28 lutego 2014

Blog tylko dla wybranych, czyli dla wszystkich.



Blog zamknięty. Koniec. Co się z nimi stało? Pewnie tak większość z was myślała wpisując w wyszukiwarkę: blog dwoje do poprawki, a tam nic, blokada. Właśnie dlaczego blokada? Właśnie dlatego, że jeden portal bez naszego pozwolenia nieoczekiwanie na facebooku umieścił link do naszego bloga. Pech chciał, że ten portal miało zalajkowane wielu naszych znajomych. Co to spowodowało? Lawinę. 

Od razu wzrost wejść gigantyczny, ale to nie istotne. Dla nas najgorsze było to, że teraz wszyscy się dowiedzą. Zakładając bloga wiedzieliśmy i po części liczyliśmy się z tym, że kiedyś prawdopodobnie w jakiś sposób znajomi dowiedzą się o jego istnieniu. Jednak oboje łudziliśmy się, że to raczej mało prawdopodobne. Nie chcieliśmy i nadal nie chcemy, żeby czytali to co tu piszemy. 

Choć powinniśmy się z tym liczyć, bo to przecież witryna publiczna, to jednak świadomość, że każdy ma to co myślisz wyłożone na talerzu, po prostu wkurza. Dlaczego? Wkurza, bo ciekawość ludzka nie zna granic. Szczególnie jeśli chodzi o znajomych. Ciekawi, jeżeli tylko dasz im możliwość wetkną nosa tam gdzie ich nie proszono i nawet jak powiemy prosimy nie czytajcie tego, to i tak z pewnością większość przeczyta.

Szkoda., bo miało być bardzo fajnie. Miało być o naszym życiu i o tym jak to jest w tych związkach. O tym jak się różni postrzeganie świata kobiety i mężczyzny. Teraz nie wiemy co dalej. Jak tu teraz pisać o nas kiedy my nie chcemy, żeby znajomi oceniali nas i nasz związek. Ludzie są bezlitośni. Będą wyśmiewać i obgadywać ze plecami. Nie zrozumieją założenia tego bloga, jak i jego celu. 

Stwierdzą jedno: po co oni pisali o sobie publicznie, dziecinada, jak można tak obnażyć swoje życie? Ano można. Choć to jak nasze życie wygląda i co w danej chwili robimy blog odzwierciedla jedynie w połowie. 50% naszego życia. Blog ten nie pokazuje tego o czym rozmawiamy, z kim się w danym momencie widzimy, jak imprezujemy, jak żyjemy. Blog to nasze blogowe życie, wyrwane sytuacje z życia codziennego.  Z naszymi czytelnikami dzieliliśmy się emocjami, a jak teraz to robić ze świadomością, że koleżanka czy kolega wczytuje się w nasze słowa? 

Na pewno musimy pomału oswajać się z tym, że jednak ten blog był i jest miejscem publicznym. Raczej nie zamkniemy bloga. Jeszcze nie. Blog daje nam radość. Dzięki niemu poznaliśmy wiele ciekawych ludzi. Wiele ludzi dawało nam komentarze, który dawały do myślenia i dzięki temu wiele razy dyskutowaliśmy o tym co napisaliśmy i czy zgadzamy sie z danym komentującym. Dzięki temu blogu właśnie odkryliśmy na nowo swoją drugą połówkę. Takie wspólne pisanie zbliża i daje wielką radochę. Jedyne co chyba zrobimy to ograniczymy ilość zdjęć z udziałem naszych wizerunków, ale to sie jeszcze okaże co i jak.

Myślimy też nad tym, żeby powstawały notki oddzielne. Czyli typowo damskie i typowo męskie. Co wy na to? Oczywiście nie zrezygnujemy ze wspólnych notek, bo taki był przede wszystkim cel tego bloga. Zdjęcia też będą. Nic się nie powinno zmienić. W naszym przypadku musimy przyjąć postawę, że akurat nie interesuje nas co pomyśli koleżanka czy kolega, a ważne jest, ze to jest nasza strona i nasze życie i cokolwiek tu nie napiszemy i czy w ogóle napiszemy jest naszą sprawą, a oceniać zawsze będą i niech to robią. 

