31 marca 2014

Dzień 1 Kenia

PANI POŚLUBIONA
Wychodzimy na płytę lotniska, uderza mnie fala gorąca i wilgoci. Czuję specyficzny zapach. Jeszcze nie wiem, że będzie mi towarzyszył przez kolejne 6 dni. To zapach Afryki. Idziemy płytą lotniska i od razu zauważamy, że wszyscy na około są czarni. Już się cieszę. Nie, teraz to ja zaczynam wariować z radości. Jestem wykończona lotem, chce mi się pić, kręci w głowie od gorąca i innego klimatu, jednak w budynku lotniska dostaję do ręki niebieską i białą kartkę i czarny Pan każe mi ją wypełnić. Nie potrafię się skupić. 

Pan Poślubiony staje na wysokości zadania. Podpowiada mi co mam gdzie wpisać. Odpisuję trochę od dziewczyn stojących obok. Znowu stoimy w kolejce. Odciski palców, zdjęcie, naklejka w paszporcie, wiza załatwiona i już idziemy po bagaż. Po zaledwie 3 minutach mamy go w rękach. Wychodzimy na zewnątrz. Jest już ciemno, a zaledwie godzinę tamu jak wysiadaliśmy z samolotu było jasno jak w południe! Znajdujemy stoisko z TUI i otrzymujemy po butelce wody oraz wskazówkę, iż mamy się udać do autobusu nr 3. Idziemy. 


Podbiega do nas jeden z czarnych. Chce ciągnąć nasze bagaże. Grzecznie dziękujemy, bo wiemy, że to próba zarobienia na nas minimum dolara za pomoc. W końcu lądujemy w autobusie i oboje się do siebie uśmiechamy. Nie możemy uwierzyć w to co się dzieje. Po około 30 minutach do autobusu wychodzi rezydentka. Tłumaczy nam mniej więcej co i jak. Ruszamy. Zaczynam chłonąć co się da. Macham do wszystkich jak wariatka. 

Wjeżdżamy do miasta. Na początek zauważam multum straganów wzdłuż ulicy. Ludzie siedzą i handlują przy specyficznych lampkach oliwnych. Miasto tętni życiem. Po chwili zauważam, iż kierowca pędzi jak szalony, a właściwie nigdzie nie ma specjalnie znaków, a nikt nie przestrzega przepisów. Mimo to nie boję się. Nie zapinam nawet pasów. Po 40 minutach jazdy stwierdzam jednak, że chyba przydałoby się dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne. Ta myśl szybko mija. 


Dojeżdżamy do promu. Nagle po prawej stronie widzę setki czarnych ludzi jak biegną w jego stronę. Każdy chce zdążyć, ale jak na ten mały, stary, niestabilny prom zmieszczą się wszyscy? Nie zmieszczą. Nagle strażnik zamyka bramę. O dziwo nikt nie odważy się nawet jej przeskoczyć. Wszyscy grzecznie czekają. Przychodzi nasza kolej. Wjeżdżamy na prom. Nawet nie zauważam, jak znajdujemy się na drugiej stronie. Jedziemy dalej. Przylepiam nos do szyby i chłonę. Mnóstwo czarnych ludzi, stragany sklecone z czterech patyków i dachu z trawy, a na nich owoce: banany, ananasy, mango, kokosy. 


Kobiety z bagażem na głowie, kobiety w specyficznych strojach muzułmanek, nie widzę nawet oczu. Czarna mamba. Machają do nas przede wszystkim mężczyźni i czasem dzieci, choć nie dostrzegam ich jeszcze wiele. Kobiety zdają się nas nie zauważać. W końcu docieramy pod bramę hotelu. Wjeżdżamy, wysiadamy z autobusu, bierzemy bagaże i znowu ktoś chce nam pomóc. Musimy odmówić, inaczej stracimy kolejnego dolara. 

