3 kwietnia 2014

Dzień 2 Kenia

PANI POŚLUBIONA

Otwieram oczy, to nie sen, ja nadal tu jestem. Obok jeszcze smacznie chrapie Pan Poślubiony. Patrzę na zegarek 6.30 Pora wstawać! Panie Poślubiony! Odsłaniam zasłony, słońce! Otwieram drzwi i wychodzę na balkon, gorąco! Nie ma małpek! A miało być ich pełno...nic. Wracam do pokoju, wstaje Pan Poślubiony, a ja idę ubierać się do łazienki.

Nagle słyszę jak Pan Poślubiony mnie woła: „Kochanie szybko, chodź, jest i Twoja małpka!” Patrzę..jest! Siedzi na balustradzie i patrzy. Otwieramy lekko drzwi, małpka wychyla się i spogląda jakby chciała skoczyć do środka pokoju. Robię kilka zdjęć, nawet nie wychodzimy na balkon, jesteśmy chyba większymi dzikusami niż ta biedna małpeczka, bo po prostu boimy się, że nas ugryzie.



Pora wychodzić z pokoju. Biorę aparat i idziemy na śniadanie. Najpierw śniadanie potem spotkanie z rezydentką. Idę i robię zdjęcia. „Panie Poślubiony jak tak dalej pójdzie to z Afryki będziemy mieli więcej zdjęć małp, niż nas samych. Małpek jest dużo, jedna pałaszuje ananasa złapanego ze śmietnika, druga siedzi na jednym z nich (śmietniku, nie innej małpce) i patrzy na nas.




Idziemy spokojnie, fotografuję roślinność, aż słyszę za nami polska rozmowę. To dwie starsze Panie, tak samo jak my zapatrzyły się na małpki i nie wiedzą którędy w stronę recepcji i restauracji. W końcu orientujemy się we czwórkę gdzie iść. Spokojnie, mówimy z Panem Poślubionym, przecież dopiero jest 7.30 mamy czas. Na co starsze Panie: „Jak to siódma?! Jest 9.30!!!” No tak! Zapomnieliśmy! Czas Polski +2 h i wyjdzie nam czas Kenijski!



Szybko lecimy na spotkanie z rezydentką, które już dawno się rozpoczęło. Siadamy na fotelach, wysłuchujemy parę zdań na temat wycieczek organizowanych przez biuro i parę zdań na temat tego, ze beach boysom nie należy ufać. No nic, pytamy o wodę i soki, które miały być podobno butelkowe, a są podawane w szklankach. Pani rezydentka zapewnia nas, ze wszystko jest w porządku.

Spotkanie dobiega końca, a my zapoznajemy się z kilkoma Polakami. Naszą uwagę przyciąga Pani Matka i Pan Ojciec (na potrzeby zachowania ich prywatności nadaje im takie przydomki, mam nadzieję, że im się spodobają) Pan Ojciec to ten co prowadzi BlogOjciec i tam też relacjonował nasze wyprawy. Poznajemy się, siadamy razem do śniadania i rozmawiamy. Jeszcze nie wiem, że to właśnie z nimi spędzimy kolejne 6 dni i z nimi wybierzemy się na wszystkie wycieczki zakupione od beach boysów wbrew przestrogom rezydentki.

Po śniadaniu idziemy przywitać się w końcu z oceanem. Wchodzimy na plażę, jest pięknie. Biały piasek, turkusowa woda i pełno glonów. Jest przypływ. Ocean jest bardzo blisko. Woda jest cieplutka. Cudownie. Już pokochałam to miejsce, zaraz zaraz, ja pokochałam to miejsce od pierwszego kroku na płycie lotniska! Robimy zdjęcia, witamy się z oceanem i w międzyczasie zapoznajemy się z beach boyasmi, bo już od pierwszych kroków zdążyli do nas podbiec i porozmawiać.



