23 grudnia 2014

Wesołych Świąt



Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzymy Wam drodzy czytelnicy standardowo: zdrowia, szczęścia i miłości :) Niech nadchodzący Nowy Rok będzie jeszcze lepszy niż ten poprzedni i przede wszystkim spełnienia marzeń :)


Jak mijają Wam przygotowania? U nas świetnie się złożyło, bo Świąteczne porządki idealnie zgrywają się z generalnymi porządkami na przywitanie naszego nowego członka rodziny :) wszystko więc przygotowane, wysprzątane, prezenty spakowane, choinka ubrana, mieszkanie przystrojone, a dziś zostało nam tylko lepienie uszek i gotowanie ryby po grecku. W tym roku nie szalejemy jako, że Pani Poślubiona ma się nie forsować, aby dzidziuś na spokojnie urodził się w styczniu.


Lepienie uszek wyszło nam  kapitalnie. Pan Poślubiony, grał tu pierwsze skrzypce i całość praktycznie przygotował sam, ale nie zabrakło też ciążowej inwencji twórczej Pani Poślubionej i tym sposobem powstały pierogi z farszem bigosowym :D w domu wystarczy mieć nadmiar ciasta do uszek i bigos od mamy :D wychodzą łazanki instant PYCHA!




Święta planujemy rodzinnie, spokojnie i bezstresowo. Sylwester również w domku z inną zaciążoną parą :) a co u naszego dzidziusia? Dziś wkraczamy w 35 tydzień ciąży, maluch waży ponad 2700 g i jest baaaardzooo ruchliwy! Jesteśmy prze szczęśliwi i całe  nasze życie kręci się wokół naszego maleństwa! Salon jest już gotowy. Mamy stół, narożnik, a w sypialni stoi łóżeczko :) jest przytulnie i rodzinnie :)

Jakie wy macie plany na Święta??? Wszystko idzie po waszej myśli? Też tak sielankowo jak u nas??  Czy tylko nam tak czas ucieka i w swojej monotonni tylko my się zatracamy???:) Dajcie znać! Jeszcze raz WESOŁYCH ŚWIĄT!

12 grudnia 2014

Czas STOP!


Czasem się zastanawiam jak ten nasz maluch będzie wyglądał...w ogóle jaki będzie? Wiadomo: najpiękniejszy, najcudowniejszy, najwspanialszy, bo nasz, ale po kim będzie miał oczy? Po kim nos, usta? Czy będzie małym rozrabiakom? Jak my damy radę? Teraz całe nasze życie kręci się wokół ciąży, a dokładniej wokół maluszka i przygotowań na jego przyjście. 

Sypialnia, łazienka, salon, wszystko przemeblowujemy i zmieniamy, dokupujemy i urządzamy, po to żeby było jak najlepiej. Śmieję się, że szykujemy się jak na wizytę Królowej Anglii, ale prawda jest taka, że właśnie odwiedzi i zamieszka z nami nasz król lub królowa. Swoją drogą miałam pewne przeczucie co do płci, ale na ostatniej wizycie Pani doktor jakby zbiła mnie z tropu i już sama nie wiem co myśleć. 


Do stycznia tak blisko, więc już niedługo się dowiemy kto też tam w środku zagościł. Wszystko nabiera więc kształtów, jest tak blisko, a jednocześnie daleko, takie rzeczywiste, a kompletnie nierealne! W najbliższym czasie pochwalę się Wam naszym kącikiem niemowlaka w sypialni. Jest mini mini i mam nadzieję, że starczy nam na najbliższe pół roku, potem będzie trzeba zrobić pokoik. 

To niesamowite. Tyle nas czeka. Tak więc ja siedzę w domku i  spokojnie szykuję w miarę możliwości wyprawkę, a Pan Poślubiony ciężko pracuje i uczy się. Czas nam pomalutku leci. Zaraz, zaraz...pomalutku??? Niedługo będzie 9 miesiąc ciąży! Kiedy to zleciało? Kto włączył przycisk przewijania??? 

24 listopada 2014

Jak znaleźć chłopaka?


Dziś post wspominkowy. Poradnik dla nastolatek? Może. Ja na samą myśl o tamtych zdarzeniach śmieję się sama do siebie :) Miłego czytania!

Pamiętam jak byłam nastolatką. Dokładnie miałam 12 lat. To już nastolatka, prawda? DwaNAŚCIE. Piątka klasa. Nie należałam do najładniejszych dziewczyn. Nic szczególnego. Tym bardziej, że moje włosy jak na tamten okres szalały i żyły swoim życiem, jak to loki. Puszyły się, straszyły i robiły to bardzo skutecznie. Pamiętam pierwszy liścik do kolegi. Niby byłam zakochana. Teraz wiem, że może zauroczona.

Starszy ode mnie, szóstoklasista, modny wówczas skate. Jeździł na rolkach. Koleżanka z łatwością namówiła mnie: "Napisz do niego! Spytaj się czy będzie z Tobą chodził!" Ale jak to ja? To nie powinno być na odwrót? No dobra...co mi tam szkodzi. Starannie wyskrobałam więc każdą literkę. Nawet Ę w słowie BĘDZIESZ, zalotnie na mnie zerkało. "Będziesz ze mną chodzić? K." 

Przerwa. Koleżanka bierze ode mnie karteczkę, podbiega do obiektu moich "uczuć" Czuję, że się zapadnę pod ziemię. Jestem czerwona jak burak. O matko! Co ja wyprawiam! Serce wali. On patrzy na liścik, rozwija, czyta, po czym najzwyczajniej w świecie zgniata go i wyrzuca do kosza na korytarzu. Jak gdyby to był najzwyklejszy ogryzek po zjedzonym jabłku. Dostałam KOSZA, dosłownie i w przenośni.

Co za wstyd. Po co ja to pisałam. Ostatni raz. Nigdy więcej. Czułam, że to będzie bezsensu. Tak rozpoczęła się moja przygoda miłosna. Tak postanowiłam, że jak mieć chłopaka to tego jedynego, który już nigdy nie wyrzuci mojej karteczki do kosza, a będzie przechowywał ją jak relikt, rzecz świętą. Chcę prawdziwej miłości. 12 lat. Ale co dwunastolatka może wiedzieć na temat prawdziwej miłości?

13 lat. Przyjaciel prosi mnie o "chodzenie" wręczając pierścionek ze sreberka. "Nie...ale jak rodzice się dowiedzą?? Nie...przecież ja właściwie nawet Cię nie kocham." Tym razem to ja daję kosza, ale czuję się równie zażenowana jak podczas mojej pierwszej miłosnej przygody. Jestem okropna. Czuję się z tym okropnie, ale wiem, że postępuję słusznie, bo chyba nie tak to ma wyglądać, prawda?

14 lat. Zaczynam gimnazjum, Loki ujarzmione, ściskam je kitką, wyglądam jako tako. Modlę się. Boże ześlij mi prawdziwą miłość. Jak się zakochać to raz na zawsze, nie chcę nigdy płakać z powodu rozstania i głupich szczeniackich miłości jak moje koleżanki. Chłopak, ale taki na zawsze. Czy to w ogóle możliwe? Czy możliwe, że znajdzie się ktoś kto będzie ze mną do końca mojego życia?

15 lat. Do klasy dochodzi nowy kolega. Pan Poślubiony? Jeszcze nie wiem, że to mój przyszły mąż. Jeszcze nie wiem, że doczekamy się cudownego owocu naszego miłości. Jeszcze nie wiem co mnie czeka, nawet nie wiem, że ten chłopak z blond odrostami tak bardzo mi się podoba, że będzie dla mnie całym światem i tyle razem przeżyjemy. 

Miłość spada na nas w najmniej oczekiwanym momencie. Nie spodziewałam się tego, mimo, że tak bardzo na to czekałam. Nie przypuszczałam. Przecież, która nastoletnia, smarkata miłość, przetrwa lata? Bez względu na to czy mamy 13,16,19,25,30,35,40 lat miłość w końcu nas odnajdzie sama, a my pod żadnym pozorem nie powinniśmy jej szukać. Jest  jak grom z jasnego nieba. Jak kochać to całym sercem i całym sobą i bez jakiegokolwiek planu.