Wchodzimy do recepcji. Słyszymy radosne Jambo! Od razu zauważam, iż nie ma drzwi ani okien. Po chwili do ręki dostaję mokry ręczniczek nasączony dziwnymi miętowymi ziołami. Słyszę, iż mam nim się powycierać i wytrzeć twarz. Nagle czuję jak tajemnicza substancja przynosi orzeźwienie mojej skórze. Niesamowite! Zostawiamy dokumenty i udajemy się prosto na kolację. Początkowo mam opory czy aby na pewno nasz bagaż może zostać sam na środku holu hotelu, który nie ma nawet okien! Moje wątpliwości jednak szybko mijają. 

Już siedzę przy stoliku. Podchodzi uśmiechnięty kelner. Znowu słyszę Jambo! Wybieram zupę krem i rybę. Pan Poślubiony bierze wołowinę. Jedzenie jest pyszne, ale nie mogę się nadziwić widokiem z restauracji. Znowu nie ma okien, są ogromnie przepiękne dziury w ścianach, a przez nie widzę basen, a wokół niego pełno stolików. Siedzą ludzie i klaszczą, gdzieś musi być scena, bo słyszę afrykańską muzykę i występ. Nad głowami widzów wiszą kolorowe lampki. 

Widzę cienie palm, słyszę ocean. Tak dużo się dzieję, że nie mogę się na niczym skupić, a tym bardziej na Panu Poślubionym, nie mówiąc o rozmowie z nim. Nagle spostrzegam, iż zostaliśmy sami. Mówię Panu Poślubionemu, iż musimy jak najszybciej udać się do pokoju, bo chyba nasze bagaże zostały już same w holu. Tak, też się okazało. Wchodzimy do holu, prosimy, aby ktoś zaprowadził nas do pokoju. Za torby łapie boy hotelowy i ochroniarz. 

Podliczam w głowie, że to będzie nas kosztować dwa dolary. Idziemy kamienną ścieżką. Po drodze mijamy małe domki. Bardzo chciałabym mieszkać w jednym z nich. Niestety docieramy do jednopiętrowego budynku. Staram się nic jeszcze nie mówić. Może pokój okaże się piękny. Wchodzimy na dziedziniec z fontanną i już mi się podoba. Wchodzimy na I piętro widzę nasz numer pokoju 210, hotelowy boy uchyla drzwi i nagle oniemiałam z wrażenia. 



Pokój wygląda identycznie jak na zdjęciach katalogowych. Łóżko jest ogromne! Moskitiera jest bajkowa. Pan Poślubiony dostaje instrukcje jak działa klimatyzacja. Daje po dolarze dla boya i po dolarze dla strażnika i nagle zostajemy sami. Stajemy w objęciach i patrzymy na pokój. Magia. To nie może być prawda. Wychodzimy na balkon. Jest 23.00 jesteśmy tak padnięci, że nie wychodzimy już z pokoju. Idę się myć. Wchodzę pod prysznic, puszczam wodę i zanurzam twarz w błogiej SŁONEJ?! wodzie! 



Krzyczę do Pana Poślubionego: " Z kranu leci słona woda! Wiedziałam! Niesamowite!" Cieszymy się jak małe dzieci. Twoja kolej Panie Poślubiony. Wskakuj pod prysznic. Wychodzę z łazienki i zauważam, ze na łóżku znajduje się tylko prześcieradło i dwie małe poduszki. "Mężu mój nie ma kołdry! Trzeba iść do recepcji!!!" Słyszę śmiech Pana Poślubionego! "Ty w Afryce chcesz spać pod kołdrą!? Kładź się pod to prześcieradło!" No fakt. Nie pomyślałam. Wskakuję na łóżko i wślizguję się tak jak nakazał mi mój ukochany. Ogrania mnie błoga przyjemność. Cudowny odpoczynek. Nawet nie pamiętam kiedy zasypiam. 


PAN POŚLUBIONY

Tym o to sposobem znaleźliśmy się w Hurghadzie lądowanie było tak gładkie, że aż ledwo wyczuwalne lecz Pani Poślubiona znowu pobladła i wbiła we mnie pazury. Jeszcze tylko kilka turbulencji i lądujemy w Mombasie. Tuż po wyjściu z samolotu uderza mnie ciepło, nasze rozbiegane spojrzenia krzyżują się w poszukiwaniu komarów tudzież innych owadów czyhających na naszą świeżą europejska krew. Przecież tu jest pełno różnorakiego cholerstwa, które czai się tuż za rogiem, aby cię ukąsić -bynajmniej według opiniotwórczego internetu. 
  
