11 kwietnia 2014

Nasza Podróż Poślubna



PANI POŚLUBIONA

Miało być tak, że opiszemy wam każdy dzień z tej cudownej przygody. Byliśmy już prawie w połowie, ale...no właśnie ale. O Afryce i tym co tam przeżyliśmy można by napisać z 50 stron, można przeznaczyć na to 10 postów i byłoby pięknie, jednak wydaje mi się, że zamęczylibyśmy was naszą podróżą poślubną, a mamy wam jeszcze tyle do napisania o nas, o naszym związku, o małżeństwie, o wspólnym życiu i jego przeżywaniu, że dziś przeznaczamy ostatni post na podsumowanie Afryki i opowiedzenia wam o najważniejszych przygodach. Przypominamy wam, ze wszystko opisał również Blog Ojciec i każdy jego post o Afryce to też nasz post, bo byliśmy tam razem i pod jego słowami podpisujemy się wszystkimi rękami ;)

Zacznę od tego, że po wyprawie na glass boat dnia trzeciego, na następny mieliśmy umówioną wycieczkę na wyspę Wasini. Wiedzieliśmy czego mniej więcej się spodziewać, gdyż co nieco poczytaliśmy przed wyjazdem w internecie. To co zapamiętam do końca życia to na pewno zderzenie się naszej łodzi z inną i złamanie jej masztu, śmierć stanęła mi przed oczami. Widok stada delfinów i nawoływanie ich przez naszego kapitana. 




Potem cudowne snurkowanie, widok ogromnego żółwia wodnego zaraz pode mną i płaszczki! Potem znowu wypadek naszej łódki i zderzenie z rafą koralową, aż cud, że nie zostaliśmy na środku tego oceanu i nie potopiliśmy się. Lunch na wyspie Wasini i nasze wspólne jedzenie krabów, pierwszy raz w życiu. Wizyta w wiosce i znowu uświadomienie sobie jak biedni i jednocześnie bogaci są Ci ludzie. Bogaci w uśmiech. 




Po dniu czwartym nastał dzień piąty i tu plan wspólnie z naszymi nowymi, już starymi, znajomymi był taki, aby przez dwa dni nic nie robić i lenić się w hotelu. Znowu średnio nam to wyszło, bo już tego samego dnia wybraliśmy się z animatorem z hotelu Victorem na zwiedzenie i zobaczenie jak wygląda typowa Kenijska wioska. Wioska ta znajdowała się około 15 minut pieszo od naszego hotelu i uwierzcie mi na pewno nie była wioską specjalnie stworzoną pod turystów. Tak się złożyło, ze na zwiedzenie jej tylko my i Pani Matka wraz z Panem Ojcem byliśmy chętni wiec tłumów nie było. 




Na początku w drodze do wioski, podziwialiśmy roślinność i jak zwykle chłonęliśmy życie na zewnątrz hotelu, życie miejscowych. Spotkaliśmy dzieci, które powędrowały razem z nami do wioski. Zostaliśmy przywitani przez mężczyzn i kobiety typowymi przyśpiewkami i rozpoczęliśmy zwiedzanie. Victor pokazał nam typową chałupkę robioną głównie z patyków i odchodów zwierzęcych, lepioną rękami kobiet. 





Widzieliśmy, typowy prysznic z jakże rozwiniętą infrastrukturą w postaci wiadra. Pokazał nam ołtarzyk, jedliśmy owoce z drzewa, którego nazwę już zapomniałam, ale i tak największe wrażenie zrobiły na mnie dzieci. Biedne, brudne, zakatarzone maluchy, za to bardzo szczęśliwe i zaciekawione. 


Prysznic w wiosce.
Nasz ochroniarz Bonito i przewodnik Victor, pod drzewem, którego nazwy zapomniałam. 
Kwaśny owoc z drzewa, który mieliśmy okazję próbować.
Jak się okazało później to tylko kilkoro dzieci z wioski.
Polskie krówki najlepsze!
Niektóre nie miały nawet butów, ale za to motor z powalonego konara czy piłka zlepiona z liści były dla nich najcenniejszymi zabawkami. W wiosce odwiedziliśmy również szamana, gdzie przedstawiono nam sproszkowane korzenie roślin, bądź rośliny i opisano co do czego jest stosowane. Po zwiedzeniu wioski czekały nas tańce i fikcyjny ślub Pani Matki i Pana Ojca. Wizytę w wiosce zdecydowanie zapamiętam. 