Jesteśmy razem szczęśliwi i nie mamy się czego wstydzić. Dlatego nie usuwamy notek. OD początku nie mieliśmy wpływu na to kto przeczyta to co napiszemy. Fakt faktem, ze chcemy, aby każdy znajomy, który wejdzie na tego bloga i rozpozna nas wiedział, że wcale nie jest tu mile widziany. Nie powstrzymamy go, bo niestety nie mamy jak. Szkoda nam blokować bloga dla wybranych czytelników, bo jest was już tyle, ze szkoda byłoby to stracić. Miesięcznie odwiedza nas 20 tysięcy osób, dziennie wyświetlenia dochodzą do 1000. 

Tymczasem jutro czekają nas walentynki. Początkowo nie mieliśmy planów. Teraz wiem, że Pan Poślubiony coś kombinuje. Ja dalej nic nie kombinuje, bo nie lubię tych tłumów w restauracjach i kinie. Choć Pan Poślubiony stwierdził, że może warto odkryć magię walentynek i w końcu dać się ponieść z tłumem. Warto? Jak myślicie?

27 lutego 2014

Przepis dla/na męża


Tak się zdarzyło, że mam nawał pracy. Jak nawał pracy to w domu nie ma mnie od 8 do 20 nawet...a Pan Poślubiony wręcz odwrotnie. Na nadmiar pracy akurat teraz to już nie cierpi. Więc chwilowo to on stał się Panem Domu, Kogutem Domowym. Sprząta, się krząta, ściemnia, że sprząta no i gotuje. Gotuje z reguły według moich wytycznych. Do tej pory były to obiady, albo na wpół gotowe, albo brak obiadów i to bynajmniej nie ze względu na dietę, a miganie się Koguta Domowego. Dziś jest jednak wielki dzień. Pan Poślubiony ugotuje prawdziwy obiad prawie śląski! Jak nauczyć mężczyznę gotować taki obiad? Oczywiście kluchy i ogórki kiszone i gruszki marynowane są już gotowe, ale przepis na mięso musi być. Poniżej macie przepis jaki wysłałam Panu Poślubionemu mailem. Cierpliwi przeczytają. Ciekawa jestem czy tylko ja muszę tak szczegółowo instruować mojego Koguta Domowego jak zrobić mięso? Czemu to my drogie Panie martwimy się co na obiad? Jesteśmy królowymi kuchni. Pan Poślubiony nawet nie pomyśli co będziemy jeść jutro. Oczywiście lista zakupów i cała instrukcja musi być. Inaczej biedny zagubiłby się w sklepowej dżungli zanim jeszcze dotarłby do kuchni. Mówię sobie: przestań się przejmować, daj mu wolą rękę, w końcu sam się zacznie martwić...ale NIE, dziękuję. Jedzenie kebabów przez miesiąc mnie nie interesuje ;) 

Miłej lektury.

"Zanim przeczytasz raz niedokładnie, wróć i przeczytaj jeszcze 5 razy dokładnie. Skup się! Mięsny już zamknięty. Powodzenia!

Przed przygotowaniem mięsa wyjmij z zamrażalki kluski śląskie! Mam zamrożone. Połóż obok zlewu to się same ładnie rozmrożą.