Lotnisko wyglądało dokładnie tak jak się tego spodziewałem małe skąpane w zachodzącym słońcu. Po wejściu do środka otrzymujemy do wypełnienia podania o wizę, a my fujary nie mamy nawet długopisu. Po 40 minutach pracy zbiorowej, uronionych litrów potu (jest naprawdę duszno i gorąco) udaje nam się ją wypełnić i dostajemy się na terytorium Kenii. Tuż obok wyjścia czeka na nas już autobus schłodzony do temperatury lodówki, który w iście wariackim stylu dowozi nas do hotelu. 

Jeszcze przed tym dwóch murzynów wyciąga od nas bagaże i wkłada do luku bagażowego oczekując tym samym na napiwek (nie jestem do tego przyzwyczajony) więc już nas uszczuplili o 2 $. Ruszamy,muszę wam powiedzieć, że w Kenii jeżdżą jak wariaci i na ich tle Polacy prowadzą samochody naprawdę świetnie i bezpiecznie! Przechodzeń na jezdni? Wyprzedzanie na trzeciego, czwartego? Wymuszanie pierwszeństwa? Gaz do dechy i jazda! To tutaj na porządku dziennym! 

Co jakiś czas na drodze widać zasieki w postaci gałęzi leżących na jezdni. Jak się dowiaduję ostatniego dnia pobytu w Kenii, jest to sposób wydzielenia pasa ruchu po uprzednio ułożonej nowej nawierzchni bitumicznej. Świetny sposób na oznakowanie robót drogowych, szczególnie że kilkakrotnie w nie wjechaliśmy. Przejazd przez Mombasę był naprawdę ekscytujący, pomimo późnej pory całe miasto żyło. Wszędzie dały się zauważyć porozkładane stragany, oświetlone lampkami oliwnymi z ciemności wynurzały się białe oczy, zęby i dłonie machające do autobusu. 

Kenijczycy są niezwykle pozytywnym narodem co udowodnimy Wam w kolejnych postach.


Niezwykłe jest to jak ściera się tam kultura i klasy społeczne. Przenikające się stragany z salonami samochodowymi, Chrześcijanie z Muzułmanami, biedne chatki z gówna ze strzeżonymi osiedlami. Nie da się tego opowiedzieć, trzeba to po prostu zobaczyć na własne oczy. Dojeżdżamy do naszego hotelu, wyciągamy bagaże, hotel jest piękny otwarte lobby nie ma w nim okien, bo po co? Bardzo sprawnie zostajemy zakwaterowani i poprowadzeni do restauracji, gdzie czeka na nas kolacja, nasz pierwszy afrykański posiłek okazujący się być typowo angielskim, europejskim jedzeniem. 


Prosząc o napoje otrzymujemy je w szklankach, zaraz włącza się czerwona lampka: "przecież w INTERNECIE wyraźnie pisali, aby pić tylko z butelek!!!" -spokojnie, przez cały pobyt piliśmy i jedliśmy wszystko, nic nam nie było, może jakieś luźniejsze kupki. Generalnie na wszystko dobrze działa jedno: dwa kieliszki dobrej, polskiej wódki dziennie, a żadnych przykrości nie odczujecie.


Po kolacji wróciliśmy do lobby skąd dwóch murzynów odprowadziło nas do pokoju ciągnąc tym samym nasze walizy po wąskich alejkach ogrodu. (tak ekskluzywnie się jeszcze nigdy nie czułem) Pokazują nam pokój -jest całkiem ładny, kolejne dwa $, prysznic i spać. 

Acha woda w kranie jest słona! Brrrr... 

26 marca 2014

Lot do Kenii

PANI POŚLUBIONA


Jest godzina 21.00 piątek. Zdążyłam zajrzeć już do torby z pięć razy. Wiem, że wszystko spakowane, ale co chwilę muszę sprawdzić czy aby na pewno. Nerwy mnie zjadają. Oglądamy jakiś film na nowym telewizorze Cioci M. nie wiem o czym jest, bo myślami jestem już na lotnisku. 