Tą rośliną miejscowi czyszczą zęby, podobno ma silne działanie antybakteryjne. W smaku jest gorzka.
Sproszkowane korzenie, również jako środek na potencję.
Czas na imprezkę.
Małżeństwo :) Troszkę się różni od małżeństwa jakie tworzą Pani Poślubiona i Pan Poślubiony ;)
Tańczymy!
Kolejną przygodą w Afryce było safari w przedostatni dzień przed wyjazdem. Safari to podobno konieczność, gdy jesteś w Afryce. Wybraliśmy się wczesnym rankiem naszym małym wesołym autobusikiem wraz z innymi ludźmi i po około 50 minutach na horyzoncie zobaczyliśmy bramę wjazdową do rezerwatu Shimba Hills. 



Początkowo mieliśmy mały postój, gdzie zaczęliśmy pałaszować nasz lunchbox przygotowany przez hotel, jednak po chwili wyruszyliśmy autkiem w busz. Zaczęliśmy się rozglądać, gdy nagle Pan Poślubiony odskakuje od fotela i mówi, że coś go strasznie ugryzło. Rozglądamy się naokoło, a nad nami jakaś chmara owadów. Szybko pytam się kierowcy co to za owady i słyszę mrożące krew w żyłach wtedy dla mnie słowa "This is fly tse tse" Mucha tse tse?????!!!!! Panie Poślubiony! Umrę na zawał! 





Teraz wiem, że moje obawy były przesadne i tak też mówił mi kierowca. On miał z nas niezły ubaw, a my zamiast walczyć na safari z lwami walczyliśmy z muchami, wtedy strasznie się ich baliśmy. Przecież śpiączka afrykańska to straszna choroba! Po pewnym czasie wszystko jednak się uspokoiło i mogliśmy w spokoju poobserwować zwierzęta. Na horyzoncie dostrzegliśmy pumbę, stado bufalo, jednak największą frajdę sprawiło nam zobaczenie żyrafy i słoni. 


Pumba, afrykański dzik.
Bufalo
Słonik
Żyrafka
Niestety w parku którym byliśmy nie było lwów, ale dzięki temu właśnie, ze ich nie było mogliśmy razem z przewodnikiem i strażnikiem wyposażonym w karabin udać się w głąb buszu w celu zobaczenia przepięknego wodospadu. Pierwsza słodka woda z jaką było nam dane obcować w tym kraju. 




Nadszedł jednak dzień ostatni naszego pobytu a Afryce. W ten ostatni dzień obiecaliśmy sobie, iż wstajemy na wschód słońca. Gdyż w Afryce nad oceanem można oglądać tylko przepiękne wchody słońca i przepiękne wschody okrągłego księżyca. 




Pożegnanie z Afryką było piękne, tego dnia wszyscy z plaży żegnali się z nami jak z najlepszymi przyjaciółmi i życzyli nam szybkiego powrotu. Nigdy nie zapomnę tego miejsca, tych cudownych ludzi i klimatu, zwierząt, jedzenia, wody, piasku. Kocham Cię Afryko, jeszcze do Ciebie wrócę.

PAN POŚLUBIONY


Jako, że temat Kenii krąży, przewija się już od kilku postów i na pewno jesteście nim już mocno znudzeni, postanowiliśmy z Panią Poślubioną zakończyć go ostatnią notką. Będzie to niezwykle trudne, bo ilość wydarzeń i doznań tam na miejscu jest nieskończona.

Omijając wszelkie zabiegi stylistyczne przejdę do meritum:

Kolejnego dnia w Kenii ruszyliśmy na wyspę Wasini zahaczając po drodze o rafy i snurkowanie, a kończąc na obiedzie z owoców morza. Jak się okazało już sama podróż naszym stateczkiem to była nie lada przygoda, gdyż kapitan wypatrując delfiny kompletnie zapomniał co jest jego podstawową pracą, tj. sterowanie łodzią, w wyniku czego doprowadził w pewnym sensie do zderzenia łodzi i uszkodzenia jednej z nich. Ale nie o tym chciałem, nie  to jest w tym wszystkim najważniejsze.