20 listopada 2014

Mamo, tato, będziecie dziadkami!


Niedziela. Dzień Matki. Szykuje się rodzinny obiad u rodziców Pani Poślubionej. Tym razem nie będzie to byle jaki obiad. Kupujemy kwiaty i wino. Jedziemy podekscytowani, szczęśliwi i ciekawi reakcji. Nagle Pan Poślubiony zwraca się do mnie: "Ale ja im to powiem dobrze? Pozwól mi...proszzzę..." "Dobra miej tą przyjemność! Ty mówisz.". Na tą chwilę czekałam, cieszę się, ale jednocześnie jestem pełna obaw, a może jednak się nie ucieszą? Może to jednak za wcześnie? Przecież są młodzi i daleko im jeszcze do statusu babci i dziadka pod względem lat. Ale przecież tak bardzo chcieli mieć wnuka, a moja siostra ciągle dopytywała: "Kiedy?Kiedy wreszcie?"

Wchodzimy do mojego rodzinnego domu. Śmieję się jak głupia, ale moja mama nic nie zauważa.  Jak zwykle krząta się po kuchni i miesza w garnkach. Tata chodzi po salonie i przygotowuje stół. Witamy się, wręczamy mamie kwiaty i wino "Wszystkiego najlepszego z okazji dnia Matki!" i jakby gdyby nigdy nic pomagamy w przygotowaniach obiadu. Jak gdyby nigdy nic, a mi chce się krzyczeć! Mamo! Tato! Kocham Was! Muszę coś Wam powiedzieć! To nie koniec prezentów z okazji Dnia Matki! To nie koniec niespodzianek.

Siadamy do stołu. Ja, mój mąż, rodzice i siostra. Pałaszujemy jak zwykle przepyszne dania przygotowane przez mamę, rozmawiamy, jak gdyby nigdy nic. Wiercę się i kręcę jakbym miała owsiki. Z jednego pośladka na drugi. Uśmiecham się...nie, chce mi się śmiać i płakać, jednocześnie. Dlaczego on nic im nie mówi? Przecież nie zapomniał! Zjedliśmy obiad. Talerze puste, a on dalej nic im nie powiedział. Nastała cisza. Przerwa w rozmowie, idealny moment. Zerkam na Pana Poślubionego. Zdenerwowany. Czuję każdy centymetr jego emocji. Udziela mi się. Nagle słyszę: "No...a tak w ogóle...za rok dojdą Wam jeszcze dwa kolejne święta do obchodzenia. A mianowicie Dzień Babci i Dzień Dziadka." 

Patrzę na moją mamę, szok. Tata jak gdyby nigdy nic dalej pałaszuje obiad. Moja siostra patrzy się jakbyśmy mówili w języku majów. Nagle widelec wypada mojej mamie z ręki "Naprawdę???? JESTEŚ W CIĄŻY????" Wstaje ze łzami w oczach! Nagle budzi się mój tata..."To Ty jesteś w ciąży? Naprawdę?! GRATULACJE!" Wstają, płaczą, ściskają nas. Moja siostra nie wierzy "Takkk....pewnie sobie z nas żartujecie!" "Nie Kasiu naprawdę jestem w ciąży!" "Naprawdę!!!!! ALE SUPER!" Stoimy na środku salonu popłakani ze szczęścia. Moi rodzice, siostra nas ściskają. Jestem szczęśliwa. Najszczęśliwsza na świecie. 

Mamo, teraz to ja będę mamą. Tato, będziesz dziadkiem, czy to nie dziwne? Niesamowite! Jeszcze wczoraj bawiłeś się ze mną klockami lego. Zaczyna się kolejny, nowy rozdział w moim i waszym życiu. Oby ten kolejny etap był tak samo piękny jak wszystkie poprzednie. Po raz tysięczny dziękuję Bogu za szczęście jakim mnie otacza i jak tu nie wierzyć, że Bóg nie istnieje? Każda chwila w naszym życiu jest cudem.


8 listopada 2014

Uwielbiam być w ciąży


Uwielbiam być w ciąży. Chyba mam ogromne szczęście, albo jestem bardzo głupia, bo przecież ciąża to nie tylko głaskanie po brzuszku i urocze kopniaki. Szczerze powiem, że pierwsze miesiące wcale nie były usłane różami, wymioty mnie nie ominęły, co uniemożliwiało mi funkcjonowanie. Drugi trymestr również miał swoje minusy i plusy. Mogłabym pisać o bólach kręgosłupa, bólach brzucha, zgadze itp. ale to chyba nie o to chodzi. Nie lubię się nad sobą użalać. Zawsze jak miałam brać zwolnienie od lekarza czy zwalniałam się w szkole z lekcji, bo naprawdę było źle,  czułam wyrzuty sumienia, no bo może przesadzam i jednak dam radę?

Powinnam być twarda. Moje myślenie uległo zmianie w ciąży, bo wiedziałam, że tym  razem nie chodzi tylko o mnie, ale przede wszystkim o maleństwo, które we mnie rośnie. Długo nie mogłam się oswoić z myślą, że nie za bardzo mogę teraz dźwigać i najlepiej żebym się oszczędzała. Nie pomagały mi też moje huśtawki nastrojów, które odbiły się nie tylko na Panu Poślubionym, mojej rodzinie, ale również na relacji ze znajomymi. 

Ciężarne są trudne. Z jednej strony chcemy być traktowane wyjątkowo, ale też chcemy być postrzegane jak te same dziewczyny co przed ciążą. Oszaleć można. Z jednej strony oczekujemy, że każdy, ale to każdy powinien przepuścić nas w kolejce nawet wtedy, gdy jeszcze nie widać nic po nas, a same nie poprosimy o przepuszczenie nas jako pierwszych, bo głupio. Z kolejkami w sklepie to temat na osobny post, ale widziałam, ze wiele blogerek na ten temat pisało i z wieloma mogłabym się zgodzić, ale konkluzję na ten temat mam jedną: Drodzy nieciężarni czytelnicy, przepuszczajcie ciężarne w kolejkach, nawet jak macie tylko jeden produkt i nawet jak jesteście jedyni w tej kolejce. 

Teraz wiem, że ciężarną jest w stanie zrozumieć tylko i wyłącznie druga ciężarna bądź świeżo upieczona mama. Choć i z tym różnie bywa, bo każda z nas inaczej przechodzi ten stan, gdzie jedna mogłaby góry przenosić to druga najchętniej zapadłaby w sen zimowy z miską koło głowy na wszelki wypadek...

Nie zmienia to faktu, że mimo wszystkich bolączek, po prostu uwielbiam być w ciąży. Uwielbiam i kocham mojego małego dzidziusia. Każdy ruch jest dla mnie najwspanialszy, nawet jak przez te wyginanie czy kopniaki boli mnie wątroba czy żebra! Swoją drogą jeszcze przed ciążą, wydawało mi się, ze w sumie co to takiego? Brzuch urośnie i dalej będę szaleć. Okazało się zupełnie inaczej, że oprócz brzucha rosną piersi, uda, pośladki, łydki, a rozstępy tylko czekają na Twoją chwilę nieuwagi, żeby pojawić się w najmniej oczekiwanym momencie. 

Tak mam 12 kg na plusie, a do końca ciąży jeszcze ponad 2 miesiące. Tak, pojawiły się pierwsze rozstępy. Tak, mogłabym siedzieć i płakać czy użalać się nad sobą, bo przecież moje piękne ciało...ale gdy tak sobie siedzę i myślę, to każda kobieta w ciąży powinna być wdzięczna , bo co to jest rozstęp czy dodatkowe kg wobec tego, że rośnie w nas nowe życie?

Poza tym ciąża ma też fajny aspekt, a mianowicie syndrom wicia gniazda. To wtedy najczęściej remontujemy, malujemy, przemeblowujemy. To wtedy możemy kompletować wyprawkę i sprawia nam niesamowitą frajdę kupowanie tych wszystkich maleńkich bucików czy sweterków. Uwielbiam przeglądać strony z akcesoriami dla maluchów, choć szczerze staram się, aż tak nie szaleć. 

