26 marca 2014

Lot do Kenii

PANI POŚLUBIONA


Jest godzina 21.00 piątek. Zdążyłam zajrzeć już do torby z pięć razy. Wiem, że wszystko spakowane, ale co chwilę muszę sprawdzić czy aby na pewno. Nerwy mnie zjadają. Oglądamy jakiś film na nowym telewizorze Cioci M. nie wiem o czym jest, bo myślami jestem już na lotnisku. 

Godzina 00.10 czas wyjazdu. Nawet nie zauważyłam, że to już trzeba wyruszać. Jedziemy, co rusz słyszymy pytanie czy się cieszymy, bo nic po nas nie widać. Chyba mnie i Pana Poślubionego zatkało. Nie mogę w to uwierzyć. Nie potrafię sobie wyobrazić jak tam będzie. Wyjazd ten jest dla mnie tak nie realny, że będąc już na lotnisku bardziej mam wrażenie, że przyjechaliśmy kogoś odebrać. 

Zostajemy sami, uśmiechamy się do siebie. Mamy 2 godziny do odprawy. Pan Poślubiony co chwilę zostawia mnie samą i jak mały chłopczyk wyrusza w nieznane i ogląda wszystkie możliwe zakątki lotniska. W końcu stwierdza, że będzie spał i kładzie mi głowę na kolanach. Siedzę i odliczam, minuta za minutą, coraz bliżej spełniania jednego z największych moich marzeń. Czeka mnie cudowna podróż poślubna z mężczyzną mojego życia. Przyglądam się ludziom. Jakaś dziewczynka biega na boso i rozrabia, obok dwoje starszych ludzi rozmawia o podróżach poza tym naokoło wszyscy śpią. 



Jest 3.50 nagle zaczyna się robić tłoczno. Budzę Pana Poślubionego, wygląda na to, ze czas ustawić się w kolejce do odprawy. Stoimy 10 minut i gdy przychodzi nasza kolej czuję się szczęśliwa i bardzo zestresowana. Przechodzimy na strefę bezcłową. Na chwilkę zaglądamy do sklepu z kosmetykami, ceny nie specjalne, idziemy kupić po butelce wody. 

Siadam pod naszą bramką i znowu zostaję sama. Pan Poślubiony idzie szukać kantoru żeby rozmienić dolary. Staram się czytać gazetę, ale stres nie daje mi się skupić. Chce mi się płakać i wymiotować. Przestałam się cieszyć. Przypomina mi się mój ostatni lot samolotem i jest mi słabo. Strasznie się boję. Tak bardzo boję się latać, że nie potrafię się cieszyć zbliżającym się rajem. W końcu słyszę w głośnikach, że to już czas, akurat w tym samym momencie wraca Pan Poślubiony. 

Jest 5.50 wchodzimy do autobusu czekającego już na płycie lotniska. Zaczyna świtać,  jest strasznie zimno i wieje. Myślę sobie, jak do cholery ma być mi gorąco w tej Kenii? Wchodzimy do samolotu, zajmujemy miejsca. Pan Poślubiony koniecznie przy oknie, ja wolę jak najdalej. Stewardesa ponagla ludzi i upomina, aby sprawnie zajmowali miejsca. 



Pan Poślubiony ciągle mnie rozbawia przez co przestaję się trochę stresować. Przychodzi jednak pora startu. Samolot nagle wbija się w powietrze, a ja cała się trzęsę. Pan Poślubiony zdecydowanie na odwrót widać, że jest podekscytowany. Trzęsą mi się nogi, pyta się mnie czy wszystko w porządku, a do oczu napływają mi łzy. 

Po kilku turbulencjach samolot wchodzi w odpowiednią wysokość i jakby nic się nie działo wszyscy zaczynają chodzić po pokładzie. Nie odpinam pasów. Przeklinam myśl, że czeka nas jeszcze międzylądowanie w Egipcie. Błagam niech ten lot skończy się jak najszybciej. Skończył się jednak po 10 godzinach. Godzina 18.00 czasu Kenijskiego. Lądujemy, a naszym oczom ukazuje się lotnisko w Mombasie.