Snurkowanie! Wszyscy zakładają maski, rurki i do wody. Niestety moja maska nie jest szczelna, zmieniam ją, statek odpływa od pozostałych, ja skaczę, patrzę pod siebie, a tam dno oddalone o 7 - 8 m.

FUCK! 

Miało być 2 m głębokości! Czuję jak serce zaczyna mi walić, usilnie staram się zaciągnąć powietrze przez rurkę, ale powietrza mam za mało. Za mało tlenu! Patrzę gdzie jest koło ratunkowe - daleko, łódź - jeszcze dalej! Co robić? Nie panuję nad sytuacją, zaczynam machać rękami jak oszalały. Nie, próbuję uspokoić oddech. Nie działa. Macham więc rękami ile sił, aby jak najszybciej znaleźć się przy kole, nagle zauważam, ze nie płynę kraulem, żabką, a pieskiem! 

Boże, chyba nie dopłynę ,zaznajamiam się z dnem, myślę ze to w sumie ładny miejsce pochówku, myślę tylko o Pani Poślubionej jak zareaguje. O Boże jestem jeszcze taki młody nie chcę umierać! Macham do ludzi -olewka, zobaczyłem koło, a przy nim naszego opiekuna, macham do niego, połykam wodę. Zauważył mnie! Dopływam. Jeszcze nigdy tak bardzo nie cieszyłem się na kawałek styropianu! Złapałem się tak kurczowo i mocno, że nic by mnie z niego nie ściągnęło! Podpływa łódź, z trudem wchodzę na jej pokład, nogi mi się trzęsą jak galareta.

Żyję, jestem bezpieczny.

Poczucie bezpieczeństwa przerywa na chwilę fakt, iż załoga wiadrami wyciąga wodę z pod pokładu statku! Jako, że reszta była niewzruszona po chwili również uznałem to za normę. Reszta dnia minęła mi tylko na jednej myśli: jak było blisko końca. Jako, że pierwszy raz pozwoliłem sobie na przeczytanie postu Pani Poślubionej, nie będę dublował informacji, które ona przekazała.

Podam Wam kilka przydatnych informacji i ciekawostek dotyczących Kenii.

1. Nie popadaj w paranoję, ludzie tam obecni są bardzo uczynni i uczciwi.
2. Jeśli przynajmniej choć trochę uważasz, żadna choroba Ci nie grozi, szczepienia nie są konieczne, a leki anty malaryczne tym bardziej.
3. W porze suchej komarów praktycznie nie ma, to nie polskie morze.
4. Nie każdy komar przenosi malarię, właściwie to mało który przenosi. To tak jak u nas nie każdy kleszcz przenosi boreliozę.
5. Jedz i pij do syta wszystko, napij się jedynie dwa razy dziennie po kieliszku wódki, nic Ci nie będzie.
6. Weź drobne na napiwki (Nam starczyło 25 sztuk jednodolarówek, a nie skąpiliśmy).
7. Wybieraj, kupuj wycieczki u miejscowych. Są one nieraz lepsze niż w biurach podróży, a 2-krotnie tańsze.
8. Weź z sobą lekkie spodnie dresowe, bielizny praktycznie nie potrzebujesz.
9. Nie wymieniaj waluty na lotnisku.
10. Sprawdź po którym roku wydania banknoty są honorowane (bywa z tym różnie)
11. Targuj się o wszystko, rzucaj tak samo niewiarygodne ceny jak sprzedający w twoim przypadku, niewiarygodnie niskie. Zazwyczaj to co proponują jest warte około 10-25% żądanej kwoty.
12. Kup filtry 30, 50 w dużych ilościach.
13. Zabierz z sobą wszystkie niepotrzebne Ci ubrania i obuwie, jakie wejdzie do walizki. Na miejscu wymienisz je na pamiątki. Tu najcenniejsze są buty, miejscowi bardzo chętnie się wymieniają.
14. Przydatny może być również polski alkohol do wymiany handlowej.
15. Jeszcze raz nie popadaj w paranoje, to tylko Afryka jeśli jesteś w miejscowości turystycznej to jest naprawdę bezpiecznie.
16. Acha... pamiętaj o przypływach, bo może się okazać, że droga którą gdzieś doszedłeś już nie istnieje (przećwiczone na własnej skórze).




