątkowym, wyczekanym, a nie czymś od ręki. Do tego jednak trzeba dojrzeć, bo ja jeszcze kilka postów temu uważałam, ze tabletki są najlepsze. Teraz wiem, ze nie są najlepsze, ale najwygodniejsze dla partnera, bo ma nas zawsze na wyciągnięcie ręki.

Zrozumiałam też, że w NPR nie chodzi tylko o religię, ale właśnie przede wszystkim o pewną umiejętność podsycania w związku ognia, tak, aby nie zgasł. Myślę, ze to powinno najbardziej przemawiać do par, bo o tyle, o ile teraz jeszcze jest ogień to za te 20 lat już może być troszkę inaczej.


Poza tym według mnie ta metoda powinna być bardziej reklamowana. Niestety nie ma kto jej reklamować, bo nie ma kto na niej zarobić. Tabelki sprzedają wielkie firmy farmaceutyczne i to one już zadbają, żeby omamić zwykłe nie mające bladego pojęcia dziewczyny...a teraz taka moda na wszystko EKO, no to bądźmy bardziej EKO i zastosujmy to na sobie drogie Panie. Ja jestem więc EKO i stosuję NPR! Dam wam znać jakby mi się coś zmieniło. Na razie jestem zachwycona obserwacją własnego ciała! No i najważniejsze, nie łykam żadnych świństw!


PAN POŚLUBIONY

Do napisania tego posta skłoniło mnie przeczytanie pewnego artykułu podesłanego przez Panią Poślubioną. O tyle o ile 90 % to stek bzdur i bicie piany to są również zawarte w nim sformułowania trafne, takie jak m. in. wygodnictwo facetów. 

Ale od początku. Z Panią Poślubioną od dawna rozważaliśmy zmianę sposobu antykoncepcji. Co może większość zadziwić to ja byłem prowodyrem tych działań. No i stało się, ku mojej uciesze jak i organizmowi mojej Żony tabletki zostały odstawione! Hura!
Po co to wszystko? -nie mam już sił ani ochoty na kobietę rozregulowaną jak polskie koleje państwowe, gdzie wszystko działa z opóźnieniem, wcale lub kiedy się nikt nie spodziewa. Po dobrych kilku latach brania tabletek przez moją życiową Partnerkę mogę śmiało powiedzieć, że nikomu nie polecę tej formy antykoncepcji oraz że sam nigdy bym się na nią po raz drugi nie zgodził. 

W mojej ocenie jest to najgorsza forma przeciwdziałania niechcianej ciąży. Podejrzewam, że każda inna kuracja hormonalna wygląda podobnie, teraz widzę, że po prostu zagłuszaliśmy organizm i hormony, które kipiały jak mleko na gazie. Również czytując co jakiś czas kolejne donosy z Europy zachodniej, gdzie co nuż wycofywane są marki tabsów (reklamowanych za tak rewelacyjne) i wypływają informacje o śmierci coraz większej ilości kobiet, upewniam się w przekonaniu o prawidłowo podjętych działaniach..

Po ponad miesiącu od odstawienia tabletek przez Panią Poślubioną nagle lody puściły, przyszła wiosna, kwiatki rozkwitły. Jest pięknie! Zapomniałem jaką kobietą była moja Żona parę lat temu. Teraz wszystko jest lepsze jeżeli wiecie o czym mówię. Są również negatywne skutki jak strach i niepewność, bo teraz wszystko jest mniej oczywiste i pewne. 

Ale nie specjalnie przejmuję się faktem, iż teraz to na moich barkach spoczywał będzie ciężar planowania rodziny. Może dlatego, że w mojej ocenie wszystko to może wyjść samo z siebie i bardzo spontanicznie. Pani Poślubiona nie podziela niestety mojego optymizmu. Szkoda.

Na chwilę obecną Pani Poślubiona obserwuje swoje ciało, poznaje je i analizuje wysyłane przez nie sygnały. Gdy się go nauczy zrezygnujemy ze wszelkich zabezpieczeń na rzecz NPR. 
Reasumując, spodziewajcie się niedługo postów ciążowych. HAHAHA!    

