22 października 2014

Puść bąka, a powiem Ci kim jesteś.

Źródło: http://kortan.hu/images/wc-douche-sticker-3.jpg

PANI POŚLUBIONA

Pan Poślubiony długo namawiał mnie na napisanie tego posta. Nie byłam pewna, bo po co o tym pisać? W naszej kulturze istnieje wiele tematów tabu. Seks? Coraz mniejsze tabu, bo atakuje nas na bilbordach, w telewizji, radiu, dosłownie wszędzie, ale jak jest z tematem naszej fizjologii? Przecież każdy z nas pierdzi, beka, kicha, załatwia swoje potrzeby.  Każdy, ale nie każdy umie, chce, potrafi o tym mówić.  Kto by pomyślał, że ta piękna Pani na szpilkach wychodząca z wc w biurze, przed chwilą walnęła siarczystego bąka? Nikt.

Pamiętam doskonale te czasy kiedy spotykaliśmy się z Panem Poślubionym, jako chłopak i dziewczyna, i kiedy to każde z nas musiało być idealne. Pamiętam jak zastanawiałam się co ubiorę, jak się pomaluję czy jak będę pachnieć. Jak każda kobieta uwielbiam o siebie dbać, ale jak każdy człowiek korzystam z toalety i nie zawsze rano wyglądam pięknie (no dobra, powinnam raczej napisać, zawsze rano wyglądam jak strach na wróble, który właśnie wrócił z bagien..i tak, chodzi mi o tą cudowną poranną woń z ust).

Wspólne mieszkanie razem łamie pewne granice, które niegdyś w związku były granicami nieprzekraczalnymi, a które po kilku latach bycia razem stają się codziennością. Powiedzcie mi szczerze? Pierdzicie przy sobie? Pewnie większość z Was powie tak, niektórzy nie napiszą tego, nie przyznają się, bo to przecież wstyd. Niektórzy napiszą, o fuj, jesteście obrzydliwi, jak można, trzeba szanować drugą osobę i starać się zachować jakieś resztki godności, dobrego wychowania, człowieczeństwa. 

Uważam, że jestem dobrze wychowana. Nie bekam przy stole, nie pierdzę wśród ludzi (przynajmniej nie specjalnie), ogółem staram się być dystyngowaną damą. Co innego jak człowiek zostaje sam ze sobą. Wtedy jakoś nie mamy z tym problemu i nie lecimy na każde pierdnięcie czy beknięcie do toalety. Podobnie jest w małżeństwie. Przy Panu Poślubionym czuję się prawie tak jakbym była sama, jest on moją drugą połówką, czyli razem tworzymy całość. Nie widzę nic złego w tym, że czasem coś się wymknie, specjalnie czy nie to już inna sprawa, a czasem bycie po prostu taką świnią jest dla nas niezłym powodem do śmiechu. 

Nie wstydzę się swojej fizjologii, bo mój mąż to jedna z nielicznych osób, poza lekarzami, którzy widzą mnie nago, taką jak mnie Bóg stworzył, to jedyna osoba, której jestem w stanie powiedzieć bez krępacji, że dziś miałam rozwolnienie i nie mówię tego w skromny skryty sposób, a po prostu gadamy o tym tak samo jak o tym jak minął nam dzień. Nie wiem z czego to wynika, ale cieszy mnie, że pewne granice są zacierane. 

Nie widzę problemu, żeby Pan Poślubiony się przy mnie załatwił, ale mam jedną pewną zasadę, której jeszcze się trzymam. Pan Poślubiony nigdy nie wychodzi do ubikacji kiedy to ja załatwiam tą grubszą sprawę. Wszystko to za sprawą pewnej komedii romantycznej, którą kiedyś miałam okazję oglądać. Ogółem puenta danej sceny była taka, że po wejściu fantastycznej laski do toalety, gdzie w łóżku czekał na nią napalony kochanek, on natychmiast traci jakąkolwiek ochotę, gdy widzi i słyszy jak jego sex bomba ładuje, bo inaczej się tego nazwać nie da. 