Czemu piszę akurat o tym? Ponieważ będąc na początku ciąży ciągle słyszałam i czytałam, że teraz to będę rzygać dalej niż widzę, że będę na pewno makabrycznie się czuć, że napuchnę, że w ogóle dramat. No i co że dramat, co z tego, że czasami najchętniej nie wychodziłabym z łóżka czy kibla, skoro zaraz dostaję kopa "Mamo! Przestań się nad sobą użalać, ja tu jestem i rosnę!" Dlatego dla wszystkich mam, które nie znoszą najlepiej ciąży: cieszcie się mimo wszystko, bo Bóg obdarzył Was największym darem jaki mógł Wam zesłać: Nowym życiem.

P.s. Widzę, że post Pana Poślubionego wywołał planowaną burzę, a mnie zastanawia jedno...czemu każde słowo na naszym blogu traktujecie jak świętość, pewniak. Większość z Was odbiera to co piszemy bardzo personalnie, a przecież nie piszemy konkretnie o TOBIE, a o tym co widzimy. 

P.s.2 Kochamy wszystkich naszych zmarłych bliskich, ale to chyba nasza prywatna sfera, dlatego w konwersację, pod postem o dniu zmarłych nawet się nie mieszamy. Niech każdy interpretuje nasze słowa jak chce, w końcu mamy wolność słowa, przekonań? 

P.s.3 W planach mamy napisać Wam relację o tym jak powiadomiliśmy bliskich o ciąży i coś na temat szkoły rodzenia. Są jakieś zainteresowane mamy?

3 listopada 2014

Wszystkich Świętych

Źródło: catharsisofthebogue.com
Na fali cmentarnych wojaży postanowiłem wylać trochę z siebie, tego co ja sądzę o dniu Wszystkich Świętych i związanych z tym obrządkami. Podejrzewam, że to co napisze poniżej wywoła sporo emocji w Was, ale dokładnie o to mi chodzi.

Święto żywych

Święto zmarłych jest dla żywych i należny sobie to jasno powiedzieć już teraz! Zwłokom, bo tak należy nazywać resztki ciał naszych bliskich zalegające poniżej naszych stóp, jest wszystko jedno czy ich grób jest czysty czy obsrany przez ptaki. Zmarłym nie byłoby, ani nie będzie, miło jeśli posprzątamy płytę, robimy to tylko dla siebie lub innych. Bo sąsiadka patrzy, mama nas poprosi albo sami odczuwamy wewnętrzną potrzebę itp. Wszytko to robimy ze względu lub dla osób żyjących, martwym wszystko jedno.

Grób to nie szachownica albo kredens

Chyba każdy z nas zna te rodzinne roszady nad grobem, gdy ciotki jedna przez drugą, tudzież babcie przestawiają znicze, kwiatki, wieńce i inne bibeloty z miejsca na miejsce wg. swego uznania. W tym roku skojarzyło mi się to z szachownicą, może warto płytę nagrobka podzielić na ten kształt. Już słyszę te głosy: doniczka żółtych chryzantem na D5, czerwony znicz na B3! Może dałoby się jakąś partyjkę rozegrać. W sumie ruletka też nie byłaby najgorsza. Podobno Cyganie jedzą, piją i śpiewają nad grobem.

Nieśmiertelne TOP - TRENDY

Jak usłyszeliśmy z Panią Poślubioną w radio, w tym roku passe są znicze z popękanego szkła, natomiast dużym zainteresowaniem ze strony klientów cieszą się znicze mieniące się w słońcu w kolorach tęczy. Dla mnie niezmiennie nieładne są sztuczne kwiaty, uważamy z Panią Poślubioną, iż lepiej kupić żywe na tydzień aniżeli sztuczne na pół roku. Wiązanka ze sztucznych kwiatów kosztuje około 100 zł. - spokojnie starczyłoby na 10 dużych kwiatów doniczkowych. Nie mniej rozumiem, te sztuczne są znacznie bardziej praktyczne. Według mnie zdecydowanym Top jest duży otwarty znicz z trzema knotami po wypaleniu którego otrzymujesz fajną miskę na sałatkę.

Rewia mody

Spędzaliśmy z Panią Poślubioną Dzień Wszystkich Świętych w małej miejscowości, gdzie udaliśmy się również na cmentarz. Spodziewałem się raczej skromnych, zwykłych ludzi, ale to co zobaczyłem przerosło moje wyobrażenia. Poniektóre kobiety powyciągały kreacje z sylwestra, przywdziały ostre makijaże i misternie ułożone włosy. Po co to wszystko? To nie są czyjeś urodziny, ani pokaz mody! 

Trwaj festynie

W coraz większej ilości miast przed cmentarzami ustawiają się stoiska ze słodyczami, zabawkami, rok temu nawet gofry sprzedawali. Czekać tylko, aż przyjedzie cyrk albo wesołe miasteczko i rozłoży się u bram cmentarza. Konsumpcjonizm na masową skalę. Największą uciechę sprawiamy cmentarnym handlarzom, którzy windują w nieskończoność ceny badziewnych kolorowych szkiełek. Ale cóż jest popyt to i podaż się znalazła. Zaskakujące jest to, jak można jechać przez cała Polskę, aby zapalić tylko świeczkę. 

Szkoda pieniędzy i środowiska

Wielu z Was może mnie ostro skrytykować za tak skrajne poglądy, ale wydaje mi się, że każdy powinien dbać o groby swoich zmarłych według własnego uznania i nie wpajać innym fałszywego obrazu wielkiego zainteresowania przez jeden dzień w roku. Chrzestna Pani Poślubione już teraz wyraźnie zaznaczyła, że nie życzy sobie żadnych wizytacji na swoim grobie w dzień Wszystkich Świętych i tej wariacji dookoła, bo to bez sensu - ludzie fiksują. Jeżeli ktoś potrzebuje specjalnego dnia w roku, aby wspomnieć o bliskim -zmarłym to może lepiej, aby w ogóle nie wspominał. Ludzie na siłę wleką swe pomarszczone dupska na cmentarze pomimo, że nie mogą chwycić oddechu. Wszystko tylko po to aby za 30 min odebrała ich karetka pogotowia (dwie osoby zasłabły przy grobach na cmentarzu, gdzie my byliśmy).

Jedynym pozytywnym aspektem jest fakt spotkania się z najbliższymi ŻYJĄCYMI. Tylko po to widzę sens przejechania połowy kraju, natomiast wszystko w około traktuję raczej jako dodatek.Oczywiście znalazłbym ze sto lepszych okazji i okoliczności do spotkania z rodziną, ale każdy powód jest dobry. 

27 października 2014

Dziecięce fanaberie

Nie jestem dobra w chwaleniu się tym co kupiłam. Dlatego na blogu bardzo mało jest postów, gdzie pokazujemy Wam nasze szaleństwo zakupowe, a praktycznie takich postów nie ma. Pomału będziemy to zmieniać, bo czasem jest się czym pochwalić, a szczególnie teraz, gdy u mnie syndrom wicia gniazda osiąga własnie apogeum. Wyprawka dla bobasa to jak się okazuje multum rzeczy. 

Ubranka, łóżeczko, wanienka, kosmetyki, wózek to tylko podstawowe must have. Poza tym jak każda mama lubię poszaleć i czasem kupić coś, co niekoniecznie jest niezbędne, ale jest tak śliczne, że nie da się powstrzymać. Dużo rzeczy, które będę pokazywać dostałam, ale jest też kilka stokrotek, które sama kupiłam. Jak wiecie do porodu nie chcemy znać płci maleństwa, dlatego staram się wybierać rzeczy jak najbardziej neutralne. Są tu jakieś mamuśki??? No to zaczynamy. Zakupowe fanaberie: czas start!