Przepis na mięsko do klusek według mojej mamy:
1. Pokroić mięso w plastry jak na schabowe.
2. Lekko porozbijać każdy plaster trochę mniej niż na kotlety schabowe.
3. Wyjąć z 2 szuflady od góry w kuchni sól zmiękczającą mięso, jest to specjalna sól jaką otrzymałam od mojej mamy. Otwórz ją nożyczkami, unikniesz zasyfienia całej kuchni. 
4. Po otwarciu natrzyj każdy wcześniej rozbity kawałek z dwóch stron, ale nie za dużo bo będzie za słone. Natrzyj też pieprzem i czosnkiem. PAMIĘTAJ O TYM BO BĘDZIE JAŁOWE! Odstaw mięso aż sól nasiąknie. Na opakowaniu powinno być napisane ile mięsko ma stać. Wydaje mi się że będzie to coś koło 10-15 min.
5. Po odczekaniu aż mięsko nasiąknie solą, albo trochę wcześniej nawet możesz pokroić cebulę sztuk 2, pokrój ją w bardzo grube pióra czyli takie paski i zacznij smażyć na oliwie (cebulę jeszcze nie mięso) jak cebula się zeszkli (aby nie przypalić posyp lekko cukrem) przełóż ją do garnka w którym zdecydujesz się dusić mięso. Nie wybieraj proszę za małego garnka ani za dużego. Wierzę że dokonasz dobrego wyboru proporcjonalnego do ilości mięska.
6. Wyjmij miseczkę z szafki, nasyp mąki (tylko nasp pszennej nie ziemniaczanej w słoikach mam dwa rodzaje, mam nadzieje, że uda Ci się rozróżnić pszenną. Modlę się o to, inaczej obtoczysz mięso ziemniaczaną, choć nie będzie to nic strasznego to i tak blee) jak nasypałeś mąkę to obtocz z każdej strony każdy plaster mięsa, dolej oleju do patelni która została Ci po smażeniu cebuli, tak, olej jest za Tobą na półkach na samej górze w szklanym przeźroczystym dzbanuszki z a la korkowym zamknięciem. Plastry smaż tak żeby tylko lekko przyrumienić one dojdą w garnku do odpowiedniego stopnia uduszenia. 
7. Każdy ze smażony plaster wkładaj do garnka gdzie dałeś cebulkę, jak już w tym garnku znajdą się wszystkie zasmażone plastry, zalej całość wodą ale nie za dużo, tak zeby się sosik fajny utworzył. Tak na oko to na 1kg wydaje mi się że będzie maks szklanka wody...no nie wiem musisz zobaczyć. Podczas duszenia musisz kontrolować mięso czy ta woda nie wyparował jak tak to dolej troszkę. Pamiętaj zeby do tej wody włożyć liść laurowy, chyba tak z dwa liście to też na oko i ziele angielskie z 4 kuleczki.
8. Jak mięso będzie już dobre, a to nie wiem po jakim czasie bo to też trzeba kontrolować, sosik powinien sam zgęstnieć ale jak tego nie zrobi możesz lekko zagęścić mąką pszenną. 
9. Popatrz teraz na kuchnię. Tak jest syfik, ale Twoja żona wierzy w Ciebie.
10. Umyj patelnię, tłuczek, deskę, tysiąc łyżeczek i widelców, talerze, miseczki i inne rzeczy.
11. Wytrzyj blaty.
12. Schowaj słój z mąką i przyprawy.
12. Popatrz na mięso, chyba za mocno bulgocze?
13. Przetrzyj lekko podłogę.
14. W kuni powinien stać teraz tylko garnek z bulgoczącym mięskiem i rozmrażające się kluski śląskie na zlewie. 
15. Brawo minęło 5 h! Masz to za sobą! Żona niedługo wraca z pracy, dlatego rozłóż już stół, połóż talerze, wyjmij ogórki i gruszki, nalej wody i tyle!

Zadanie wykonane! :) ;) Tak mniej więcej robię obiad zawsze dla Ciebie mój mężu :* Jeszcze kilka godzin i wracam do domku!

Powodzenia!

Ps. Jakby co to dzwoń kupię po drodze pizzę.

Całuję,
Twoja oddana, wierna i zapracowana,
żona
Pani Poślubiona :D

Tak, chyba opublikuję to na blogu :D:D:D"

19 lutego 2014

Samochód



PANI POŚLUBIONA

W ogóle nie znam się na motoryzacji. Dla mnie kupno auta polega na wybraniu przede wszystkim poprzez wygląd. Czy mi się podoba czy nie? Czy kolor pasuje, no i wbrew pozorom najważniejsze czy w środku tapicerka nie jest pstrokata jak bazarowe stoisko. Jeżeli chodzi o jakiekolwiek parametry techniczne to sprawdzam jedynie czy auto ma klimatyzację i chyba tyle.