Wracając jeszcze do miejscowych Tur Operatorów, że tak ich nazwę. Obiecaliśmy im, iż jeżeli będziemy zadowoleni z ich usług napiszemy o tym, polecając ich tym samym innym. (zobaczcie jaki zmysł biznesowy)

Korzystaliśmy z usług dwóch miejscowych: Martina i Boba


Martin od wyspy Wasini i Glass Boat.
Bob od safari.
Martin zabrał nas na Glass Boat oraz na wyspę Wasini. Oczywiście jako, że były to nasze pierwsze kupione na miejscu wycieczki to obawy były spore. Przede wszystkim chciał zaliczkę, która naturalnie zbiliśmy do minimum - jaką mamy pewność, że nas nie oszuka? Żadną, trzeba po prostu w pewnym stopniu ufać! 

Jak się okazało wszystko było w porządku jak najlepszym! Miejscowi działają w bardzo prosty sposób: biorą pieniądze od Ciebie, potrącają swoją dole, przekazują je kierowcy busika, który dowozi Cię na miejsce. On znowu bierze swoją dolę, kasę przekazuje kapitanowi łodzi i podróż trwa w najlepsze. Kapitan łodzi bierze również swoją działkę i płaci za Twoje jedzenie. Tak tam to działa i powiem szczerze, że funkcjonuje bezbłędnie. Prawie jak w Polsce podwykonawcy, tylko na mniejszą skale.

Kolejna obawa to czy nas nie porwą, w tym miejscu radzę wrócić do pkt. 1 i 15. Nie popadaj w paranoje! Ludzie są naprawdę przyjaźnie nastawieni, oni z tego żyją! Żyją z białych!

Bob natomiast oferował nam Safari, różnej maści dwu, jedno, trzy dniowe. Z przelotem samolotem itp. jest kompleksowy w swoich działaniach, załatwi wszystko, nawet lód na pustyni! Prawdę mówiąc targowaliśmy się z Bobem z 5 dni zanim doszliśmy do porozumienia dot. ceny. On wiedział, że chcemy pojechać na Safari a my, że chce nas tam zabrać i tak targowaliśmy się każdego dnia przez 5 dni. Niesamowity człowiek!


Bob również wywiązał się z umowy perfekcyjnie, wszystko co nam obiecał i pokazał przed wyjazdem się zgadzało. Kiedy nawet my już nie chcieliśmy dłużej jeździć po parku, jego kierowca wyczaił gdzie są słonie (bardzo na nie wyczekiwaliśmy) i nas tam zabrał.


Grupka innych Polaków pojechała z Bobem na 2 dniowe Safari i również nie mieli żadnych zastrzeżeń, podobno zwierzęta podchodziły pod ich chatki na drzewach! Mogę z pełną odpowiedzialnością polecić Boba jako solidnego człowieka i dobrego Tur Operatora. Jako, że przesłaliśmy również Bobowi link do tego postu, pozwolę sobie do niego zwrócić:

Bob, when we will back to Kenia, we will go with you to 3 - days safari. Thank you for everything!

Pozwolę sobie powiedzieć również parę słów na temat Tui, naszego biura z którym pojechaliśmy na miejsce. Sam zakup wycieczki i jej cena to był strzał w dziesiątkę, wszystko przebiegło pomyślnie, niestety dalej nie było równie łatwo. Przelot, wszystko w porządku pomijając fakt, iż samolot czarterowany przez Tui był nabity do granic możliwości, ściślej  foteli już się ustawić chyba nie dało. Pomijając fakt niewygody przelotu to brak posiłku zapewnionego w cenie biletu jest dla mnie na tak długiej trasie żenadą! Oszczędność za wszelką cenę?

Spotkanie z Rezydentem to nie powinna być reklama lokalnych wycieczek, a przekazanie ważnych, podstawowych informacji na temat okolicy, personelu, hotelu, nikt nam nie przedstawił menagera, pokazał, że jest również dostępne jedzenie przy basenie z baru. Całkowity brak informacji!