Jednym z wymarzonych gadżetów jaki chciałam mieć dla bobasa to oczywiście kocyk i poduszeczka firmy la millou
Pięknie wykonane i mięciutkie już się nie mogę doczekać kiedy utulę w nim maleństwo!
Kolejnym gadżetem są oczywiście BUTY!!! Zupełnie nie potrzebne bobasowi, który nie chodzi,
ale tak słodko wyglądają! Znalezione w TK Maxx
Te trampki dzidziuś dostał od mojej siostry, a swojej cioci :) też śliczne :) Kupione chyba w PRIMARK
Żyrafka Sophie to kultowa zabawka, którą większość mam blogerek posiada, a która mi również bardzo bardzo się spodobała!
Skusiłam się również na bambusowy otulacz firmy la millou tak jak kocyki, mimo,
że maluch urodzi się zimą to i tak myślę, że taki gadżet przyda się zarówno zimą jak i przede wszystkim później latem.
Tak te buciki niektórzy z Was na naszym facebookowym profilu  mieli już okazję zobaczyć.
Kupiłam je w H&M i od razu się zakochałam :)
Kolejny, ale tym razem cieplutki otulacz :) idealny na zimę do łóżeczka, zamiast kołderki, która podobno jest niebezpieczna.
Poza tym maluchy podobno uwielbiają być ciasno otulane. To cudo również znalazłam w TK Maxx.
Kolejny prezent od mojej siostry :) Kochany przytulaśny króliczek z C&A pierwszy pluszowy przyjaciel naszego dzidziusia.
Więcej pluszaków nie planujemy. :)
Zestaw z PRIMARKa :) Tym razem od innej cioci. Chustka, czapeczka i butki. Przesłodkie :D
Prezent od babci. Piękna cieplutka czapeczka na zimę. Idealnie będzie pasować do naszego zimowego śpiworka z H&M.
Pewnie wielu mamom znany. My wybraliśmy granatowy śpiworek z obecnej kolekcji :)
Ubranka również potrafią być niesamowite. Dlatego ja skusiłam się na ten komplecik z H&M.
Na wyprzedaży w TESCO udało mi się zdobyć już kilka perełek, Jedną z nich jest ten uroczy komplecik :) 
Bardzo przydatnym gadżetem według mnie są chustko śliniaki. Wiadomo maluchowi bardzo dużo się ulewa i my żeby uniknąć ciągłego przebierania mamy zamiar ubierać mu takie oto trójkątne chusty.
Czy to się uda. Okaże się w praniu. Te powyżej również dostaliśmy. Firma PRIMARK.
Na koniec prezent od cioci i wujka znad morza ;) Mata edukacyjna. Ten biały tygrysek na pudełku pięknie gra i dlatego obecnie czasem przykładam go do brzuszka, żeby maluszek oswoił się z jego muzyką. Wydaje bardzo przyjemne dźwięki. Jest na nim kilka piosenek i nagrane odgłosy lasu. Myślę, że taka mata nam się przyda. Ta zakupiona była prawdopodobnie w SMYKU.

To na tyle, Ciekawa jestem jak wy szalejecie i co też mają Wasze maleństwa w wyprawce. Na jakie fanaberie wy się skusiłyście?? Może jesteście w stanie polecić mi jakiś fajny sklep internetowy, albo jeszcze lepiej może znacie gadżety o których ja nie miałam pojęcia, a które również są bardzo przydatne? Z tych bardzo przydatnych dostaliśmy jeszcze chustę do noszenia i mam zamiar nosić maleństwo jak najwięcej. Poza tym mam mnóstwo innych rzeczy, ale chyba nie starczyłoby nam strony, bo można by pisać i pisać.

Ps. Wybaczcie jakość zdjęć. Niestety były robione już pod wieczór, a że nie mam cudownego pohotoshopa to musicie jak na razie ścierpieć jakość zgranych na surowo z aparatu fotek, Będziemy z czasem nad tym pracować :)

22 października 2014

Puść bąka, a powiem Ci kim jesteś.

Źródło: http://kortan.hu/images/wc-douche-sticker-3.jpg

PANI POŚLUBIONA

Pan Poślubiony długo namawiał mnie na napisanie tego posta. Nie byłam pewna, bo po co o tym pisać? W naszej kulturze istnieje wiele tematów tabu. Seks? Coraz mniejsze tabu, bo atakuje nas na bilbordach, w telewizji, radiu, dosłownie wszędzie, ale jak jest z tematem naszej fizjologii? Przecież każdy z nas pierdzi, beka, kicha, załatwia swoje potrzeby.  Każdy, ale nie każdy umie, chce, potrafi o tym mówić.  Kto by pomyślał, że ta piękna Pani na szpilkach wychodząca z wc w biurze, przed chwilą walnęła siarczystego bąka? Nikt.

Pamiętam doskonale te czasy kiedy spotykaliśmy się z Panem Poślubionym, jako chłopak i dziewczyna, i kiedy to każde z nas musiało być idealne. Pamiętam jak zastanawiałam się co ubiorę, jak się pomaluję czy jak będę pachnieć. Jak każda kobieta uwielbiam o siebie dbać, ale jak każdy człowiek korzystam z toalety i nie zawsze rano wyglądam pięknie (no dobra, powinnam raczej napisać, zawsze rano wyglądam jak strach na wróble, który właśnie wrócił z bagien..i tak, chodzi mi o tą cudowną poranną woń z ust).

Wspólne mieszkanie razem łamie pewne granice, które niegdyś w związku były granicami nieprzekraczalnymi, a które po kilku latach bycia razem stają się codziennością. Powiedzcie mi szczerze? Pierdzicie przy sobie? Pewnie większość z Was powie tak, niektórzy nie napiszą tego, nie przyznają się, bo to przecież wstyd. Niektórzy napiszą, o fuj, jesteście obrzydliwi, jak można, trzeba szanować drugą osobę i starać się zachować jakieś resztki godności, dobrego wychowania, człowieczeństwa. 

Uważam, że jestem dobrze wychowana. Nie bekam przy stole, nie pierdzę wśród ludzi (przynajmniej nie specjalnie), ogółem staram się być dystyngowaną damą. Co innego jak człowiek zostaje sam ze sobą. Wtedy jakoś nie mamy z tym problemu i nie lecimy na każde pierdnięcie czy beknięcie do toalety. Podobnie jest w małżeństwie. Przy Panu Poślubionym czuję się prawie tak jakbym była sama, jest on moją drugą połówką, czyli razem tworzymy całość. Nie widzę nic złego w tym, że czasem coś się wymknie, specjalnie czy nie to już inna sprawa, a czasem bycie po prostu taką świnią jest dla nas niezłym powodem do śmiechu. 

Nie wstydzę się swojej fizjologii, bo mój mąż to jedna z nielicznych osób, poza lekarzami, którzy widzą mnie nago, taką jak mnie Bóg stworzył, to jedyna osoba, której jestem w stanie powiedzieć bez krępacji, że dziś miałam rozwolnienie i nie mówię tego w skromny skryty sposób, a po prostu gadamy o tym tak samo jak o tym jak minął nam dzień. Nie wiem z czego to wynika, ale cieszy mnie, że pewne granice są zacierane. 

Nie widzę problemu, żeby Pan Poślubiony się przy mnie załatwił, ale mam jedną pewną zasadę, której jeszcze się trzymam. Pan Poślubiony nigdy nie wychodzi do ubikacji kiedy to ja załatwiam tą grubszą sprawę. Wszystko to za sprawą pewnej komedii romantycznej, którą kiedyś miałam okazję oglądać. Ogółem puenta danej sceny była taka, że po wejściu fantastycznej laski do toalety, gdzie w łóżku czekał na nią napalony kochanek, on natychmiast traci jakąkolwiek ochotę, gdy widzi i słyszy jak jego sex bomba ładuje, bo inaczej się tego nazwać nie da. 

Myślę, że w związku potrzebne jest łamanie pewnych granic i przez to docieranie się. Trzeba pamiętać jednak o tym, żeby nie żyć razem jak świnie w oborze i czasem jednak zdarza się, że i ja i Pan Poślubiony nawzajem się upominamy. Dzięki Bogu.



PAN POŚLUBIONY

Pamiętam jak spotykałem się z Panią Poślubioną jako nastolatek, zawsze.perfekcyjnie czyste buty, wyprasowane spodnie i ew. koszula, włosy na żelu i guma w gębie, gdyby miało mi z niej nieświeżo pachnieć. Teraz średnio dwa razy w tygodniu słyszę: "mów w drugą stronę albo idź umyj zęby".

No cóż wszystko się z czasem zmienia. Nie tylko fakt żucia gumy, a pewnej tolerancji i szczerości jaką siebie darzymy. Bynajmniej nie twierdzę tutaj, że stałem się niechlujem albo brudasem, ale fakt w jaki sposób przesuwają się pewne kanony zachowań związku. Niezmiennie śmieszy mnie jak w filmie para kochanków namiętnie całuje się po przebudzeniu. Nie wiem czy tylko jak tak mam, ale po rano bym nawet psa nie pocałował z obawy, że mógłby zdechnąć. Magia kina.