3 października 2013

Starość


PANI POŚLUBIONA

Jak to mawiają starość nie radość. No właśnie. Jak to jest z tym wiekiem? Pamiętam jak miałam 15 lat i czułam się dorosła. Pamiętam też, że wtedy taka 23 latka była dla mnie jeszcze bardziej dorosła niż ja, wręcz stara. Ostatnio przez notkę o potomstwie, podsunęliście nam pomysł na nowy post. Napisałam, że mam już 23 lata i że najwyższa pora pomyśleć o dzieciach itp. większość się obruszyła. No jak to 23 lata! Śmiech na sali, jesteś jeszcze młoda, na wszystko masz czas.

Na pewno? Dla mnie jestem stara. Tak, tak to co ja powiem jak będę miała 50 lat? Czemu uważam, ze jestem stara? Bo coraz bliżej mi do 30-stki i coraz bliżej do 40-stki, bo 2,5,10,15 lat zleci jak z bicza strzelił. Wiem, ze wiele 30-letnich i 50-letnich kobiet z chęcią zamieniłoby się ze mną z wiekiem. Wiem, ale ja wolę mieć cały czas 20 lat. Swoją drogą ciekawe ile starszych tu czytelniczek rozbawi nasz post? ;)

Jednak zastanawia mnie coś innego. Jak naprawdę jest z tym wiekiem? Ja mam 23 lata. Czuje się na 19-20 lat maksymalnie. Świetnie czuję się też w młodzieżowym towarzystwie mojej młodszej 14 letniej siostry (tak, 14 lat to już młodzież, choć może wy się wtedy bawiliście lalkami, teraz chodzą do kina i na bubbletea), ale wiem, że idąc z nimi ulicą oni trzymają się z boku i mają swoje sprawy, śmieją się i tylko patrzą czy nie słyszę.

No to świadczy dla mnie o tym, ze traktują mnie jak starą, a ja to bym się z nimi pośmiała i gdy moja siostra wspomni przy mnie, ze tamten chłopak to niezłe ciacho, koleżanki otwierają oczy, że jak to tak ona przy starszej siostrze mówi...przecież ja stara i już nic nie rozumiem. No właśnie, a ja rozumiem i tak jak te 30-stki i 40-stki które może nas czytają i śmieją się, że przy 14-skach czuję się stara, to tak samo jak wy w głowie jestem smarkaczem. Choć wiem, ze nie każdy tak ma.

Nie wiem kiedy to się zmienia, wiem, ze dla mnie takim przypadkiem jest Pan Poślubiony. W przypadku kiedy ja zachowuje się czasem jak 13 latka on patrzy na mnie z politowaniem jak 40-latek. Czasem bywa odwrotnie, ale w naszym związku to ja jestem smarkulą. On jest ten odpowiedzialny, dorosły, zapracowany. Choć oboje jesteśmy w tym samym wieku...

Wiecie co? Wole mieć w głowie 13 lat, niż zamartwiać się, płacić rachunki, dbać o dzieci. No i chyba właśnie dlatego nie jestem na nie gotowa. Choć zająć bym się potrafiła, bo jestem najstarsza z kuzynostwa i już kilkoro prawie odchowałam, tak samo jak moją siostrę. Wiem! Jeszcze jedno mi się przypomniało! Stara to się czuję, jak mój 8 letni kuzyn podchodzi od mnie i mówi ciocia! W ogóle jak dzieci mówią do mnie ciocia. Nie wiem czemu, ale wole po imieniu. Jak na razie. Może mi się to zmieni. Nie wiem.

Zastanawiam się czy tylko ja tak mam? Na ile wy się czujecie lat? Jak was odbierają?

Postanowiliśmy z Panem Poślubionym, że oboje wybierzemy po jednej z czytelniczek, ponieważ wybór był na tyle trudny, że najchętniej wyróżniłabym was wszystkie. Ja wybrałam odpowiedź Kropki(:    BLOG KROPKI KLIK

Wybrana odpowiedź:
"1. Impulsywność - lubię ją ponieważ przy ilości jego cech pozytywnych gdyby czasem nie pokrzyczał na bagażnik w samochodzie (bo śmiał się zepsuć i się nie zamyka), na durnego kierowcę (jak można jechać lewym pasem 40 km/h?!), czy inne ustrojstwa, miałabym wrażenie że jestem w związku z jakimś ideałem a to przecież nudne!
2. Troskliwość - gdyby nie był troskliwy już dawno umarłabym na jakieś powikłanie pogrypowe albo zapalenie płuc ("Jak nie zjesz dobrowolnie tej tabletki, to sam własnoręcznie Ci ją włożę do gardła a jak to nie pomoże to wsadzę Ci ją w drugą stronę Ciebie").
3. (nie)Romantyczny - "Wieeeeesz chciałem zrobić dla Ciebie kolacje przy świecach ale.... świeczek zapomniałem... ale to nic, zgasimy światło, włączymy TV i też będzie półmrok :)" 
4. Cierpliwy - "Widzisz ten znaczek o tutaj? Samochód odpala się jak on zgaśnie... eee znowu zapomniałaś, od roku Ci to mówię...".
5. Zazdrosny o...kota - "Taaa... do kota to Aniołku, Kochanie a do mnie R. i R... jakbym nie mógł być jakimś dziubdziusiem albo innym Misiem" :D"