Po leniuchowaniu na leżakach, zapoznaniu się ze wszystkimi i aerobiku w basenie, przychodzi pora na obiad. Jedzenie jest pyszne. Po obiedzie postanawiamy, że wybierzemy się do hipermarketu zobaczyć co też można kupić znajomym w prezencie do picie czy jedzenia z Kenii, tak aby nie tylko mieli pamiątkę, ale i szansę zasmakować kawałka Afryki.

Wychodzimy za bramę hotelu trochę niepewnie. Tyle naczytałam się w internecie jak to tubylcy potrafią zaatakować maczetami turystów, ze sama nie wiem co myśleć. Idziemy w stronę sklepu, a po drodze spotykamy 12 letniego chłopca ze starym rowerem. Chłopiec podchodzi do nas i prosi o jedzenie. Nic nie mamy, ale proponujemy mu, iż w zamian za zaprowadzenie nas do sklepu kupimy mu trochę jedzenia. Idziemy i staram się jak najprostszym angielskim porozmawiać trochę z tym maluchem. 

Dowiaduję się, że ma jeszcze dwójkę rodzeństwa, chodzi do szkoły 6 dni w tygodniu i uczy się pilnie, tak jak murzynek z wierszyka, którego uczono mnie w szkole. Podczas rozmowy nagle zauważam, ze chłopiec idzie na boso po asfalcie. Powietrze ma około 35 stopni, nie chce myśleć ile stopni ma jezdnia. Chce mi się płakać. Pytam się czy nie parzą go stopy. Mówi, ze trochę, ale to nic i wysyła i szczery uśmiech. Jeszcze nie wiem, że bose dzieci w Kenii to norma.

Wchodzimy do sklepu, a nasz mały przyjaciel zostaje przed nim. Wszystko robi na mnie ogromne wrażenie, łącznie z tym, że sklep wygląda jak mały supermarket z Polski w latach 90. Wrażenie robią na nas lodówki z zamkami (pewnie ochrona przed małpami lub nawet ludźmi) pampersy z małymi murzynkami na opakowaniach i ceny. Ceny są bardzo zbliżone do produktów z Polski. Kupujemy wodę i słodycze dla siebie i dla naszego przewodnika z rowerem, kupujemy dla niego również bagietkę. Wychodzimy przed sklep i wręczamy te wszystkie rzeczy małemu. Jest szczęśliwy. Dziękuje i odjeżdża w swoją stronę.

Wracamy do hotelu, zostawiamy rzeczy w pokoju i znowu biegniemy na plażę. Spotykamy Panią Matkę i Pana Ojca. Chłopcy idą na plażę negocjować ceny z beach boysami, a my zostajemy plotkować. Odpoczynek, drinki i ocean przed nami, tego mi było trzeba. W głowie jednak cały czas mam obraz jaki widziałam naokoło hotelu. Ja tu sączę drinki, a 300m dalej ktoś mieszka w chatce z odchodów i prawdopodobnie nie ma co jeść. Jest mi przykro.


Przychodzi wieczór idziemy na kolację, a po niej czeka nas występ grupy animatorów. Siadamy przy stolikach nad basenem razem z naszymi nowymi znajomymi, zamawiamy drinki, gadamy i oglądamy występ. Jutro czeka nas wyprawa na glass boat, a we wtorek na wyspę wasini. Wszystko już ustalone z chłopakami z plaży. Nie mogę się doczekać.


PAN POŚLUBIONY

Budzik telefonu dał nam znać, że już 6:30. O 9:00 mamy spotkanie z rezydentką, celowo więc wstajemy dziś wcześnie, aby się nie spóźnić, zdążyć zjeść w spokoju śniadanie i obejrzeć okolicę.

Odsłaniam zasłony, Pani Poślubiona jeszcze przeciąga się w łóżku z rozczarowaniem stwierdzając że nie ma małpek na balkonie. Aby sprawić przyjemność swojej Ukochanej zapewniam ją (sam w to nie wierząc), że małpki jeszcze na pewno przyjdą, to kwestia tylko czasu.