Pamiętam jak parę lat wstecz podczas wspólnego posiłku starałem się jeść tempem Pani Poślubionej, udusiłem się przy tym niemalże własną śliną, ale dawałem radę, a teraz jem po swojemu jak skończę pierwszy to skończę i tyle. Jak jesteśmy strasznie głodni to potrafimy jeszcze na stojąco podjadać coś z lodówki póki nie zaspokoimy pierwszego głodu. Pani Poślubiona potrafi być straszną heterą, gdy jest głodna, nagle wychodzi z niej "mały wkurw" i złości ja wszystko naokoło dopóki się nie naje. 

Jeszcze kilka lat temu nie odważyłbym się podrapać w nosie albo w uchu (tak nie bądź zdziwiony drogi Czytelniku, nie tylko tobie zdarza się grzebać w nosie stojąc na światłach w samochodzie), a dzisiaj niemalże nie zauważam tego, że beknę po cichu. 

Podobnie jest ze zwykłymi czynnościami fizjologicznymi (wiecie chyba o czym mówię), nie do pomyślenia było dla mnie, że mógłbym załatwić się w obecności Pani Poślubionej. Dziś stało się to niemalże rytuałem. Pani Poślubiona w łazience = Pan Poślubiony na tronie. A ostatnio nasza rozmowa zeszła na temat kto jaki ma stolec - 9 lat związku swoje robi. 

Dla niektórych z Was może być to obrzydliwe, ale przyznajcie się przed samymi sobą, komu z Was nie zdarzyło się puścić baka w obecności ukochanej osoby? (tak po cichu) Ja niejednokrotnie wychodziłem od Pani Poślubione niemalże ze skrętem kiszek, a teraz nikt na to już nie zwraca uwagi. Kiedyś obiecywałem sobie, że u mnie w domu będzie inaczej, jasne! Niezapomnianym doznaniem jest, gdy czasami Pani Poślubiona, ot tak dla żartu postanowi na mnie kichnąć  brrr..... .

Tak to już jest, że z czasem coraz mniej rzeczy nas krępuje, aż się boję przyszłości! 

16 października 2014

Jak wychować małego człowieka?



Gdy kupujemy auto, to czytamy opinie na jego temat, recenzje, oceny i generalnie przygotowujemy się na chwilę zakupu, by dobrze wybrać. Jak przeprowadzamy remont mieszkania to szukamy inspiracji w katalogach czy internecie. Nawet gdy szukamy kosmetyków to czytamy opinie innych użytkowników tudzież gapimy się godzinami na youtube jak panienka z Anglii demonstruje kolejne kosmetyki (Pani Poślubiona). Swoją drogą to gdzie one to wszystko trzymają, a co ważniejsze w co wsmarowują te tony smarowideł? Ale nie o tym miałem...

Wszystko w porządku, jeśli kupisz wadliwe auto to je sprzedasz, ściany przemalujesz, a krem dasz mamie lub TEŚCIOWEJ.

Co zrobisz kiedy spieprzysz dziecko? Tzn. co robić albo czego nie robić, aby wychować pełno wartościowego człowieka, a nie kosmitę? Gdzie znaleźć rzetelne informacje na temat jak dobrze wychować dziecko? Kto może się na ten temat wypowiedzieć? 

Co psycholog, pedagog czy też rodzić to inna opinia i filozofia wychowania. Jedni krzyczą inni pozwalają uwolnić emocje dziecku, jeszcze inni sadzają na karnych jeżykach, karcą, grożą. Przecież każde dziecko jest inne, to co działa na jedno może mieć destruktywny wpływ na drugie. Nie ma tu prostej instrukcji obsługi "jeśli płacze altem to tylko ściemnia i szuka twojej uwagi -olej i dalej w spokoju przeglądaj demoty", albo "teraz uważaj, jeśli zapali się lampka check engine koniecznie skontaktuj się z lekarzem".
 
To jakaś paranoja! O tyle o ile samej obsługi się nie obawiam, aż tak bardzo, to kształtowania małej osobowości już owszem. Kilka naszych niepoprawnych zachowań widzianych oczami dziecka może na zawsze zmienić jego postrzeganie na poszczególne emocje, sytuacje. 

Doskonale wiem, że nie jestem ideałem, do przeciętniaka mi nawet sporo brakuje, nie chciałbym kiedyś żałować, że byłem zbyt pobłażliwy lub stanowczy w pewnych sprawach. 

Gdzie więc znaleźć ten złoty środek?

Jeśli mógłbym wybrać z katalogu charakter naszego dziecka to życzyłbym sobie, aby był idealną mieszaniną cech moich i Pani Poślubionej. Wrażliwość, odwagę, kreatywność i umiejętność analizy ludzkich emocji odziedziczyło by po mamie, a po mnie upór, pracowitość, zaradność życiową  i umiejętność logicznego myślenia. Normalnie człowiek idealny!

Niestety prócz tych cech, wyssa również z mlekiem matki choleryzm, egoizm, bałaganiarstwo, chamstwo, dezorganizację, materializm (4 ostatnie to moje).


Jaki będzie nasz dzidziuś? -nie wiem. Ale na jakiego człowieka by nie wyrósł jestem pewien, że będę go kochał nie za coś, a pomimo czegoś. Ponad wszystko. 

13 października 2014

Nie jestem (dobrym) blogerem


Zakładając bloga wiedzieliśmy, chyba oboje, że wiąże się on z pewnego rodzaju odpowiedzialnością, To od nas zależy co na nim będzie, jak często będziemy pisać i czy zaniedbamy czytelników. Przyznajemy się bez bicia. Zaniedbujemy. Blog i co się z nim wiąże to i Was drodzy czytelnicy. Nie ma usprawiedliwienia. Ostatnio notki to u nas rzadkość, a chęci i natchnienie na ich napisanie na prawdę trudno dla nas znaleźć. Głównie kuleje Pan Poślubiony i niby można by brak jego obecności tłumaczyć brakiem czasu, bo: szkoła, praca, remont, ciąża. Ciąża Pani Poślubionej. Ona sama nie pisze, bo w sumie poza tematem ciąży i wicia rodzinnego gniazdka nie ma ochoty na nic.

Pisanie bloga nie jest wcale łatwe. Można napisać tzw. notkę z dupy, zapychajkę, taką jak ta. Potem czekać na natchnienie i walnąć pięć super postów, ale to nie takie proste. Dla nas kolejnym utrudnieniem jest to, że piszemy razem, a razem nie zawsze jest się tak łatwo zgrać. Choć mawiają co dwie głowy to nie jedna i że od nadmiaru głowa nie boli, a nasza właśnie powinna boleć i pękać od chmary pomysłów. Blog wymaga więc od nas systematyczności, świeżych fajnych pomysłów i nie walenia na okrągło błędów ortograficznych, a jak wiecie z tym wszystkim u nas słabo. Dlatego bez bicia przyznajemy się : Nie jesteśmy dobrymi blogerami, ba mało tego z nas żadni blogerzy, ot takie zwyczajne młode małżeństwo, które od czasu do czasu coś tu naskrobie. Ale dosyć mamlenia.

Co u nas? Pamiętacie może nasz salon? Sofa, ława i dwie komody na krzyż. Pomału to zmieniamy. Jak to stwierdził Pan Poślubiony: "Koniec studenckiego życia i imprez na podłodze przy ławie, kupujemy stół" No to kupujemy. Pomalowaliśmy salon, znowu na biało, zamontowaliśmy karnisz i nowe półki, a już niedługo wybieramy się do popularnego sklepu szwedzkiego po nowy piękny stół na 6 osób. Potem kupimy kanapę, w sypialni ustawimy łóżeczko, powiesimy lustro, zrobimy półki w łazience i można rodzić. 