Jestem typową kobietą. Zawsze podziwiałam Pannę K., która z Panem Poślubionym zawzięcie dyskutowała o motoryzacji. Może to wynik tego, że ma ona starszego brata, który z pewnością ją w tej kwestii wyszkolił. Fakt faktem, że dla mnie Panna K. to taka Martyna Wojciechowska. Sama rozbierze deskę rozdzielczą (czy jak to tam się nazywa) i ponaprawia sobie lampki. Sama zatankuje auto, sama wymieni koło. Tak, ja nawet tankować nie umiem. Nie wiem gdzie, co i jak mam wlać. Dla mnie auto to auto. Co tu dużo myśleć. 

Jak jeździ, nie dymi, nie stuka i do tego ładnie wygląda to jest dobrze. Co do marek aut tu też nie jestem jakimś wyjadaczem. Znam chyba dużo marek, tak mi się wydaje, ale chyba od zawsze podobała mi się najbardziej jedna. Mustang. Przepiękne auto. Nie wiem jaki dokładnie model. Chyba nie widziałam brzydkiego Mustanga. No, ale może się mylę? 

Choć zawsze mówię Panu Poślubionemu, że jak będę bogata to kupię sobie Mustanga, on odpowiada mi, ze wtedy to chyba będę tylko na paliwo zarabiać. No to wpadłam na pomysł. Przerobię Mustanga na gaz ;) Nie wiem czemu zawsze wywołuje to w towarzystwie gromki śmiech ;) 

Dlaczego właściwie piszemy o autach? Dlatego, że od dłuższego czasu przymierzaliśmy się z Panem Poślubionym do kupna naszego pierwszego auta...przymierzaliśmy, przymierzaliśmy i zawsze te nasze przymiarki kończyły się fiaskiem. Dlaczego? Sama nie wiem. Chyba problem polegał na zbyt małych funduszach w stosunku do naszych zbyt dużych oczekiwań. 

Tym razem po raz n-ty znowu poszukujemy. Naszego małego autka. Pierwszego i już trochę rodzinnego. Byliśmy nawet oglądać i przejechać się jednym (brr nie wspomniałam wam jak nienawidzę jeździć i oglądać aut, sama nie wiem czemu) Oglądamy te auto i nagle Pan Poślubiony, ni z tego ni z owego, otwiera bagażnik i mówi: „Kochanie jak myślisz zmieści się tu wózek?” Zmieści? Hm..czy ja dobrze słyszę? Pan Poślubiny właśnie zaproponował, żebyśmy zastanowili się nad potomkiem i ten potomek zagości jeszcze w naszym nowym autku? 

Eee tam auto. Lepiej poszukajmy wózka.


PAN POŚLUBIONY

Już od dawien dawna rozmyślamy z Panią Poślubioną (wtedy jeszcze Narzeczoną) na temat zakupu czterech kółek. Generalnie bez auta dajemy sobie świetnie radę. Zakupy z dostawą  do domu Tesco, świeże produkty w okolicy, a na odzieżówkę do pobliskiej galerii albo bezpłatnym autobusem prawie spod domu do centrum handlowego. Na uczelnie pociągiem albo ze znajomymi. 

Czasem jednak są sytuacje w których potrzebujemy załatwić kilka spraw w ciągu jednego dnia i w różnych miejscach wtedy posiłkujemy się samochodem rodziców. Jednakże coraz bardziej zależy nam na niezależności od innych, o straconym czasie na podróżowanie komunikacją miejska i jej niedogodnościami już nie wspomnę.

A jednak wspomnę! Jako, że na uczelnie jadę około 1,5 h w jedną stronę różnymi środkami transportu publicznego cztery razy w tygodniu, to intensywność pewnych bodźców jest spora. 