PAN POŚLUBIONY

Jest piątek wieczór stwierdzamy z Panią Poślubioną, że kłaść się spać już nie ma sensu skoro mamy około 24:00 wstawać. Raczymy się więc rozrywką w postaci kina 3D, a już po godzinie wszyscy chrapiemy. Wybija północ zwlekamy się z kanapy, do auta bagaże i nasze tyłki, jedziemy. Po godzinie jesteśmy na lotnisku, krzątając się po hali odlotów nie wiedząc dokąd się udać oczekujemy pełni napięcia czasu kiedy rozpocznie się odprawa, mamy jeszcze 2 godziny. 

Jako, że nie potrzeba mi nie wiadomo jakich luksusów, aby zasnąć, kładę się na lotniskowych krzesłach i zasypiam na jeszcze jedną godzinkę. Mój sen jest co chwila przerywany komunikatami z megafonu dotyczącymi nie pozostawiania bagażu bez opieki pod karą grzywny. W końcu wybija 4:00 rozpoczyna się odprawa, przed bramką ustawiają się 4 kolejki długie na kilkadziesiąt osób. 

Nie wiedziałem do cholery, że tyle osób z nami leci!

Ważenie bagaży (mamy spory zapas), drukowanie karty pokładowej, ale co dalej? Uprzejmy Pan w garniturze wskazuje nam, że mamy się udać do kontroli indywidualnej -dość stresujące dla mnie, to mój pierwszy raz. 

Nie bardzo wiem czego się spodziewać. Czy karzą mi się rozebrać do naga, będą wertować wszystkie nasze podręczne rzeczy? Na szczęście żadna z tych rzeczy nie miała miejsca poszło dość szybko i sprawnie. Jeszcze odprawa jak zwykle miłych urzędniczek straży granicznej (na każdego patrzą jak na skazańca albo potencjalnego przemytnika, zbrodniarza tudzież poszukiwanego listem gończym) wymiana spojrzeń i jesteśmy po "drugiej stronie".

Mamy jeszcze godzinę do wejścia na pokład, mija jak pięć minut wymieniam w tym czasie jeszcze kilka jednodolarówek na napiwki po jakże korzystnym lotniskowym kursie i nagle damski głos w iście PKP-owskim stylu wywołuje ludzi do przejścia do autobusu. 

Wsiadamy, a po dłuższej chwili marznięcia przy otwartych drzwiach, bo po cholerę zostawić tylko jedne otwarte, autobus rusza i dowozi nas pod samolot. Szczerze mówiąc to myślałem, że samolot będzie większy. Jak doczytałem później, na pokładzie, był to Boeing 737-800. Powoli wchodzimy po schodkach na pokład, czuję się niemal jak gwiazda filmowa, wiatr rozwiewa mi włosy. Jak w filmie personel pokładowy stoi przy wejściu i wita wchodzących pasażerów, Panie przyozdobione takimi specyficznymi trójkątnymi czapeczkami i apaszkami.

Po zajęciu miejsca zaznajamiam się z otoczeniem, stoliczek, okno, roletka, skrzydło, torebka na rzygi. Jestem nieco podniecony - to mój pierwszy lot samolotem w życiu! Po dłuższej chwili samolot w końcu zaczyna kołować na pas startowy, Pani Poślubiona pobladła, zaczyna się trząść. Nagle słyszę huk! Samolot nagle przyspiesza, wgniata mnie w fotel, samolot się trzęsie, podskakuje. 



Po kilkudziesięciu sekundach przód zaczyna się unosić coraz mocniej i mocniej, ziemia się oddala, budynki stają się coraz mniejsze, ludzie znikają. Nagle czuję kilkukrotnie wrażenie opadania jak na karuzeli w wesołym miasteczku, niezbyt przyjemne uczucie szczególnie podczas pierwszego lotu samolotu. Pani Poślubiona zacisnęła swą dłoń na mojej ręce, że aż mi zsiniała. Na szczęście po chwili lot się ustabilizował, a komunikat o zapięciu pasów znikł i można było się już poruszać po pokładzie. 






My nie odpięliśmy pasów jakoś z przyzwyczajenia, a może ze względu na poczucie bezpieczeństwa jadąc autem zawsze mam zapięte pasy. W przypadku katastrofy samolotu pasy i tak by nic nie zmieniły, ale psychicznie czułem się o wiele lepiej. 

Tym o to sposobem znaleźliśmy się w Hurghadzie lądowanie było tak gładkie, że aż ledwo wyczuwalne lecz Pani Poślubiona znowu pobladła i wbiła we mnie pazury. Jeszcze tylko kilka turbulencji i lądujemy w Mombasie.