Godzina 00.10 czas wyjazdu. Nawet nie zauważyłam, że to już trzeba wyruszać. Jedziemy, co rusz słyszymy pytanie czy się cieszymy, bo nic po nas nie widać. Chyba mnie i Pana Poślubionego zatkało. Nie mogę w to uwierzyć. Nie potrafię sobie wyobrazić jak tam będzie. Wyjazd ten jest dla mnie tak nie realny, że będąc już na lotnisku bardziej mam wrażenie, że przyjechaliśmy kogoś odebrać. 

Zostajemy sami, uśmiechamy się do siebie. Mamy 2 godziny do odprawy. Pan Poślubiony co chwilę zostawia mnie samą i jak mały chłopczyk wyrusza w nieznane i ogląda wszystkie możliwe zakątki lotniska. W końcu stwierdza, że będzie spał i kładzie mi głowę na kolanach. Siedzę i odliczam, minuta za minutą, coraz bliżej spełniania jednego z największych moich marzeń. Czeka mnie cudowna podróż poślubna z mężczyzną mojego życia. Przyglądam się ludziom. Jakaś dziewczynka biega na boso i rozrabia, obok dwoje starszych ludzi rozmawia o podróżach poza tym naokoło wszyscy śpią. 



Jest 3.50 nagle zaczyna się robić tłoczno. Budzę Pana Poślubionego, wygląda na to, ze czas ustawić się w kolejce do odprawy. Stoimy 10 minut i gdy przychodzi nasza kolej czuję się szczęśliwa i bardzo zestresowana. Przechodzimy na strefę bezcłową. Na chwilkę zaglądamy do sklepu z kosmetykami, ceny nie specjalne, idziemy kupić po butelce wody. 

Siadam pod naszą bramką i znowu zostaję sama. Pan Poślubiony idzie szukać kantoru żeby rozmienić dolary. Staram się czytać gazetę, ale stres nie daje mi się skupić. Chce mi się płakać i wymiotować. Przestałam się cieszyć. Przypomina mi się mój ostatni lot samolotem i jest mi słabo. Strasznie się boję. Tak bardzo boję się latać, że nie potrafię się cieszyć zbliżającym się rajem. W końcu słyszę w głośnikach, że to już czas, akurat w tym samym momencie wraca Pan Poślubiony. 

Jest 5.50 wchodzimy do autobusu czekającego już na płycie lotniska. Zaczyna świtać,  jest strasznie zimno i wieje. Myślę sobie, jak do cholery ma być mi gorąco w tej Kenii? Wchodzimy do samolotu, zajmujemy miejsca. Pan Poślubiony koniecznie przy oknie, ja wolę jak najdalej. Stewardesa ponagla ludzi i upomina, aby sprawnie zajmowali miejsca. 



Pan Poślubiony ciągle mnie rozbawia przez co przestaję się trochę stresować. Przychodzi jednak pora startu. Samolot nagle wbija się w powietrze, a ja cała się trzęsę. Pan Poślubiony zdecydowanie na odwrót widać, że jest podekscytowany. Trzęsą mi się nogi, pyta się mnie czy wszystko w porządku, a do oczu napływają mi łzy. 

Po kilku turbulencjach samolot wchodzi w odpowiednią wysokość i jakby nic się nie działo wszyscy zaczynają chodzić po pokładzie. Nie odpinam pasów. Przeklinam myśl, że czeka nas jeszcze międzylądowanie w Egipcie. Błagam niech ten lot skończy się jak najszybciej. Skończył się jednak po 10 godzinach. Godzina 18.00 czasu Kenijskiego. Lądujemy, a naszym oczom ukazuje się lotnisko w Mombasie.




PAN POŚLUBIONY

Jest piątek wieczór stwierdzamy z Panią Poślubioną, że kłaść się spać już nie ma sensu skoro mamy około 24:00 wstawać. Raczymy się więc rozrywką w postaci kina 3D, a już po godzinie wszyscy chrapiemy. Wybija północ zwlekamy się z kanapy, do auta bagaże i nasze tyłki, jedziemy. Po godzinie jesteśmy na lotnisku, krzątając się po hali odlotów nie wiedząc dokąd się udać oczekujemy pełni napięcia czasu kiedy rozpocznie się odprawa, mamy jeszcze 2 godziny. 