Myślę, że w związku potrzebne jest łamanie pewnych granic i przez to docieranie się. Trzeba pamiętać jednak o tym, żeby nie żyć razem jak świnie w oborze i czasem jednak zdarza się, że i ja i Pan Poślubiony nawzajem się upominamy. Dzięki Bogu.



PAN POŚLUBIONY

Pamiętam jak spotykałem się z Panią Poślubioną jako nastolatek, zawsze.perfekcyjnie czyste buty, wyprasowane spodnie i ew. koszula, włosy na żelu i guma w gębie, gdyby miało mi z niej nieświeżo pachnieć. Teraz średnio dwa razy w tygodniu słyszę: "mów w drugą stronę albo idź umyj zęby".

No cóż wszystko się z czasem zmienia. Nie tylko fakt żucia gumy, a pewnej tolerancji i szczerości jaką siebie darzymy. Bynajmniej nie twierdzę tutaj, że stałem się niechlujem albo brudasem, ale fakt w jaki sposób przesuwają się pewne kanony zachowań związku. Niezmiennie śmieszy mnie jak w filmie para kochanków namiętnie całuje się po przebudzeniu. Nie wiem czy tylko jak tak mam, ale po rano bym nawet psa nie pocałował z obawy, że mógłby zdechnąć. Magia kina.

Pamiętam jak parę lat wstecz podczas wspólnego posiłku starałem się jeść tempem Pani Poślubionej, udusiłem się przy tym niemalże własną śliną, ale dawałem radę, a teraz jem po swojemu jak skończę pierwszy to skończę i tyle. Jak jesteśmy strasznie głodni to potrafimy jeszcze na stojąco podjadać coś z lodówki póki nie zaspokoimy pierwszego głodu. Pani Poślubiona potrafi być straszną heterą, gdy jest głodna, nagle wychodzi z niej "mały wkurw" i złości ja wszystko naokoło dopóki się nie naje. 

Jeszcze kilka lat temu nie odważyłbym się podrapać w nosie albo w uchu (tak nie bądź zdziwiony drogi Czytelniku, nie tylko tobie zdarza się grzebać w nosie stojąc na światłach w samochodzie), a dzisiaj niemalże nie zauważam tego, że beknę po cichu. 

Podobnie jest ze zwykłymi czynnościami fizjologicznymi (wiecie chyba o czym mówię), nie do pomyślenia było dla mnie, że mógłbym załatwić się w obecności Pani Poślubionej. Dziś stało się to niemalże rytuałem. Pani Poślubiona w łazience = Pan Poślubiony na tronie. A ostatnio nasza rozmowa zeszła na temat kto jaki ma stolec - 9 lat związku swoje robi. 

Dla niektórych z Was może być to obrzydliwe, ale przyznajcie się przed samymi sobą, komu z Was nie zdarzyło się puścić baka w obecności ukochanej osoby? (tak po cichu) Ja niejednokrotnie wychodziłem od Pani Poślubione niemalże ze skrętem kiszek, a teraz nikt na to już nie zwraca uwagi. Kiedyś obiecywałem sobie, że u mnie w domu będzie inaczej, jasne! Niezapomnianym doznaniem jest, gdy czasami Pani Poślubiona, ot tak dla żartu postanowi na mnie kichnąć  brrr..... .

Tak to już jest, że z czasem coraz mniej rzeczy nas krępuje, aż się boję przyszłości! 

33 komentarze:

  1. Kiedy leżałam na gastrologii tam wszyscy dawali z rury... Musieli inaczej się nie dało bo ból był ogromny. Co innego kiedy jest się zdrowym i żyje się obok drugiej osoby jednak chyba trzeba zachować dystans

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dziękuję za tego posta, rozbawiliście mnie do łez... świętą prawdą. :))