Stąd moje pytanie:
czy Wy się Ludzie w ogóle myjecie?

Jak wchodzi się do autobusu to czuć taki smród, że niejednokrotnie ciężko jest wytrzymać! Pomijam już kwestie wszędobylskich żuli, ale siedzi koło mnie wydaje się normalny facet, a tak od niego je*ie, że się wytrzymać nie da. Co oni gniją od środka?

Poza przykrymi zapachami to jednak czas odgrywa równie istotna rolę. Podróż, która autem zajmie mi 25-30 min, komunikacją miejską trwa 1,5 h! No jest znaczna różnica. Poza takim codziennym użytkowaniem jesteśmy strasznie ograniczeni pod kątem weekendowych oraz wakacyjnych wyjazdów.

Stąd też zapadła decyzja kupujemy auto!

Ale za ile? Zobaczyliśmy ile możemy przeznaczyć i szukamy w sieci. Zasypuje Panią Poślubioną linkami do ogłoszeń, a w odpowiedzi otrzymuję: ładne, brzydkie, nie ma innego koloru? Ma lusterko w osłonce przeciwsłonecznej dla kierowcy? Czy ta tapicerka musi być taka pstrokata? 

No tak, to są priorytety dla kobiet w doborze auta. Ale czego ja się właściwie spodziewałem? Szukam aut, szukam i za każdym razem jest tak samo: a popatrz ten model po face liftingu (dla Kobiet: face lifting -coś jak operacja plastyczna np. nosa, cycków) i kosztuje jedyne 800 zł więcej. To czemu nie kupić troszkę nowszego, ładniejszego, lepszego? A jak dołożymy jeszcze 600 zł to możemy kupić auto o segment wyższe (lepszej klasy drogie Panie) i jeszcze lepiej.

Tym o to sposobem dobijamy do maksymalnej kwoty jaką chcieliśmy przeznaczyć na auto, a gdzie ubezpieczenie, wymiana filtrów, olejów, rozrządu? Wracamy więc do punktu wyjścia tym razem od przewidzianej kwoty na zakup auta. Odejmujemy koszty związane z jego zakupem i otrzymujemy maksymalną wartość pojazdu. I co? I w tej cenie to nam się nic nie podoba! 

Utopia!

Generalnie kupno auta to dla mnie niełatwa sprawa, bo chciałbym, aby było doskonałe, a takie nigdy nie będzie, a może dlatego ze to mój pierwszy zakup i nie potrafię do niego podejść na zimno. 

Jak Tata Pani Poślubionej kupował samochód to pojechał do komisu zostawił swoje stare auto i wrócił innym. Bez stacji diagnostycznych, mechaników itp. Jeździ? Jeździ! Także usilnie poszukujemy pojazdu, mam nadzieję że udam nam się coś znaleźć sensownego w najbliższym czasie. 

Ma ktoś jakieś auto na sprzedaż?

15 lutego 2014

Walentynki


Pewnie już Was facebook zasypał...serduszkami, napisami, wyznaniami. Nas zauroczyła ta reklama. Niesamowita. Taka niby banalna, a oboje uśmiechnęliśmy się do monitora.

Walentynki. Święty Walnięty. Wszyscy oszaleli. Jedni z miłości, inni ze złości. Święto zakochanych, czyli teoretycznie też nasze Święto. Nigdy nie zachwycały mnie te wszystkie serduszka, ale nie powiem miło jest popatrzeć na wszystkie czekoladki, kwiatki i upominki. Nawet we wspólnej rozmowie stwierdziliśmy, a raczej Pan Poślubiony stwierdził, ze może fajnie byłoby w końcu dać się porwać tej komercji i tłumowi i zobaczyć jak to jest być zasypanym serduszkami 14 lutego i zjeść coś w zatłoczonej restauracji.