Jako, że nie potrzeba mi nie wiadomo jakich luksusów, aby zasnąć, kładę się na lotniskowych krzesłach i zasypiam na jeszcze jedną godzinkę. Mój sen jest co chwila przerywany komunikatami z megafonu dotyczącymi nie pozostawiania bagażu bez opieki pod karą grzywny. W końcu wybija 4:00 rozpoczyna się odprawa, przed bramką ustawiają się 4 kolejki długie na kilkadziesiąt osób. 

Nie wiedziałem do cholery, że tyle osób z nami leci!

Ważenie bagaży (mamy spory zapas), drukowanie karty pokładowej, ale co dalej? Uprzejmy Pan w garniturze wskazuje nam, że mamy się udać do kontroli indywidualnej -dość stresujące dla mnie, to mój pierwszy raz. 

Nie bardzo wiem czego się spodziewać. Czy karzą mi się rozebrać do naga, będą wertować wszystkie nasze podręczne rzeczy? Na szczęście żadna z tych rzeczy nie miała miejsca poszło dość szybko i sprawnie. Jeszcze odprawa jak zwykle miłych urzędniczek straży granicznej (na każdego patrzą jak na skazańca albo potencjalnego przemytnika, zbrodniarza tudzież poszukiwanego listem gończym) wymiana spojrzeń i jesteśmy po "drugiej stronie".

Mamy jeszcze godzinę do wejścia na pokład, mija jak pięć minut wymieniam w tym czasie jeszcze kilka jednodolarówek na napiwki po jakże korzystnym lotniskowym kursie i nagle damski głos w iście PKP-owskim stylu wywołuje ludzi do przejścia do autobusu. 

Wsiadamy, a po dłuższej chwili marznięcia przy otwartych drzwiach, bo po cholerę zostawić tylko jedne otwarte, autobus rusza i dowozi nas pod samolot. Szczerze mówiąc to myślałem, że samolot będzie większy. Jak doczytałem później, na pokładzie, był to Boeing 737-800. Powoli wchodzimy po schodkach na pokład, czuję się niemal jak gwiazda filmowa, wiatr rozwiewa mi włosy. Jak w filmie personel pokładowy stoi przy wejściu i wita wchodzących pasażerów, Panie przyozdobione takimi specyficznymi trójkątnymi czapeczkami i apaszkami.

Po zajęciu miejsca zaznajamiam się z otoczeniem, stoliczek, okno, roletka, skrzydło, torebka na rzygi. Jestem nieco podniecony - to mój pierwszy lot samolotem w życiu! Po dłuższej chwili samolot w końcu zaczyna kołować na pas startowy, Pani Poślubiona pobladła, zaczyna się trząść. Nagle słyszę huk! Samolot nagle przyspiesza, wgniata mnie w fotel, samolot się trzęsie, podskakuje. 



Po kilkudziesięciu sekundach przód zaczyna się unosić coraz mocniej i mocniej, ziemia się oddala, budynki stają się coraz mniejsze, ludzie znikają. Nagle czuję kilkukrotnie wrażenie opadania jak na karuzeli w wesołym miasteczku, niezbyt przyjemne uczucie szczególnie podczas pierwszego lotu samolotu. Pani Poślubiona zacisnęła swą dłoń na mojej ręce, że aż mi zsiniała. Na szczęście po chwili lot się ustabilizował, a komunikat o zapięciu pasów znikł i można było się już poruszać po pokładzie. 






My nie odpięliśmy pasów jakoś z przyzwyczajenia, a może ze względu na poczucie bezpieczeństwa jadąc autem zawsze mam zapięte pasy. W przypadku katastrofy samolotu pasy i tak by nic nie zmieniły, ale psychicznie czułem się o wiele lepiej. 