Po porannej toalecie ubieram się, a Pani Poślubiona zajmuje moje miejsce w łazience, spoglądam na balkon, a tam siedzi małpa! Prawdziwa małpa! Krzycze do Pani Poślubionej, ona wybiega niemalże z opuszczonymi gaciami krzycząc: przyszła do mnie! Przyszła!!!


Jak się okazuje po wyjściu z pokoju w całym przyhotelowym ogrodzie było pełno małp, zwisały z drzew, goniły się po trawie, dokuczały kotu. Rozochoceni nowym krajobrazem pstrykamy zdjęcia jak Azjaci wszystkiemu co się rusza, aby już po kilku minutach dowiedzieć się od grupy Polaków, że już jest 9:30, a nie jak sądzimy 7:30. Takie z nas tłuki, że z wrażenia zapomnieliśmy przestawić zegarki o dwie godziny w przód. No cóż bywa.


Mocno już spóźnieni przyśpieszyliśmy kroku licząc, że zdążymy jeszcze na spotkanie z Rezydentką. Zdążyliśmy, jak się okazuje po 5 minutach, spotkanie z nią nie było warte tego pośpiechu. Miało ono jedynie na celu zachęcenie nas do skorzystania z wycieczek fakultatywnych TUI, których ceny są trzykrotnie zawyżone.

Na dodatek dowiedzieliśmy się, że co prawda mamy ubezpieczenia NW z TUI pokrywające również koszty leczenia, jednakże na miejscu musimy sami płacić za leczenie, a później jego wartość zostanie nam łaskawie zwrócona. Co prawda nie miałem jeszcze czasu na to, aby sprawdzić czy jest to zgodne z warunkami ubezpieczenia, ale wydaje mi się, że to skandal i jeżeli takie praktyki są stosowane to powinno to być mocno artykułowane przed wyjazdem. Tyle Panią Rezydentkę widzieliśmy podczas naszego całego pobytu, ano jeszcze na lotnisku w drodze powrotnej, ale o tym później.

Ze spotkania wynieśliśmy natomiast jak się później okaże bardzo dobrą znajomość z pewnym małżeństwem, z którymi spędzamy resztę poranka przy śniadaniu. Jako, że nosiło nas cholernie, po zaliczeniu basenu, leżaków, kilku drinków i Oceanu Indyjskiego postanowiliśmy skoczyć na shopping, pierwszy afrykańskie zakupy, cytując Panią Rezydentkę: "Pora rozpocząć afrykańską przygodę"


Pierwsze metry poza bramą kurortu są męką, nie będę zaprzeczał byłem lekko zestresowany, ale to co odstawiała Pani Poślubiona to poezja. Ściskała mnie chwilami równie mocno jak w samolocie, a na widok zbliżającego się mężczyzny dopytywała mnie czy nie widzę u niego nigdzie maczety. Do spazmów doprowadził ją natomiast fakt jak mijający nas murzyn wsadził ręce do kieszeni, myślałem że Poślubiona wskoczy na drzewo jak małpa. 


O ile przechodnie nie specjalnie mnie ruszali to bardziej zajmowały mnie przejeżdżające obok auta. Jak pisaliśmy wcześniej jeżdżą tam jak wariaci. W towarzystwie i z pomocą jednego chłopca docieramy do sklepu, był to taki supermarket naszych lat 90. Trzy kasy, kilka alejek regałowych, a pod sufitem dziesiątki kręcących się wiatraków (tego w Polsce nie było), prawie pusty. Czarnoskórzy raczej z niego nie korzystają, jest za drogi dla nich. Jedynie Ci bogaci.