Wstępnie plany były takie, że wieczorem nic nie robimy. Oczywiście finalnie okazało się inaczej i Pan Poślubiony razem z Panem Ł. zrobili nam, czyli swoim kobietom niespodziankę. Ja już coś tam się domyślałam, ale mina Panny K. gdy podeszliśmy pod budkę z hamburgerami była nieziemska!!! Jakby zobaczyła ducha. Oczywiście Panowie stali przy budzie i jedli frytki upierając się, że tylko po to się tam dziś spotkaliśmy, ale my już wiedziałyśmy swoje ;)
Zabrali nas do bardzo fajnej i według mnie najlepszej restauracji w naszym mieście.




Było naprawdę pysznie. Pan Poślubiony odważył się nawet i postanowił zamówić na przystawkę wieeeelką ostrygę. Podobno afrodyzjak, podnosi libido ;) Zjadł. Początkowo miał dziwną minę, ale potem stwierdził, że mu smakowało. 






W ogóle w restauracji w której byliśmy było menu tematyczne. Tydzień hiszpański, także mimo, że w tym kraju ani razu nie byliśmy, mogliśmy skosztować kilka charakterystycznych dań dla tej kuchni. To co zauważyłam to to, że w tym rejonie lubią chyba pojeść na ostro. 






Nie myślcie sobie, że ja zapomniałam o Panu Poślubionym...ooo nie!! :D Ode mnie dostał jeszcze przed wyjściem do restauracji dwie czekolady: jedną ostrą chili, a drugą słodką truskawkową. W zależności którą by otworzył to taki by miał ze mną wieczór ;) a piszę o tym, żeby wam drogie Panie pomysł podsunąć na ciekawy nie drogi, a kreatywny prezent ;) Każdy mężczyzna się ucieszy.



Zgadnijcie, którą czekoladę wybrał Pan Poślubiony??? 

Po całym tym dniu naszły mnie pewne przemyślenia. Dlaczego właściwie, modą stało się, narzekanie na walentynki i ten dzień? Po wczorajszym wieczorze mogę śmiało powiedzieć, że było super i fajnie jest od czasu do czasu zrobić sobie taki wieczór. Fajniej jest jeszcze, gdy idziesz to restauracji, a tam tak tłoczno, dużo par. Super jest poobserwować jak ze sobą rozmawiają, jak na siebie patrzą. Gdyby nie walentynki, nie byłoby takiej możliwości, bo właśnie w walentynki patrząc na innych można mieć pewność, ze to ich randka. To miłe. Cała Polska, wszystkie, no prawie wszystkie, pary jednego dnia gdzieś wychodzą. Czemu nie? Bo komercja? Teraz wszędzie jest komercja. Czy to Boże Narodzenie czy Wielkanoc, to co tych Świąt też mamy nie lubić, bo to mode i fajnie jest się czymś wyróżniać?

Wydaje mi się, że żeby nie lubić tego święta trzeba być niesamowicie zgorzkniałym. Mi osobiście to święto było obojętne, teraz też mnie nie zachwyca, ale nie jest tak, że go nie lubię. Nie mam ku temu powodu. Mogę nawet śmiało powiedzieć, że tak lubię to święto, bo jest to święto par, miłości i może właśnie dzięki takim walentynkom ktoś odważył się wyznać miłość swojej sympatii? Zresztą kto nie lubił i nie czekał w podstawówce czy gimnazjum na jakąś walentynkę? Każdy liczył na to, że może ktoś anonimowy się odważy...no może nie każdy...ale większość na pewno skrycie.

Poniżej postanowiłam jeszcze wypisać wam jeszcze trzy HITY tegorocznych walentynek. Rzeczy które albo mnie rozbawiły albo zadziwiły:

Hit nr 3. Najmniej szokujący, ale miłe zaskoczenie. gdy to my zostaliśmy nim obdarowani. Rodzice Pani Poślubionej dali nam SUSHI SERCE! Wiecie jak kochamy sushi! Małe serducho z dwoma dołączonymi opakowaniami pałeczek! Pychotka!