Tym o to sposobem znaleźliśmy się w Hurghadzie lądowanie było tak gładkie, że aż ledwo wyczuwalne lecz Pani Poślubiona znowu pobladła i wbiła we mnie pazury. Jeszcze tylko kilka turbulencji i lądujemy w Mombasie.


"Podczas naszej wyprawy, spotkaliśmy również innego blogera, prowadzącego bloga Blog Ojciec. W związku z tym, że praktycznie wszystkie nasze wycieczki odbyliśmy razem, można tam zaglądać, aby porównać nasze relacje i zobaczyć tą podróż oczami również innej osoby."

11 marca 2014

Dlaczego faceci nie lubią drogerii?



PANI POŚLUBIONA

Jak większość kobiet uwielbiam zakupy. Szczególnie te związane z zakupem ubrań, no i kosmetyków! Drogeria przyciąga mnie jak magnes. Sama w sumie nie wiem czemu. Po prostu to lubię. Odwrotnie do Pana Poślubionego. Gdy ja wchodzę do drogerii jestem w stanie spędzić tam minimum 30 min do 2 godzin. Pan Poślubiony już po 5 minutach dostaje białej gorączki. Zupełnie nie wiem o co mu chodzi. 

Kosmetyki nie są dla mnie najważniejsze. Nie nakładam na siebie kilo tapety, ale lubię sobie kupić nowy błyszczyk, nowy korektor, czy nawet zwykły żel pod prysznic. Jedyne chyba czego nie lubię w takich miejscach to dopytujących Pań "Czy mogę w czymś pomóc?" Wiem, że one tak muszą pytać, ale ja tego nie cierpię. Sama dam sobie radę. Pomagać to ona może jedynie Panu Poślubionemu w takim miejscu, ale nie mi. 

Choć z drugiej strony już wiem jak Pan Poślubiony czuje się w drogerii! Ja tak samo czuję się w sklepie typu Castorama! Masaaakraaa! Jak tylko tam wchodzę, to jedyny dział jaki w miarę toleruję to dekoracyjny, choć i tam te dekoracje dla mnie jakieś marne. Gorzej jak Pan Poślubiony ciągnie mnie w stronę śrubek, linek, wiertarek, kafelek, klei, wszystkiego innego. Dramat. Dla mnie w tym miejscu 5 minut to też maks. Potem robię sie tak samo marudna jak Pan Poślubiony w drogerii.

Nie wiem czemu tak jest. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Przecież Pan Poślubiony używa żeli, a ja używam rolet okiennych, a mimo to zakup tych rzeczy dla nas musi być skrócony do minimum. Co innego gdybym to ja kupowała żel, a on roletę, wtedy to staje się przyjemnością, ale dlaczego właściwie? Przecież ja nie ma kanału na YT, nie nagrywam makijażu dnia, OOTD, ani ulubieńców. Wydaje mi się, że interesuje się tym tematem tak samo jak inne kobiety. 

Może jednak wpływ na to co lubimy ma jednak to czym się interesujemy i na czym się po prostu znamy? Dlatego kobiety lubią kupować kosmetyki, a mężczyźni wiertarki. Chyba wolę, żeby tak to zostało. Słynny teraz grender mnie nie interesuje i tyle w temacie. Kobiety kupią kremy, faceci śrubki, a spożywkę kupujmy razem, będzie sprawiedliwie. 


PAN POŚLUBIONY

Nienawidzę chodzić do drogerii!!! Właściwie nie wiem dlaczego, ale gdy tam wchodzę w ciągu kilku minut robi  mi się gorąco, duszno, bolą mnie nogi. Podczas pierwszej wyprawy z Panią Poślubioną do nowo otwartego sklepu próżności, już na wejściu poczułem się osaczony i wręcz zostałem przestraszony, gdy nagle niczym głos z niebios (w moim przypadku z piekieł) ochroniarz gdzieś z za pleców mówi "witamy w Hebe".

Im dalej tym gorzej. W całej drogerii interesuje mnie tylko regał z niespotykanymi słodyczami. W lepszych drogeriach to strach czegokolwiek dotknąć patrząc po cenach na półkach różnorakich flakoników i pudełeczek mam wrażenie, że chyba ktoś rozpuścił w nich sztabkę złota! O tyle o ile sam fakt występowania tam tysięcy odcieni różnych produktów mnie nie przeraża to testowanie ich i dobieranie idealnego już owszem!