    OdpowiedzUsuń
  3. zgodzę się w 95% jedynie załatwianie potrzeb fizjologicznych "w towarzystwie" byłoby dla mnie nie do przejścia :p ale z całą reszta się zgodzę :) życie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. ;) U nas jest podobnie. Aczkolwiek po porodzie czułam się tak źle że zabrałam męża nawet do toalety i nie ważne było co tam będę robić ważne że był ze mną....wtedy było mi gorzej niż podczas samego porodu :P No i jeszcze jedna rzecz się nie zgadza...mianowicie jestem znana wśród dobrych znajomych z głośnego bekania po piwie ;) Ważne mieć do siebie dystans a jak trzeba być prawdziwą damą ;)
    Pozdrawiam Monia

    OdpowiedzUsuń
  5. To powiem wam, ze my lekarze nic dziwnego w tym nie widzimy, to zwyczajnie sprawa kultury ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. O mamo, dawno nic mnie tak nie rozbawiło. :D :D :D Chociaż jeszcze chyba nie dotarliśmy na Wasz poziom. :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Fajnie, że poruszyliście taki temat.. bo to również do Nas należy, żyjemy z tym na co dzień.. Niektórzy sobie myślą, jak można tak robić... ale to jest normalne.
    U Nas jest podobnie jak u Was.. Jest to taki sam normalny temat jak seks i nie mamy z tym wstydu o tym rozmawiać:)
    Pozdrawiam Was serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  8. o ja pier.... :D hahaha :D wybaczcie :D

    OdpowiedzUsuń
  9. To chyba zależy od człowieka. Zawsze byłam fleją i brudasem, poplamione ubrania (a i podarte czasem) to norma, dziura w rajstopach? No przecież ma tylko centymetr, dziury w skarpetach zaszywało się dopiero, gdy wyłaził palec. Niemałż podobnie, trochę lepiej dbał o siebie w pracy (ja też), ale prywatnie potrafi w dziurawych spodniach chodzić po domu, zwyczajnie dodziera stare ciuchy, by nowe starczyły na dłużej. Ja nie mam tego problemu, bo mimo wszystko ubrania się na mnie dobrze trzymają, a poza tym mam ich sporo.

    No i nigdy nie czułam potrzeby być dystyngowaną damą. Zaczęliśmy się spotykać będąc nieraz umorusani po uszy, bo się trzeba było czołgać w piachu, czy w błocie, czy łazić po spalonym popiele z cegielni. Po wizycie w ruinach cegielni każdy stan wydaje się być czystym. Czarna sadza zeszła dopiero po trzeciej kąpieli. :D

    OdpowiedzUsuń
  10. zabawna notka :) uśmiałam się:) ja i mój P. jesteśmy ze sobą 6 lat i też normalnym dla mnie jest, że np. on się kąpie, a ja tym czasie robię siku. Tak samo beknięcie czy puszczenie bąka. Oczywisciie, tylko przy nim. Bo to Moja Osoba, Ukochana, Mój Mężczyzna, który widział mnie już rzygającą, zasmarkaną. Pozdrawiam, Kasia:)

    P.S. Kiedy jakaś notka o ciaży?:)) Jestem ciekawa jak się czuje Pani Poślubiona, czy macie już jakieś ubranka itd.

    OdpowiedzUsuń
  11. " Ja niejednokrotnie wychodziłem od Pani Poślubione niemalże ze skrętem kiszek" hah cudowne :D

    OdpowiedzUsuń
  12. "mów w drugą stronę albo idź umyj zęby" - haha rozbawiło mnie to bardzo! no cóż, samo życie... :-) natomiast słowa "gdy jest głodna, nagle wychodzi z niej "mały wkurw" i złości ja wszystko naokoło dopóki się nie naje" są też zdecydowanie o mnie, myślę że mój ukochany podpisałby się pod tym rękoma i nogami :-) a wracając do ogółu - świetna notka i naprawdę super temat! U mnie też jest pełna swoboda i myślę, że to bardzo dobrze. Znam 2 pary, które są ze sobą ponad 4 lata i "nie doszło jeszcze do bąka" - pojąć nie mogę :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie mogę zrozumieć po co się tak katować!