Ach no tak, została nam natomiast przekazana informacja, że jeżeli będziemy wymagali opieki medycznej, musimy sami pokryć jej koszty, które zostaną nam później zwrócone. Co to do cholery ma znaczyć? Wyraźnie i kilkukrotnie pytałem się Pani z TUI (jeszcze w kraju) ile minimalnie gotówki potrzebuję na miejscu. Za każdym razem otrzymywałem informację, że na wizę. Dalszy pobyt na miejscu nie musi wiązać się już z żadnymi kosztami. Co gdybym zachorował, a koszty mojego leczenia przerosły by nawet sumę pieniędzy posiadanych w kraju? Paranoja!


Kolejny raz Panią Rezydentkę widzieliśmy na lotnisku, rzuciła: do widzenia i odjechała. A gdyby ktokolwiek miał problem ze służbą graniczną, bagażem? Jedni Państwo zakupili na miejscu ogromną rzeźbę Masaja, Rezydentka rzuciła okiem, skrzywiła się i odeszła. To od czego Ona tam jest? Nawet nie zapytała czy dadzą sobie radę z nadaniem tego bagażu czy im pomóc. Klient = wróg # 1 najlepiej żeby nic nie chciał. To nieco popsuło obraz całości na szczęście wszystko uratowali miejscowi ludzie, kuchnia i hotel Diani Sea Lodge.

25 komentarzy:

  1. wspaniała relacja :) zazdroszcze podróży do tak nieznanego mi zakątka świata. Kenia to był dobry wybór :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Sliiiiczne fotki i cudowna relacja! Na plazy wygladasz jak Nimfa Wodna Kochana! Cuuud!!! Rzeczywiscie szkoda tych dzieci z wioski, tak niewiele moze im sprawic ogromna radosc... Gdybym mogla im przeslac chocby 1/10 zabawek moich dzieci, pewnie te dzieciaki bylyby wniebowziete, a moje nie zauwazylyby roznicy :( Bardzo to przykre :((( I te chatki z odchodow, az sie serce kroi ;(

    OdpowiedzUsuń
  3. Zawsze jak jest fajnie to czas zdecydowanie za szybko ucieka... Piekne zdjecia :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pobytu na safari zazdroszczę chyba najbardziej :) ... Cała ta Wasza podróż to musiało być niesamowite przeżycie :) aż żal że to już koniec relacji ;)
    Pozdrawiam Monia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. JA najlepiej wspominam jednak wyspę Wasini, zupełnie na odwrót do Pana Poślubionego, który tak jak napisał prawie stracił tam życie i wtedy wcale nie było mu do śmiechu ;)

      Usuń
  5. Pozwoliłam sobie podkraść zdjęcie zachodu słońca i zdobić sobie z niego tapetę na pulpicie :)))
    Ciężko jest wrócić do rzeczywistości po tak wspaniałej wyprawie? ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie lubię Was! Byliście w najpiękniejszym miejscu na Ziemi! Foch! ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Właśnie przebrnęłam przez Wasze ostatnie posty o Kenii (musiałam nadrobić zaległości) i czuję niedosyt:) Wielka szkoda, że streściliście wszystko w tej jednej notce. A na pewno sporo czytelników nie zanudziłoby się czytając o Waszej podróży poślubnej. Wręcz przeciwnie:) W ogóle to czytając czułam się jakbym tam była:D Wszystko tak prawdziwie było oddane. Gratuluję, bo to nie łatwe zadanie kiedy w głowie tyle wspomnień i świeżych emocji. Wspaniała przygoda z tą Kenią:) Choć ja osobiście na podróż wybrałabym nieco inne miejsce, ale na przygodę Kenia idealna:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Wcale nie zanudzaliście tym tematem, wręcz przeciwnie! Jest mi smutno, że to już koniec relacji :(

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja też żałuję, że to już koniec opisów Waszej podróży. Jednak z niecierpliwością czekam na posty o codzienności i innych sprawach :)

    OdpowiedzUsuń
  10. A mnie się podoba Wasze wyczucie :) Brawo brawo.
    Podróż piękna i cieszę się bardzo, że Wam się podobało! Tak przy okazji, Pani Poślubiona mi przypomina trochę kogoś z mojego bliskiego otoczenia ;-) Chyba przez te włosy ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Super, że mieliście rezydenta! My to ostatnio nie mieliśmy wcale:P Równie dobrze mogliśmy sobie rezerwować hotel i loty sami i nie byłoby różnicy. Ale my raczej od zawsze woleliśmy wycieczki organizowane przez nas samych bo są najlepsze;)

    Nigdy mnie nie ciągneło do Afryki, ale może kiedyś....