Tylu kolorów to nie mają nawet wzorniki RAL albo NCS wykorzystywane w przemyśle. I te ekspedientki wymalowane tak intensywnie, że chyba noszą na sobie już na zapas te wszystkie produkty. Kto jak kto, ale one powinny wiedzieć jak się umalować, a nie straszyć. Przerost formy nad treścią. To tak jakby w salonie sukien ślubnych ekspedientka chodziła po nim również w sukni ślubnej! W moim odczuciu takie Panie powinny mieć co najwyżej delikatny makijaż, a nie tapetę jak to ma często miejsce.

Przez pierwszą minutę w sklepie jeszcze wykazuję zainteresowanie otaczającymi rzeczami, druga minuta to już obojętność, a trzecia niechęć i rozdrażnienie. Po 10 min przeskakiwania z nogi na nogę mam ochotę wyciągnąć Panią Poślubioną z drogerii za włosy jak to ma miejsce na kreskówkach z jaskiniowcami. Podejrzewam, że inny sposób nie poskutkowałby. 

Aby przyspieszyć moment wyjścia z tych czeluści i zrobić to chociaż w odrobinę humanitarny sposób (bez wyrywania cebulek włosowych) zaczynam skomleć: już? ile jeszcze? możemy już wyjść? jest mi gorąco!, chce mi się pić! itd.

W zależności na ile zakup jest fanaberią, a na ile koniecznością Pani Poślubiona się wkurza i robi awanturę, że ma ładnie wyglądać, ale nie ma czym się pomalować, albo w końcu ulega zaspakajając się jakąś kolorową tudzież ładnie pachnącą pierdołą.

Może jestem okropny, ale zawsze jej powtarzam że nie "jara" mnie wybieranie pianki do włosów przez 10 min! Podobnie zresztą jak płynu pod prysznic, a o kremie do twarzy to już nie wspominam. Jeśli wybieram płyn pod prysznic to pierwsze kryterium to cena -zawsze promocyjne, co zawęża już krąg poszukiwań do maksymalnie 8 produktów spośród których wybieram najładniejszy zapach. Całość mi zajmie minutę!

Stąd też ustaliliśmy, że do drogerii Pani Poślubiona chodzi sama.

Swoją drogą współczuje nieco pracującym tam ekspedientkom. Po roku pracy i całodniowym wsmarowywaniu różnych specyfików w ręce klientów to one chyba już świecą w nocy, a z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzam, że mogą służyć w swoich domach za odświeżacz do powietrza. 

Mąż woła Żonę z toalety: Kasia! Chodź pomachać prawą ręką, strzeliłem klocka, niech popchnie troszkę Armanim. 

Z drugiej strony nie mogę zrozumieć z jakiego powodu Pani Poślubiona nie lubi sklepów typu Castorama, Practiker tudzież "Lerła" ? Przecież to istny raj! Wiertarki, wkrętarki, śrubki, nakrętki, klucze, tam jest wszystko!!! Mógłbym tam spędzić cały dzień na zakupach różnorakich narzędzi, najlepiej gdybym miał taki asortyment w piwnicy. Cieknie kaloryfer? -nie ma sprawy idę do piwnicy szukam odpowiedniej kształtki i do domu. Ups zapomniałem pakuł, z powrotem na dół, pakuły i gotowe!

Wkurzające jest jak chcesz coś zrobić, a nie masz czym. To chyba tak jak z waszym makijażem, chciałybyście sobie zrobić jakiś super look podejrzany w gazecie, ale okazuje się , że nie macie takich cieni. Czyli po raz kolejny, sporo nas łączy. 