      Usuń
  13. świetne, ubawiłam się (a nawet ubawiliśmy się niezmiernie!) My chyba aż na takim etapie nie jesteśmy, ale razem jesteśmy krócej, więc po 9 latach - nic mnie nie zdziwi :P Ja pamiętam nasze początki, jak mój mężczyzna puszczając bąka mówił że to takie wyznanie miłości, bo jak facet puszcza bąka przy swojej kobiecie to znaczy że kocha ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre, na takie wytłumaczenie nie wpadłem :P

      Usuń
  14. Mamy dwie lazienki, wiec nie ma potrzeby korzystania w tym samym czasie. Ale pamietam jak kiedys w czasie namietnej gry wstpenej poczulam, ze nadciaga BAK(!!!).
    Krystusie Iglasty o malo nie umarlam, spielam sie cala, dostalam wytrzeszczu oczu i wstrzymalam oddech a Wspanialy na to "co sie stalo?" no to ja po angielsku bo tylko takim jezykiem mozna sie z nim porozumiec mowie przez zacisniete zeby "I'm holding one"
    A on w odpowiedzi nacisnal moj brzuch i mowi "just let it go I have no time to wait"... no i poszlo:))))))))))))))
    Do dzis sie z tego smiejemy. A ja przy lozku na nocnym stoliku mam odswiezacz powietrza i jak Wspanialy da w rure to spryskuje:))) Dawniej mialam strasznie smierdzace perfumy, ktore dostalam kiedys w prezencie (co ludzie maja w glowie, zeby taki smrod w butelce czlowiekowi sprawic?) ale Wspanialy bardzo narzekal na te perfumy i prosil zebym ich nie uzywala, bo nawet po porannej kapieli ciagle smierdzi jak "tania kurwa":))))
    Przyznalam mu racje i wymienilam smierdziela na odswiezacz cytrynowy.
    Ale jak samej mi sie wymsknie to nie spryskuje bo moje baki nie smierdza:))))))))))))))))))))))))
    Dzizas czym ja tego Wspanialego odzywiam????????????

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahhahahahhaha nawet nie wiesz jak się uśmiałam dzięki Twojej historii :D

      Usuń
  15. Bardzo podoba mi się wasze podejście do związku. Nie macie problemu z rzeczami które innych przyprawiają o obrzydzenie czy zdziwienie. Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Hahha :))) swietna notka :))) ja na poczatku znajomosci wstydzilam sie nawet wyjsc przy moim do lazienki no bo jak tu wypasc dobrze i sexi a nagle isc kupe zrobic? Do tej pory staram sie unikac pokazywania sie w sytuacjach typu biologiczne potrzeby, puszczabie bakow czy bekanie, glownie dlatego ze moj maz wogole sie z tym nie krepuje a mnie to razi :/ dlatego wole zeby nie widzial mnie w sytuacjach nieestetycznych typu posiadowka na kibelku :P Ale z drugiej strony czy czyms moge zrazic meza ktory widzial mbie dwa razy przy porodzie? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja miałam tak samo! Pamiętam jak raz u R. mi się zachciało i za cholerę nie poszłam do niego do kibla tylko kazałam się odwieźć do domu (mieliśmy dwa km do siebie), coś wkrecilam ze czegoś zapomniałam =D a później jak jeszcze mieszkaliśmy w PL razem juz, to mieliśmy taki rytuał ze w niedziele rano zawsze jechaliśmy do moich rodziców a w sobote zazwyczaj była impreza. Ja mam tak ze jeśli wypije więcej niż jednego drinka to drugi dzień spędzam praktycznie na kiblu :D wiec w niedziele zazwyczaj szybko chciałam do domu dojechać a R. zawsze albo tankowanie auta albo myjnia a ja się wstydzilam powiedzieć ze chce mi się na kibel w końcu mu powiedziałam ze "muszę dwójkę bo mam fazę kreta", dwójka wiedział co to ale nie wiedział co to faza kreta (wystawia juz główkę :D), jak wytlumaczylam to do dzisiaj się śmieje ze mnie:P
      Niewiedzialam ze można taki długi komentarz o kupie napisać :D