Jeżeli chodzi o dostępność w nim produktów musze powiedzieć, że było tam wszystko. Czasem pod innym logo, niż w Polsce, ale to wpływy Brytyjskie. To co mnie szczególnie zaciekawiło to fakt, iż lodówki wystawione na sprzedaż (takie zwykłe chłodziarko -zamrażarki) wyposażone były w zamek na klucz!

Podejrzewam, że w niejednej wielodzietnej polskiej rodzinie by się takowe przydały, patrząc po mnie to nawet u nas by takowa zdała egzamin! Równie zaciekawiły mnie etykiety na poszczególnych produktach, na opakowaniu Pampersów widniał mały murzynek, cole, kakao pił czarnoskóry, nawet owieczka na płynie do płukania nie była już taka śnieżno biała. (to ostatnie to oczywiście żart).   :)   

To niby oczywiste, że dostosowuje się reklamę i produkt do konsumenta, ale w życiu nie będąc tam na miejscu bym o tym nie pomyślał. Obkupieni w różne pierdoły wróciliśmy do pokoju hotelowego, aby przebrać się na kolację, mężczyźni bez długich spodni nie byli wpuszczani na sale, co mnie osobiście bardzo się podobało. Nie chciałbym konsumować kolacji kiedy przy stoliku obok siedziałby stary facet w slipach. Mniej przypasowało to osobom, które nie doczytały tego w opisie hotelu i prażyły się w jeansach. Swoją droga po jakie licho brać do Afryki jeansy?



Zapewniam Was, że nie ma nic przyjemniejszego od tego jak położyć się najedzonym na leżaku nad brzegiem oceanu (dla nas przez cały pobyt było to oczywiście morze -takie przyzwyczajenie) dzierżąc w ręku drinka przy blasku księżyca. Ale zaraz, co tam się rusza na plaży? Mnóstwo małych jasnych punkcików przesuwających się po plaży! Podchodzę bliżej, a to kraby! Na piasek wyszły kraby, ale nie dwa czy dziesięć, a ze 100 sztuk. Niepowtarzalne uczucie, jak idąc plażą przed twoimi nogami uciekają małe stworzonka. Jeden tak uciekał, że aż utknął w muszli .   :)




Naszego drugiego kenijskiego wieczoru hotel przygotował ponownie występy do drinka, dziś były to tańce współczesne w wykonaniu młodych Kenijczyków.


Po swoich występach zaprosili nas do wspólnej zabawy przy rytmach disco.

24 komentarze:

  1. Czuję jakbym była z Wami:):) Podróż musiała być naprawdę cudna;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Muszę dodać, że szczególnie podczas opowiadań jednych i tych samych przeżyć czytanie ich od dwóch różnych osób staję się szczególną frajdą:) Czekam na dalsze dni!:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Panie Poslubiony masz talent pisarski. Usmialam się. :-D
    Malpek zazdroszczę. Też bym chciała zobaczyć takie "live", a nie za kratami w zoo. :-(

    OdpowiedzUsuń
  4. Tymi dokładnymi opisami połączonymi ze zdjęciami fundujecie mi prawie darmową wyprawę do Kenii, dzięki!! :D Fajnie widać po tych Waszych notkach jak niekiedy różni się to, na co kobieta zwraca uwagę, a co dla mężczyzny jest zupełnie nieważne i na odwrót. A, i nie wiem, kto w końcu tego dnia wstał pierwszy? Bo oboje piszecie, że wstaliście jak drugie jeszcze spało hehe :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Hehehe też to zauważyłam jak czytałam notkę Pana Poślubionego, że oboje tak jakoś to dziwnie napisaliśmy :) może każdy inaczej to pamięta? Ja pamiętam, ze to ja pierwsza wstałam, ale chyba potem jeszcze spowrotem walnęłam się do łóżka :) czasem lubię jeszcze wrócić i chwilę poleżeć więc mogło tak być :)

    OdpowiedzUsuń
  6. historia o małpkach najlepsza!!!
    zazdroszczę wyjazdu :D
    Czekam na zdjęcie zapiekanki! :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Aaa chyba że tak! :) Nie no to tak naprawdę najmniej ważne, ale żeby nie było, że tylko zdjęcia przeglądam a notek to nie czytam :) Czekam na kolejny post!