A propos rodzenia: Zaczęliśmy też szkołę rodzenia, Dwa pierwsze zajęcia za nami, ale na to to chyba inna notka. Pomału mamy w planach porządnie odkurzyć bloga i stworzyć kilka fajnych postów! Trzeba się w końcu porządnie zabrać i wynagrodzić Wam te długie przerwy naszej nieobecności. Jest tyle tematów do poruszenia, a wszystkie gdzieś leżą zakurzone w szufladzie. Rodzina, związki, może w końcu zrecenzujemy kolejną fajną knajpkę w naszym mieście? Może naskrobiemy coś o naszych ciążowych przygodach??? Może wrócimy do umieszczania notek co 3 dni? Koniecznie. Przecież jesteśmy tu z Wami już...zaraz zaraz ile? Ponad ROK! Przez rok i 9 miesięcy zdążyliśmy: Podzielić się z Wami naszymi przygotowaniami do ślubu, opisać ten wspaniały dzień, pochwalić się rozterkami życia codziennego, przeżyć wspólnie naszą podróż poślubną do Kenii, podzielić się nowiną o nowym członku rodziny, było tego mnóstwo :)

Jak to mówią: Stay tuned! Do zobaczenia i przeczytania niedługo!

30 września 2014

Po co właściwie Wam ten ślub?


Będąc Narzeczeństwem wiele razy spotykaliśmy się z pytaniem, czasem wręcz pogardliwym oburzeniem: "A po co właściwie Wam ten ślub?" "Ja nie biorę ślubu, na co mi ten papierek." Każdy etap życia ma swoich zwolenników i przeciwników i tak jak niektórzy nie wyobrażają sobie wspólnego życia bez ślubu, tak inni nie wyobrażają sobie żyć razem będąc małżeństwem. Za każdym razem, gdy ktoś zadawał mi to pytanie "Po co właściwie Wam ten ślub?" zastanawiałam się co też właściwie mam odpowiedzieć. 

Dla mnie to, że kiedyś wezmę ślub było od dziecka sprawą oczywistą. Już jako 13 latka marzyłam o prawdziwej miłości. Marzyłam o tym, aby ta pierwsza miłość była tą ostatnią i nie chciałam mieć nigdy kilku chłopaków, tylko tego jedynego wręcz księcia z bajki. Pamiętam nawet sytuację, gdy pewien kolega, a byłam wtedy jeszcze w podstawówce, spytał mnie czy nie mogłabym być jego dziewczyną. Choć bardzo go lubiłam, wiedziałam, że nie mogłabym, bo czułam, że to nie ten i nie tak to ma wszystko wyglądać. Po prostu to wiedziałam, a miałam zaledwie 12 lat. 

Czekałam więc na tą prawdziwą miłość, ba ja nawet modliłam się do Boga, żeby spełnił moje marzenie i żebym nigdy nie musiała płakać przez chłopaka tylko albo aż dlatego, że się rozstaliśmy. W wieku 15 lat poznałam Pana Poślubionego, wtedy jeszcze kolegę, a w wieku 16 lat byliśmy już parą. Czy od początku wiedziałam, że to ten jedyny, zesłany mi przez Boga? Nie byłam pewna, ale czułam, że jesteśmy w pewnym sensie sobie przeznaczeni i tak musi być i dobrze robię godząc się na to abyśmy "chodzili razem", a przecież byliśmy wtedy zaledwie smarkaczami z pryszczami na czole.

Wiadomo, nie zawsze było różowo, ale jak już wiecie dorastaliśmy razem i nasze charaktery kształtowały się również pod wpływem i przede wszystkim DLA drugiej osoby. Zauważyłam też, że nigdy w naszym związku żadne z nas nie wykazywało się za dużym egoizmem i zawsze staraliśmy się szanować zdanie drugiej połowy. Na czym to polegało i o czym właściwie piszę??? 

Najprostszy przykład: Gdybym powiedziała teraz lub kiedyś Panu Poślubionemu, że bardzo, ale to bardzo chciałabym tatuaż, a on powiedziałby "Oooo nieee nie  podobaa mi się to, przecież tatuaże są u kobiet aseksualne" ja nie stanęłabym okoniem i nie powiedziała: "Zrobię go i już i nic Ci do tego, to moje ciało!!!" Nie,,,myślę, że porozmawialibyśmy o tym, a ja zastanawiałabym się czy faktycznie ten tatuaż to dobry pomysł i może niekoniecznie będzie mi pasował, może Pan Poślubiony zaproponowałby, że tatuaż ok, ale na początek coś małego dyskretnego i zobaczymy co dalej. Po prostu wiem, że byśmy się dogadali. 


Wracając jednak do meritum "A po co właściwie nam ten ślub?" Odpowiedz jest dla mnie równie oczywista. Ślub jest przede wszystkim  dla nas i to co przeżyliśmy tamtego dnia 13 lipca 2013 roku, jest tylko i wyłącznie w naszych sercach. Tak, nie chodzi tu o papierek, ale o piękną deklarację przed samym sobą, a przede wszystkim przed Bogiem. TAK kocham Cię i będę kochać do końca moich dni, chcę być Ci wierna i nie opuszczę Cię nigdy i przyrzeknę to przed Tobą, dla Ciebie, dla siebie, przed wszystkimi bliskimi w Kościele, a przede wszystkim przed Bogiem i dziękuję mu, że nam pobłogosławi i zaakceptuje nasz związek. 

Ślub jest potrzebny i w życiu nie uwierzę, że para bez ślubu będzie psychicznie tak samo związana jak para będąca małżeństwem, jak ludzie którzy przyrzekli sobie przed Bogiem i samymi sobą, że wytrwają i zrobią wszystko by ich miłość była wieczna. Para bez ślubu z łatwością może walnąć wszystkim o ziemię, powiedzieć, nie chcesz to nie, ja odchodzę, a ja wiedząc że przyrzekałam Panu Poślubionemu, wiem, ze zawsze będę walczyć o nas, że rozwód dla mnie nie istnieje, bo właśnie po to brałam ślub, żeby wiedzieć, że rozwód nie będzie mi potrzebny. 

Małżeństwo jest po to, aby uczyć nas tego, że choćby najgorszy kryzys w związku powinniśmy pokonać razem i z pewnością kryzys nawet najgorszy można pokonać nie będąc mężem i żoną, ale czy nie cudownie jest właśnie nazwać swojego ukochanego mężem. Mąż w ustach kobiety to powinien być najpiękniejszy komplement dla mężczyzny i podobnie słowo żona w ustach mężczyzny. Nie bez powodu też po internecie krążył pewien obrazek na którym para staruszków trzyma się za ręce, a pod spodem widnieje napis: Spytano parę staruszków, jak wytrzymali ze sobą 50 lat. Odpowiedzieli: "Bo widzi Pan, urodziliśmy się w czasach, kiedy jak coś się popsuło, to się naprawiało, a nie wyrzucało do kosza."

W dzisiejszych czasach przyszła do nas pewna moda demonizowania i linczowania pewnych etapów naszego życia. Tak więc małżeństwo dla niektórych stało się "niepotrzebnym papierkiem", a żona tą osobą, która zawsze musi być zaniedbana i narzekająca, natomiast mąż to ten który na pewno Cię zdradzi. Podobnie jest z ciążą i dziećmi: "Ciesz się i odpoczywaj, bo później to zobaczysz" "Ciąża jest masakryczna, zobaczysz w III trymestrze jak wszystko będzie Cię boleć"

Naprawdę? Jakoś do tej pory czuję się szczęśliwa i nie ważne, że czasem coś boli lub źle się czuję. Poza tym, dlaczego ludzi dziwi, że w tym wieku zdecydowaliśmy się na dziecko, a wcześniej dziwiło, że decydujemy się już na ślub, pewnie wpadliśmy i trzeba go szybko zorganizować co? "Ale to było planowane?" Ano planowane, upragnione i nie uważam, żeby 24 lata to był młody wieku jak na dziecko. To nasza decyzja! A może żyjemy w takich czasach gdy 30 lat to odpowiedni wiek na ślub i dziecko, a potem budzimy się z ręką w nocniku...bo przecież jeszcze mam czas...