"Podczas naszej wyprawy, spotkaliśmy również innego blogera, prowadzącego bloga Blog Ojciec. W związku z tym, że praktycznie wszystkie nasze wycieczki odbyliśmy razem, można tam zaglądać, aby porównać nasze relacje i zobaczyć tą podróż oczami również innej osoby."

24 komentarze:

  1. Czy w Hurghadzie wychodziliście z samolotu? Zawsze mnie to ciekawiło;):)
    Super się zaczyna Wasza podróż poślubna nie mogę się doczekać na dalsze części::)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety nie. Nie wychodzi się, a szkoda.
      Generalnie jak się uwiną z tym tankowaniem to po 40 minutach już się startuje w dalsza podróż.

      Usuń
    2. Ciekawe:) Pewnie jakby pasażerowie zaczęli wychodzić to z 40 minut zrobiłoby się 3 godziny:)

      Usuń
  2. Przypomniał mi się nasz pierwszy lot samolotem (dla nas obojga był to pierwszy raz) też byłam przerażona i cały lot trzymałam jeszcze wtedy mojego chłopaka za rękę, ale poszło gładko :) Za to po lądowaniu podczas powrotu z podróży poślubnej powiedziałam że nigdy więcej nie wsiądę do samolotu :P długo je przeżywałam.
    Z niecierpliwością czekam na dalszą relacje :D
    Pozdrawiam Monia :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Opis taki, że sama poczułam stres tego startu i lądowania. :-) Ciekawa jestem dalszych wspomnień. :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. sama jestem przed wyborem podróży poslubnej, polecacie? Jak wyszło cenowo?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kenia jest idealnym do tego miejscem! Zdecydowanie polecamy! Co do cen to najlepsze jest obserwowanie ofert last minute,

      Usuń
    2. W Kenii jednak kończy się właśnie lato i zaczyna sezon monsunów. Z tym krajem akurat trzeba by poczekać do przyszłego roku.

      Usuń
  5. ach cudowna wyprawa! życzę Wam wielu pięknych przygód i czekam na kolejne wpisy i milion zdjęć :) pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja chyba nigdy się nie przekonam do samolotu.. :)
    Cudownej podróży poślubnej ;*

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja żałuję jednej, jedynej rzeczy w związku z tym, że nie poszłam na magisterkę - latania na symulatorze samolotu :D Może kiedyś uda mi się zaprzyjaźnić z szybowcami ;)? Takie moje małe marzenia, chociaż siedząc w samolocie pasażerskim mam głowę pełną najczarniejszych wizji.

    Czekam niecierpliwie na dalsze relacje :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Super wyprawa! Zazdraszczam!!! Sama poleciałabym do Kenii, szczególnie po przeczytaniu "Białej Masajki"!

    OdpowiedzUsuń
  9. Raczej mało zachęcająca recenzja podróżowania samolotem:D Ale wrażenia ogromne. Już nie mogę doczekać się kolejnych wpisów:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Zazdroszczę ;)
    Ja uwielbiam latać samolotem.

    OdpowiedzUsuń
  11. Po przeczytaniu kilka lat temu "Białej Masajki" zamarzyłam o wyjeździe do Kenii (oczywiście nie po to by wyjść za mąż za Masaja!!! :P) :))) Fajnie, że dzięki Waszym relacjom będę miała chociaż namiastkę spełnionego marzenia :)))
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  12. Ale super! :)I jak fajnie was zobaczyć i usłyszeć, prawie na żywo :) Ciekawa jestem dalszej relacji :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Podoba mi się ta Wasza relacja z lotu :) A mina Pana Poślubionego bezcenna! ;p

    OdpowiedzUsuń
  14. Poznaliśmy Wasze głosy ;) Pan Poślubiony ma mega męski głos! :P
    Czekam na dalszą relację z niecierpliwością!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Uwielbiam głos mojego męża :) Męski na maksa :D

      Usuń
  15. Zakochałam się w twoim mężu :)

    OdpowiedzUsuń
  16. haha uśmiałam sie z posta :) nie ma co sie bac L:) a najbardziej z gifa przy tytule bloga LOVE IT!!;];

    OdpowiedzUsuń