PAN POŚLUBIONY

Na co dzień nie myślę o wieku o tym ile lat przeżyłem, ile mi jeszcze zostało, jaką część życia już bezpowrotnie straciłem. Kiedy natomiast mam chwilę zastanowienia się, zdaję sobie sprawę z tego, że tak naprawdę pewnie 1/3 w porywach 1/4 swojego żywotu poszło w pizdu...

I na co? -nauka, praca, nauka, praca i tak na okrągło, dobijający jest fakt, że pewnie do śmierci musiałbym pracować jeżeli chciałbym żyć jak 90% społeczeństwa. Dlatego muszę szybko zbić fortunę. Jak? -jeszcze nie wiem.

Wydaje mi się, że stary to jeszcze nie jestem aczkolwiek sposób w jaki postrzegają mnie obcy, nowo poznani ludzie przeświadcza mnie o tym, że nie tylko mój wygląd, ale przede wszystkim zachowanie powoduje, że jestem w oczach innych dużo starszy niż we własnych, tak o około 8 lat więcej.

Wynika to głównie z tego, iż w  pewnym momencie z powodu objęcia pewnych funkcji służbowych musiałem wzbudzać w ludziach wrażenie pewnego doświadczenia, wiedzy oraz szacunku do siebie samego. Pierwszym niezawodnym atrybutem okazał się zarost, co akurat mnie pasuje, bo nie lubię się na gładko golić.

Ja osobiście raczej czuję się na tyle co mam, choć przebywam z ludźmi w różnym przedziale wiekowym co powoduje, że mocno się z nimi chwilami utożsamiam. Nawet Pani Poślubiona niejednokrotnie mówi do mnie stary dziadku.

Jeżeli chodzi o Panią Poślubioną to ona wydaje mi się być jeszcze nastolatką mimo przemijającego czasu.Dlatego też,  już chyba zawsze pozostanie dla mnie tą samą młodziutką dziewczyną za którą się uganiałem za młodu.

Co do najlepszej odpowiedzi to mój wybór padł na Jagodę JAGODOWY ŚWIAT BLOG KLIK

Wybrana odpowiedź:
"Mój od ponad miesiąca mąż;
1. Świetnie gotuje - uwielbiam to, że gotuje dla mnie obiady. W zasadzie razem gotujemy, ale to on wiedzie prym w kuchni. Nie żebym nie umiała. Umiem i lubię gotować, ale odpuściłam na tym polu. Wyżywam się kulinarnie na śniadania i kolacje i w pieczeniu ciast :-)
2. Ma poczucie humoru. Czasem myślę, że gdyby ktoś nas popodglądał - jak się wygłupiamy, jak K. potrafi naciągnąć sobie spodnie pod pachy, by mnie rozśmieszyć, jak tańczymy ... pomyślałby - istny dom wariatów. Nie znałam nigdy kogoś, kto tak bardzo lubi się wygłupiać jak ja ;-)
3. Jest czuły. Zawsze w poprzednich związkach brakowało mi czułości. Koleżanki mówiły "Faceci już tak mają - nie lubią okazywać uczuć, nie przejmuj się". A mi brakowało przytulenia siedząc na kanapie, gdy ogląda się wspólnie film, smsów ze słowem "kocham Cię". Dziś mi tego nie brakuje ;-)
4. Ma własną pasję. Nigdy nie umiałabym być z nudnym facetem, który nie ma jakiej pasji. K. jest świetny w tym co robi, widzę jak się poświęca temu, co lubi. 
5.Wytrzymuje ze mną. To największa zaleta :))))"

Dzięki, że wzięliście udział w zabawie Pani Poślubionej, bardzo fajnie było poczytać o zaletach waszych mężczyzn :)