Wiecie co? Nie dla każdego jest związek małżeński, nie dla każdego i nie każdemu jest dane bycie w ciąży czy posiadanie dzieci i dzięki Bogu, ale proszę Was nie demonizujcie tych stanów, tych sytuacji, bo każdy z nas powinien być wdzięczny, ze spotkał na swojej drodze tą drugą ukochaną osobę, że został obdarzony takim cudem jakim jest stworzenie nowego życia, a to że nie zawsze jest kolorowo pozwala nam tylko docenić to, że mamy siebie i żadne nawet najgorsze słowa i ostrzeżenia innych nie są nam straszne.


PS. Dziś wszyło trochę poważnie, ale co tam ;) takie oto przemyślenia po prawie 9 latach związku, 3 latach wspólnego mieszkania i ponad roku małżeństwa.

24 września 2014

Rutyna

W nasze życie wkradła się rutyna. Nie wiem czy jej nie lubię...trochę tak, trochę nie. Tak to jest jak nic się nie dzieje, bo obecnie ja żyję tylko od badania do badania i byle do kolejnego tygodnia ciąży, a Pan Poślubiony skupia się na pracy i przede wszystkim na zamknięciu sesji. Prawie mu się udało, jeszcze tylko kilka wpisów i będzie na 3 roku. Poza tym siedzę już w domu. Nie powiem, ale lubię być kurą domową.


Lubię sprzątać, gotować i siedzieć w domu. Wyjść rano na targ, kupić świeżych warzyw i owoców, pójść do piekarni, kupić ciepłych bułek. Lubię sama organizować sobie czas i wcale się nie nudzę. Wbrew pozorom w domu jest dość rzeczy do robienia i cały dzień można mieć spokojnie zapełniony. Gdyby nie to, że brzuch coraz większy i kręgosłup już daje mi znać, że basta i trzeba chwilę poleżeć to pewnie cały dzień bym tylko w półkach układała i prała. Ot tak, po prostu to lubię.

Jedyne czego mi brakuje to towarzystwa...bo właściwie oprócz codziennego widywania Pana Poślubionego i od czasu do czasu moich rodziców wraz z siostrą, koleżanki tak jakby zapadły się pod ziemię. Nagle przestałam istnieć. Najgorsze, że nawet Panna K. nie kwapi się, żeby napisać i spytać się jak my się czujemy, ale z nią to zupełnie inna historia i na pewno nie do dzielenia się na blogu. To zachowam dla siebie.


W każdym razie znajomi znikli. Tak jak byśmy byli trędowaci, a może właściwie to ja mam teraz więcej czasu, a oni wszyscy zapracowani. Nie powiem do tej pory było tak, że to my zawsze angażowaliśmy spotkania, to u nas były domówki itp. dlatego teraz z chęcią skorzystałabym z czyjegoś rewanżu i poszła na czyjąś domówkę...przecież ciężarnym też się należy. Mimo, że stałam się kurą domową, to nie jestem kwoką, która by się jeszcze nie pobawiła. Może ktoś z Was planuje imprezkę w domu? Z chęcią z Panem Poślubionym wpadniemy ;) 

Miło jest czytać jak w komentarzach pytacie mnie jak się czuję. Właściwie z dzidziusiem wszystko w jak najlepszym porządku, a za mną różnie. Nie lubię się żalić, bądź zbytnio chwalić, dlatego uznajmy, że czuję się dobrze jak na stan, którym jest ciąża ;) Z tych ciążowych spraw jeszcze: za tydzień ruszamy ze szkołą rodzenia. Właściwie cieszę się z tego względu, że może poznam jakaś fajną ciężarówkę. Brakuje mi tego, aby wygadać się komuś kto jest na tym samym etapie co ja, bo tych co nie są nie chcę zanudzać.

Poza tym? Przyszła polska piękna złota i ciepła jesień :) i oby tak trzymała :) jest cudnie, choć ja nie mieszczę się już w kurtkę! Muszę w weekend koniecznie wyciągnąć też Pana Poślubionego na jakiś spacer, a może w końcu odwiedzimy basen??? Taaakkk dawno nie byłam, a właściwie kiedyś to była moja pasja, Zbliża się październik, potem listopad i święta. Macie jakieś plany na jesień? Wyjazdy? Przyznam szczerze, że z chęcią bym się gdzieś wyrwała. 

Jestem w 22 tc i 2d :) jak ten czas leci!!!


12 września 2014

Facet w ciąży, czyli syndrom kuwada.



PANI POŚLUBIONA

Istnieje w terminologii ciążowej takie stwierdzenie jak "syndrom kuwady". Nie miałam pojęcia przed ciążą, co to takiego ani z czym się wiąże. Otóż okazuje się, że mężczyzna jest w stanie przeżywać ciążę razem ze swoją partnerką, tzn. jeżeli ją mdli to partnera również, jeżeli ją coś boli to i jego, podobno niektórzy Panowie potrafią mieć poranne mdłości i walczyć o sedes ze swoją ukochaną. Jak było w naszym przypadku? Ja nie zauważyłam, żeby Pan Poślubiony jakoś uskarżał się, że go mdli, albo, że bolą go piersi czy kręgosłup.

Sama też do wielkich marud nie należę, więc połowę moich bóli i jęków zachowywałam dla siebie. Przyznam się szczerze, że syndrom kuwady może być całkiem ciekawy i sprawiedliwy, bo w końcu czemu tylko my kobiety mamy odczuwać te nie fajne objawy ciąży?

Co innego z tymi lepszymi aspektami. Mówię tu głównie o ruchach dziecka. Na prawdę szkoda mi Pana Poślubionego, ze nie jest w stanie poczuć tego co ja czuję. Mu natomiast szkoda mnie, że czeka mnie poród. Ale po kolei. Jeśli chodzi o ruchy, zawsze zastanawiałam się jak to jest być w ciąży i czuć w sobie to dziecko. Z dnia na dzień coraz mocniej i intensywniej przekonuję się jakie to niesamowite uczucie i nawet jeśli przerażająco mnie mdli, albo kręgosłup boli w każdej możliwej pozycji, ja się z wszystkiego cieszę, a już najbardziej z tych ruchów.

Mamy 20 tydzień ciąży i 3 dzień, a nasz malec musi być wyjątkowo silny, bo od 2 tygodni z dnia na dzień coraz mocniej daje mi popalić. Pan Poślubiony miał okazję poczuć już naszego dzidziusia 3 razy, a  ja jako ta bardziej cierpliwa, przyglądając się swojemu brzuchowi dostrzegłam kilka podskoków. 


Co do samego porodu, przyznam się szczerze, że na początku bałam się. Okropnie. Jednak im więcej czytam, im więcej się dowiaduję, boję się coraz mniej. Zastanawiam się czego właściwie mogłabym się w tym porodzie bać? Bólu? Chyba głównie tego. Powikłań? Nie, tu jestem dobrych myśli. Boję się nieznanego po prostu. Choć wiem, ze przecież Bóg stworzył kobietę tak, żeby dała radę, więc dam nie ma co! Z dnia na dzień coraz bardziej w to wierzę.

Post nie miał być o mnie jednak i moich lękach, ale o tym jak to jest z mężczyzną w ciąży. Przyznam się szczerze, ze z mojej strony Pan Poślubiony to jak na razie idealny tata. Stara się i to bardzo. Nie wiem jak to jest, ale między nami jest jeszcze lepiej. Lepiej się dogadujemy. Pan Poślubiony jest dla mnie tak czuły i troskliwy. Wystarczy, że powiem "Mmm ale bym zjadła świeżą bułeczkę z masłem i dżemem malinowym" a już praktycznie po chwili mam to pod nosem. Czasem, aż mi głupio i nie mówię o wszystkich zachciankach, bo chyba do tej pory przybrałabym z 20 kg, ale nie ma co mój mąż jest kochany. O dzidziusia również dba. Powiem Wam w tajemnicy, że prawie codziennie wieczorem Pan Poślubiony czyta do brzuszka "Lalkę" Tak tą "Lalkę" Bolesława Prusa. Ambitnie jak dla 20 tygodniowego bobasa, prawda? ;)

Ps. Skrycie Wam zdradzę, że cebuszka już do mnie dotarła i jest fantastyczna!!! Polecam każdej ciężarnej z bólami kręgosłupa lub tej która w nocy po prostu nie może się ułożyć. Zamówiliśmy też wózek, jako, że mieliśmy bardzo dobrą okazję, żeby go kupić zdecydowaliśmy się zrobić to już teraz. Model Quinny Moodd :) jestem zakochana!