    OdpowiedzUsuń
  12. Ale cuda widzieliście, i to na wszystko na żywo, na własne oczy! Pięknie :) Ja tam chętnie poczytam i pooglądam jeszcze zdjęcia z Waszej Afryki, fascynujące są :) Podróż marzeń :) Jest co opowiadać dzieciom, wnukom i nam też, tu na blogu :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Cieszę się, że wyjazd dostarczył Wam tylu wrażeń i ogólnie był udany. Przyznam szczerze, że czytam Wasze posty z takim lekkim uśmiechem na twarzy, bo wszystko opisujecie z takim zaangażowaniem, jakby było wyjątkowe i jedyne. To oczywiście fajnie, że przeżywacie swoje życie świadomie i radośnie. Nie chcę studzić Waszego entuzjazmu, jednak odnośnie tego spontanicznego wyjścia do "prawdziwej" wioski w małym gronie... Myślę jednak, że ta wioska, choć nie typowo stworzona pod turystów, to jednak bardzo nastawiona na skomercjalizowane odwiedziny, które "spontanicznie" aranżuje jakiś tubylec z hotelu. Okolice turystyczne w Afryce nie są nawet namiastką prawdziwej Afryki.

    OdpowiedzUsuń
  14. Wioska jest zdecydowanie skomercjalizowana, gdyż ludzie tam mieszkający przedstawiali swoje ludowe tańce także w hotelu. Oczywiście, że byli uprzedzeni o naszym przybyciu poza tym wzięli za to kase. To tylko taka namiastka Afryki :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Świetne zdjęcia :) Rewelacyjna relacja :P
    Zapraszam do mnie na wielkanocną babkę ;) http://wenus-lifestyle.pl/2014/04/babka-wielkanocna/

    OdpowiedzUsuń
  16. To musiała być niesamowita podróż :) cieszę się, że wróciliście z niej przepełnieni fantastycznymi wrażeniami :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Świetna jest Wasza relacja z Kenii- człowiek czuje się jakby przez chwilę tam rzeczywiście był:)

    OdpowiedzUsuń
  18. Super fotki, na pewno to był wspaniały wyjazd!!! :)
    Taka podróż poślubna, to naprawdę wspaniały czas...do egzotyki arabskiej północnej Afryki w Polsce się już przywykło, ale czarna Kenia, to naprawdę coś wspaniałego!!!
    PS. Pani Poślubiona pięknie wyglądała i to w tak nietypowych warunkach!!! :D
    PPS. Może przeoczyłam, ale chciałam spytać z jakim biurem byliście?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo :) choć ja uważam, że nie wyglądałam najlepiej :D

      Jechaliśmy z biurem podróży TUI, wczasy wykupywane przez stronę tui.pl

      Usuń
    2. dzięki, bardzo mi się spodobała ta wycieczka, szczególnie, że bardzo ciekawie ją opisałaś i udokumentowałś fotkami ;)
      aż chce się jechać :)
      PS. swoje zdjęcia najlepiej ocenia się po jakimś czasie, bo zawsze jest się w stosunku do siebie zbyt krytycznym ;) mnie się bardzo podobały i plenery i modele ;) pozdrawiam :)

      Usuń
  19. Super sprawa taka wyprawa. Bardzo chciałabym zobaczyć safari. Szkoda, że nie było lwów aczkolwiek wodospad i widoki musiały zrekompensować w stu procentach:)

    OdpowiedzUsuń
  20. Dawno tu u Was nie byłam, ale to wszystko przez brak czasu. Czekałam na Wasze relacje z podróży. Jak dla mnie jesteście wyjątkowi. Mało kto decyduje się na taką podróż poślubną ;) bardzo Wam zazdroszczę... ;)

    OdpowiedzUsuń
  21. Dość oryginalnie jak na podróż poślubną. My byliśmy na Rodos. Wspaniałe wspomnienia pozostały. Pozdrawiam gorąco. ..

    OdpowiedzUsuń