      Usuń
    2. Hha hha :)))) rozwalilas mnie faza kreta :)))) love it :))))))) ja do tej pory nie moge dwojki przy tesciach ;))

      Usuń
    3. Ja się we własnym domu nie załatwię jeśli są u mnie goście :D

      Usuń
  17. A ja ostatnio usłyszałam, że akceptacja partnera może być mierzona m.in. poziomem akceptacji jego bąków... :)

    ostatnio do naszej trójcy dołączyła córa...w sensie pierdzenia...i przy każdym bąku bije sobie brawo :))

    OdpowiedzUsuń
  18. Pamiętam nasze pierwsze "przesuwanie granic" jak przy zasypianiu któreś z nas nie miało kontroli nad tym co wypuszcza z pośladków i było "ups" i kupa śmiechu na drugi dzień :D

    OdpowiedzUsuń
  19. Hmm uważam, że napisaliście samą prawdę, ale ciut za ostro. Nie mniej jednak, zgadzam się z (prawie ) wszystkim ;) W życiu nie siedziałabym na "tronie" przy moim mężu, ani on przy mnie ;) tego akurat się trzymamy, nie załatwiamy swoich potrzeb przy sobie -uważam, że jakieś granice muszą być.
    Ale..z resztą tak bardzo się zgadzam ;) kiedys wstydzilismy sie oboje powiedziec, ze chce nam sie kupę, przez 6lat zwiazku nigdy nie załatwiłam grubszej sprawy u chłopa ;))) pierdnięcie- ojjj nie było mowy o tym, no chyba że przez przypadek ;) A teraz..teraz to gadamy o wszystkim, jak mam częstszą posiadowke na "tronie" to omawiamy to haha ;) Teraz mi się śmiac z tego chce, bo jak bardzo to wszystko sie zmienia :)
    Szczerze mowiąc zasatanawiałam sie czesto, jak to bedzie po slubie...jak nagle będziemy ot tak przebywac ze sobą prawie całe dnie, jak to bedzie z "tymi" wszystkimi sprawami...ale załatwiło sie to samo ot tak po prostu ;))

    OdpowiedzUsuń
  20. hhahaha cudowny, cudowny post! uśmiałam się z tej szczerej prawdy :) uwielbiam Was moi Poślubni!
    a Ty, Pani Poślubna, gotuj i podsyłaj zdjęcia :*
    zapraszam na makaron z kurakiem! :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Świetna notka! U mnie jest podobnie choć w toalecie wolałabym nie siedzieć z moim mężem heheheh

    OdpowiedzUsuń
  22. Świetny post! Dawno się tak nie uśmiałam. Ale co prawda to prawda! Zgadzam się z Wami w 100% :)
    Mam nadzieję, że niedługo pojawi się jakiś wpis na temat ciąży, czekam z niecierpliwością. Buziaki! :*

    OdpowiedzUsuń
  23. My z Marcinem jesteśmy na tym etapie co wy. Zachowujemy się na luzie, czasami się coś wypsnie:)

    OdpowiedzUsuń
  24. My mamy 5 lat mniej stazu od Was, ale tak jakbym czytała o nas :D Standard - ja biorę prysznic, a P. rzuca: "Ale fajną walnąłem!". Natomiast w drugą stronę mam tak jak Pani Poślubiona - wypraszam P. z łazienki.
    Fantastyczna notka :)

    OdpowiedzUsuń
  25. My się nie załatwiamy w swojej obecności:) Ja właściwie nie miałabym nic przeciwko, ale mój mąż raczej tak. Nawet jak prysznic jedno z nas bierze, a drugie chce umyć zęby to rzadko się zdarza. Co do bąków różnie to bywa, ale staramy się też unikać w swojej obecności.

    OdpowiedzUsuń
  26. Bąki, beki i kichanie to najmniejsze zło, grubsze sprawy byśmy się wstydzili przy sobie załatwić, ale może to przyjdzie z czasem, tak jak i puszczanie bąków czy bekanie, bo jak tak się porządnie wybekamy czy wypierdzimy przy sobie to lżej na żołądku :P

    OdpowiedzUsuń