Hit nr 2. Nie wiem czy widzieliście, ale w sklepach można znaleźć jabłka z (wypalonym chemicznie?) napisem I LOVE YOU, niby każdy się krzywi, co to?, jak to?, ale i tak takie jabłuszko zwraca uwagę i u nas wywołało uśmiech na twarzy. Szkoda, że takich jabłek nie sprzedają na co dzień i super by jeszcze było, żeby ten napis nie był tworzony sztucznie. Byłoby pysznie i zdrowo!

Hit nr 1. Niewiędnąca róża! Tak zgadza się i nie jest to róża z materiału czy papieru, a najprawdziwsza roślina! Podobno róża wytrzymuje 2 lata i nie można wsadzać jej do wody. Sprzedawana jest w przeźroczystych plastikowych opakowaniach w dwóch rozmiarach: mała i duża. Koszt małej róży to uwaga, coś koło 30 zł, natomiast duża 50 zł!!! Brrr niezła cena z prawie nieśmiertelność. Takie cudo wypatrzyła Pani Poślubiona na jednej ze stacji benzynowych.

Widzieliście jakieś walentynkowe dziwactwa??? Podzielcie się w komentarzu ;) z chęcią poczytamy!!!

5 lutego 2014

List z podróży


PANI POŚLUBIONA

Tak się cieszę! Pan Poślubiony napisał dla was notkę! Wszystko przez wizytę u moich rodziców i urodziny mojego taty. Tak się złożyło, że na urodzinach w pewnym momencie moi rodzice wyciągnęli karton listów, starych pożółkłych i przepięknych z czasów ich młodości, gdzie pisali ze sobą. Może zacznę od tego, ze rodzice są ze sobą tak jak ja z Panem Poślubionym od czasów szkolnych. 

Mieszkali jednak w internacie i czasem bywało, ze zmuszeni byli do rozłąki, a w późniejszym czasie mój tata jeszcze był w wojsku i stąd uzbierała się pełna sterta listów, nie byle jakich, bo właśnie wyjątkowych. Nigdy nie czytałam ich wszystkich, nigdy nie przeczytałam nawet jednego w całości, tylko urywki, bo na tyle pozwoliła mi mama i oglądałam tylko ręcznie robioną papeterię przez mojego tatę. 

Mój tata ma wielki talent i niektóre listy pisane są na przepięknych dosłownie rysunkach wykonanych ołówkiem czy akwarelą. Znaleźliśmy nawet list pisany na korze od brzozy! Poza tym, ze są przepiękne to są tam przede wszystkim spisane uczucia i wszystko co łączyło wtedy moich rodziców jak byli młodzi. Moi rodzice zawsze powtarzają, że listy te przeczytamy dopiero jak odejdą. Stwierdziliśmy z Panem Poślubionym, że przecież my niestety takich listów nie mamy i co też pokażemy naszym dzieciom? 

Oczywiście od razu przystąpiłam do ofensywy i powiedziałam, że dlatego właśnie piszemy ten blog i że to będzie wspaniała pamiątka dla naszych dzieci.  Pan Poślubiony przyznał mi rację. Wraca więc do was, a ja się cieszę jak głupia!

Pamiętacie też, o tajemniczych zmianach o jakich pisałam wam w poprzednich kilku notkach? O tym, że nowy 2014 rok zaczyna się dla nas wyzwaniami i niespodziankami? Teraz już możemy chyba powiedzieć co i jak i dlaczego.

Po pierwsze i najważniejsze: Pan Poślubiony..no właściwie to on wam powinien powiedzieć co się stało. Ja tylko nakieruję, że szykują się zmiany w jego życiu zawodowym, a że on jest głównym żywicielem rodziny zamiana ta dotyczy również mnie. Nawet w sumie jakby nie był tym żywicielem to i tak dotyczyłoby to mnie, bo przecież teraz jestem żonka, żoneczka!

Dzięki tym zmianom jedno jest pewne: prawdopodobnie Pan Poślubiony zawsze już będzie przy mnie! Drugie jest pewne: teraz mamy czas dla siebie, dla uczelni i na odpoczynek.