    OdpowiedzUsuń
  8. AAAAAle super! Małpki boskie, wszytko boskie. Ja chce lato!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  9. Naprawdę fajowa ta Wasza podróż poślubna. Piękna fotorelacja z Kenii! Małpka zabawna:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Wspaniaaaaala przygoda!!! Cudownie ze oboje piszecie ze swojej perspektywy! Czekam na dalszy ciag :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ehhh...pokochałam Kenię, od pierwszego Waszego postu o niej ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Uważajcie bo zaraz anonimy napiszą, że za dużo o małpkach piszecie, jakbyście ich nie widzieli w życiu, że zachowujecie się jak dzikusy ;) Podziwiam Was za cierpliwość do nich, bo ja bym im napisała (mimo że nie jestem wulgarna): zamknąć ryje i wypier..jak coś nie pasuje.
    Piękna podróż, pozdrawiam Domi :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Fajna relacja, czekamy na więcej :)
    małpki rulez "D

    OdpowiedzUsuń
  14. Gdybym ja zobaczyła małpy na wolności, takie w sumie niczyje to na bank bym próbowała przemycić choć jedną do Polski. Glaskaliście w końcu jakaś czy do końca pobytu baliście się że gryzą?? Faktycznie gryzą i lepiej ich nie dotykać czy są jakieś bardziej oswojone??:D:D

    OdpowiedzUsuń
  15. Z każdym postem coraz bardziej czuje ten klimat :) zazdroszczę tej wyprawy :) a małpki sama bym chciała zobaczyć ;) U nas podczas pobytu w Grecji na terenie hoteli było sporo kotów, niby to takie normalne a budziły zainteresowanie ;) za to w Bułgarii na wydmach przed hotelem nocowały bezdomne psy :P czasem same sobie po plaży spacerowały to już mnie trochę przerażało :P
    Pozdrawiam Monia

    OdpowiedzUsuń
  16. dobrze, że nie kupiliście wycieczek z TUI, bo z doświadczenia wiem, że lepiej kupić od tubylców i im dać zarobić :)
    monik

    OdpowiedzUsuń
  17. Jak super, opisujecie tak że prawie jakby się oglądało albo nawet tam było :) Małpki super, niesamowite jak są blisko :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Też mi się podoba to, że panowie bez długich spodni - out ;) Osobiście wystarczyłoby mi, żeby były to po prostu spodnie do kolan - byle nie gacie ;-)

    OdpowiedzUsuń
  19. Już zdążyłem zapomnieć, ze poszliśmy w tany tego pierwszego wieczoru :)

    Swoją drogą, ten fragment z maczetą wymiata :) W ogóle Pani Poślubiona nie dawała tego po sobie poznać :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Uwielbiam jak razem opisujecie te same sytuacje, przysięgam!;D

    OdpowiedzUsuń
  21. wspanialy opis pozwala przeniesc sie do miejsca w ktorym jestescie:-) zdjecia malpek super!;) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  22. tak na początku musze stwierdzić ze super orgiinalny pomysl na podróż poślubną w Afryce!!! :)
    fajnie piszesz, z taka lekkością, dobrze się czyta.

    OdpowiedzUsuń
  23. Achh, zazdroszczę, my w podróży poślubnej byliśmy na Costa Brava, jak dla mnie i tak super, nie narzekam, ale mam nadzieję, że kiedyś nam się uda i do Kenii polecieć :)
    A co do ubezpieczenia - to raczej standard, my też takie mieliśmy, głowy sobie uciąć nie dam (choć w sumie powinnam to wiedzieć, bo studiuję turystykę :) ale chyba wszystkie są w ten sposób skonstruowane.

    OdpowiedzUsuń