PAN POŚLUBIONY

Jeszcze zanim Pani Poślubiona zaszła w ciąże nieraz żartowaliśmy, że to nie tylko Ona, a my będziemy w ciąży. I faktycznie coś w tym jest. Nie mówię tu bynajmniej o tym, że podobni jesteśmy brzuchami, a o fakcie, że razem przechodzimy przez ten czas. Oczywiście nie przeżywam tego wszystkiego tak bardzo jak Pani Poślubiona. Ja nie odczuwam kilkunastokrotnie na dzień ruchów dziecka nie wiąże się z nim tak bardzo jak ona. Jednakże żeby było ciekawie czułem nieraz mdłości z Panią Poślubioną, zawroty głowy, senność, zmęczenie. Co tylko przytrafiało się Pani Poślubionej za chwilę dotyczyło mnie również, taki to wpływ ma kobieta w ciąży na swojego mężczyznę. 

Pewnym jest fakt, że ciąża nie sprzyja odchudzaniu ojca dziecka czego jestem najlepszym przykładem. Nagle dla Pani Poślubionej przestało być problemem zamówienie pizzy w niedzielny wieczór (co bardzo lubię czynić), a ja z chęcią spełniam jej inne zachcianki kulinarne. Podjadanie wieczorem? Nie ma sprawy! 


Później tylko czekać na teksty w stylu "masz taki duży brzuch jak twoja żona -na kiedy masz termin?" Generalnie uważam, że "facet w ciąży" ma przerąbane. Wszyscy dookoła zachwycają się ciężarną wypytują jak się czuje, gratulują i w ogóle, a nim samym mało kto się przejmuje. Trzeba wiedzieć, że mężczyzna ma w tym okresie o wiele więcej zajęć. 

Samych obowiązków domowych przybywa mu w zastraszającym tempie. Nikt nie uprzedzał mnie, że będę musiał czyścić i zmieniać kotu kuwetę, bo kobieta w ciąży nie powinna tego robić. Nie narzekam, ani nie użalam się nad sobą, ale czy nikt nie mógłby zapytać czy może ja też nie jestem zmęczony czy bardzo wku..... mnie moja Żona daje popalić? Facet już się nic nie liczy?

No właśnie chyba tego przed ciążą się najbardziej obawiałem, że nerwowo nie dam rady, że będziemy się kłócić o byle pierdołę i że Pani Poślubionej odpali totalnie pod wpływem hormonów. A tu się okazuje, że jest super! Dogadujemy się, czasami Pani Poślubiona łapie doła, ale nauczyłem się jak sobie z tym radzić.

Do zalet bycia w ciąży mogę niewątpliwie zaliczyć wzrost piersi! O tak to jest niewątpliwa zaleta! Poza tym kobieta staje się tak ciepła, przytulna i kochana jak nigdy dotąd. Dla mnie jest to czas kiedy odkryłem w mojej Żonie jej drugie ja, takie jakiego jeszcze dotąd nie znałem. 

Zdarza się, że Pani Poślubiona wykorzystuje fakt, ze jest w ciąży, a to przynieś coś, a to ustąp w pewnej sprawie. Ale wiecie co? - po tych kilku miesiącach stwierdzam, że lubię kiedy moja Żona jest w ciąży.

22 sierpnia 2014

Pudło z pamiątkami


Ostatnio w ferworze syndromu wicia gniazda, zarządziłam porządki. O dziwo, Pan Poślubiony z małym, ale jednak entuzjazmem, zgodził się. "Musimy przecież w końcu zrobić miejsce w komodzie na rzeczy maleńctwa!" Mimo, że udało nam się kupić zaledwie jedno body, ubrankami jesteśmy dosłownie zasypywani. Trzeba gdzieś to pomału składować, a nie tak jak do tej pory upychać między własne bluzki i jeansy. 

Porządki były burzliwe i kończyło się na tym, że jedno decydowało za drugie czy faktycznie dana książka czy gazeta powinna w domu zostać. "Zobacz, tej Gali nie mogę wyrzucić w końcu jestem w gazecie!" (To nic, że na jednym małym zdjęciu i tylko ja sama z lupą w ręku siebie dostrzegę. "Wiem! Mam pomysł! Na takie rzeczy stworzymy pudło pamiątek!"

Tak też powstało, a właściwie u mnie w pokoju zawsze takie było. Wbrew pozorom nie jestem typem zbieraczki, ale uważam, że są czasem takie rzeczy, które wywołują wspomnienia jakich nigdy nie chcielibyśmy się pozbyć. Obrazują je jak zdjęcia i wystarczy spojrzeć na zwykłą pocztówkę, przeczytać tył i już człowiek cieszy się, ze przecież kiedyś ta koleżanka napisała do mnie i jak tu pozbyć się takiej pamiątki.

Co  jest w naszym pudle? Jako, że praktycznie znamy się od 15 roku życia wiele rzeczy jest wspólnych i wiąże się z nami samymi. Przede wszystkim na pierwszym miejscu i najważniejsze dla mnie są nasze listy miłosne, kartki walentynkowe, liściki przemycane na lekcji, wyznania i pocztówki. Oboje segregując to pudło i czytając poszczególne liściki mimowolnie uśmiechamy się pod nosem. Człowiek czyta jak bardzo kochał, ale też widzi jak bardzo szczenięca i niedojrzała jeszcze wtedy to była miłość. 


Kolejnym podpunktem są pamiątki z dzieciństwa. O ile Pana Poślubionego pamiątek tego typu jest znikoma ilość i chyba jest to tylko książeczka zdrowia dziecka, pamiątka z pierwszej komunii świętej i legitymacja z podstawówki, to w moim przypadku znajdziemy już nawet takie skarby jak pierwsza grzechotka, plastuś ulepiony w pierwszej klasie podstawówki z plasteliny czy nawet kilka pierwszych zębów mlecznych, które mi wypadły! (Notabene Pan Poślubiony uważa, że to obrzydliwe)


W pudle znalazły się oczywiście nasze kartki ślubne od gości, mamy nawet kartki na osiemnastkę, kartki z bierzmowania, przeróżne pocztówki, kartki jakie dostaliśmy na święta do naszego pierwszego wspólnego mieszkanka. Są laurki i rysunki jakie rysowała nam moje młodsza siostra gdy miała 3,5,8,10 lat. Są stare paszporty, indeks ze studiów, medale, dyplomy, zdjęcia klasowe. Jednym zdaniem: wspomnień cała masa.






Niestety na zdjęciach nie mogę podzielić się z Wami treścią tych pamiątek, ani nawet wszystkim pamiątkami, bo niektóre są dla nas naprawdę szczególne. Kiedyś lubiłam bardzo pisać, więc w tym pudle schowałam dwa pamiętniki. Jeden, który sporadycznie prowadziłam od 12 roku życia do 19 roku życia. Drugi, który kiedyś może mieliście okazję prowadzić sami, pamiętnik w stylu "wpisz mi wierszyk" Pamiętacie słynne zdanie "Wpiszesz mi się do pamiętnika???" Zaginanie rogów i podpisywanie ich "SEKRET" ? Mam takie cudo :) 


Ciekawi mnie czy wy też w domu macie takie pudło pamiątek? Czy wasze wspomnienia warlają się gdzieś wśród rachunków i papierów? My uporządkowaliśmy swoje. Wynik? Piękne pudło pełne wspomnień, dwie duże szuflady czekające na nowego członka rodziny. Pomału wszystko układa się w całość. 

Ps. Tak poza tematem jeszcze: powiem Wam skrycie, że nie ma nic piękniejszego niż ruchy maleństwa w brzuszku. Nasz ma już 14 cm, wkraczamy w 18 tydzień, a mi już dwa razy udało się poczuć jego kopniaki pod ręką. Pan Poślubiony nadal cierpliwe czeka. Cebuszki jeszcze nie kupiłam. Nadal się zastawiam. Myślę, że będę musiała od czasu do czasu zamieścić na blogu ciążowy post. Może oboje napiszemy, jak postrzegamy ciąże i jak to z każdej ze stron jest widziane? Myślę, że to dobry pomysł. Do usłyszenia więc ;)