W związku z odpoczynkiem teraz jest świetny okres na podróż poślubną! No przecież! Najważniejszy punkt młodego małżeństwa! Nie ważne czy polskie góry czy polskie morze czy grecka plaża czy może tajlandzka wyspa. Wyjechać trzeba. To jak must have szafiarki w postaci białej koszuli w szafie ;)  Nasz must have! 

W związku z tym zrobiliśmy burzę mózgów i zastanawiamy się gdzie tu można wyjechać w lutym czy marcu, tak żeby wskoczyć w bikini i poopalać się na plaży! W bikini wskoczę ja, nie Pan Poślubiony spokojnie ;) Na pierwszy ogień biura proponowały nam Egipt czy Wyspy Kanaryjskie, ale jakoś żadna z tych opcji nam nie pasowała. Przez przypadek jednak trafiliśmy na super ofertę w Kenii i chyba wyjdzie na to, ze zaszalejemy i mimo, ze to taka nasza pierwsza wyprawa w życiu to chyba tam skierujemy swoje bose stopy ;) 

Ps. Niestety nie mogę dać wam zdjęć pięknych listów moich rodziców, choć zrobiłam ich sporo, ale jest to tak intymna sprawa, że należy tylko i wyłącznie do mojej rodziny :)


PAN POŚLUBIONY

Od dawna zbieram się ku temu, aby napisać notkę. Nie, aby napisać cokolwiek!
Generalnie nie chcę się dziś skupiać na jakimś konkretnym temacie, powiem Wam co mnie skłoniło do wyduszenia tych kilku zdań w waszych odczuciach obarczonych bólem niczym rodzenie kamieni nerkowych. 

Wczoraj byliśmy u moich Teściów -strasznie nie lubię tego określenia. Według mnie samo słowo Teść, Teściowa jest obraźliwe. Mam takie odczucia więc do Was o swoich Teściach będę pisał może jako... lipcowi Rodzice? Lipcowi, bo ślub  wzięliśmy w lipcu właśnie. Oooo... wiem: Lipni Rodzice! HAHA!

A więc Lipny Tata obchodził wczoraj urodziny i przy okazji takich tam rodzinnych rozmów o wszystkim i o niczym wyjął karton z listami jakie pisali do siebie Lipni Rodzice, kiedy byli w naszym wieku i młodsi. Jako, że kiedyś telefonów komórkowych nie było to list był jedyną formą komunikacji poza nieosiągalną rozmową poza miastową. Nazbierało się tych listów cała sterta, każdy inny wyjątkowy, przyozdobiony różnymi rysunkami, wycinankami, papeteriom.

Stwierdziliśmy tak z Panią Poślubioną, że po nas nic takiego nie zostanie, nasze dzieci nie dowiedzą po latach jakim uczuciem do siebie pałaliśmy, jak żyliśmy stąd tez pomysł, aby ten blog był taką naszą wizytówką obecności na tym świecie.

Stąd też motywacja do reaktywacji bloga przeze mnie.

A co z nowości u nas?

Nie wiem czy Pani Poślubiona pisała, ale powróciłem z delegacji, po prawie roku życia na walizkach mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że już nigdy więcej delegacji. Choćby skały srały nie ruszam się nigdzie bez mojej drugiej połówki.

Był to najgorszy okres w moim życiu i ewidentnie zmarnowany.

Po drugie jestem na chwilę obecną na okresie wypowiedzeniowym i zaczynam szukać nowej pracy, niestety atmosfera w firmie stała się nieznośna i to było już jedyne rozwiązanie, które przyniosło mi ulgę.

Zmiany, zmiany, zmiany!

Poza tym szykujemy się z Panią Poślubioną do podróży poślubnej, mamy zamiar do końca mojego okresu wypowiedzeniowego porządnie odpocząć i się zresetować. Na chwilę obecną szukamy miejsca, gdzie możemy się udać do końca kwietnia, musi być naprawę ciepło tak by można było kąpać się w morzu czy innym oceanie. Jakieś sugestie?