8 marca 2014

Dzień Kobiet

Z okazji Dnia Kobiet chciałbym złożyć wszystkim Kobietom, naszym Czytelniczkom, a w szczególności mojej ukochanej Żonce wszystkiego najlepszego. W tym szczególnym dla Was dniu chciałbym podziękować za Wasz trud jaki wkładacie każdego dnia w to aby nasze otoczenie było piękne, w szczególności za sprawą Waszej obecności.
Wszystkiego Dobrego!
Pan Poślubiony

4 marca 2014

Świadkowa

Pamiętam jak dziś. Pan Poślubiony pada na kolana na motorówce, a ja zapłakana rzucam mu się w ramiona. Pamiętam jak dziś przygotowania, planowanie, wyczekiwanie. Od godziny zero minęło już 236 dni, niedługo minie rok. Podróż poślubna za pasem. Afryka dzika już do nas macha, a tu niespodzianka! 

Panna K. Narzeczoną! 

Moja najbliższa, najwspanialsza przyjaciółka, moja świadkowa. Na palcu błyszczy przepiękny pierścionek, opowiada jak Pan Ł. klęknął na kolana na moście zakochanych i cieszę się razem z nią. Oczu nie mogę oderwać od jej ręki. Cieszymy się jak głupie. Znowu będzie planowanie, oglądanie, przymierzanie. Tym bardziej, ze teraz role się odwróciły. Panna K. poprosiła mnie żebym została jej świadkową! Szok!

Czeka mnie więc pomoc w wybieraniu sukni, pomoc we wszystkim w czym będę potrzebna! Czeka mnie przygotowanie wieczoru Panieńskiego i mam już nawet kilka pomysłów, którymi z pewnością się z wami podzielę. Jak tylko zrealizuję swój niecny plan, imprezy dla Panny K. Mało tego! Ja mam malować Pannę K.! W ten jeden dzień! Już mi się ręce trzęsą!

Z jednej wódki weselej w drugą, bo wy nie wiecie, ale zostało nam tego pełno. Teraz co rusz jakaś impreza to na stole nasza weselna. Oddać nie możemy, bo wszystko oklejone. Dlatego pijemy. Pomału, żeby w jakiś alkoholizm nie wpaść. Tylko ledwo skończy się nasza weselna to zacznie się weselna Panny K.!

Pani Poślubiona świadkową. Jestem nieskromna, bo uważam, że będę super świadkową. Przecież jeszcze pamiętam jak to jest być Panną Młodą. Panna K. jest z tego samego miasta co ja. Zespoły znam, fotografów znam, sale znam, cukiernie znam i ceny tego wszystkiego też. Pomogę jak najlepiej się da. Tak się cieszę! Ślub mają ustalony wstępnie na maj 2015, więc trochę czasu jest.

Rozpoczęłyśmy już wstępne poszukiwania. Sala: w stylu góralskim. Kościół: mały drewniany. Kolor przewodni: Fiolet? Poszukujemy też sukni ślubnej. Na razie Panna K. rozgląda się w internecie. Ja wpadłam na stronę salonu w którym sama kupowałam swoją suknię i zakochałam się w nowej kolekcji! Uważam, że jest przepiękna! 

Kolekcja: Jesus Peiro 
Salon: Madonna

Mało tego! Udało mi się znaleźć moją suknię ślubną! Jeszcze jest! W nowej kolekcji. Przepiękna! Moja już sprzedana i mam nadzieję, że nowa Panna Młoda jest nią zachwycona! Tak jak ja byłam. Tęsknie za Tobą, moja piękna suknio! Szkoda, że miałam ją na sobie zaledwie dwa razy.


Z aktualności: Jedziemy w podróż poślubną do Kenii już za 9 dni wylot! Trzymajcie kciuki! Kupiliśmy autko! Renault Clio. Pan Poślubiony nie pisze, bo teraz całkiem przepadł... nowa miłość. Codziennie szpera, gmera i rozkręca. Dopieszcza swoją żabencję. Srebrna ślicznotka. Nie jestem zazdrosna ;) Nasze pierwsze autko, jak na razie sprawdza się świetnie. Co do ostatniej instrukcji dla Pana Poślubionego. Mięsko wyszło pycha, przepis w 100% się sprawdził i przydał. Jestem dumna z mojego męża.

1 marca 2014

Prezent dla mamy



Kochana mamo,

Dziś są Twoje urodziny. To skłania mnie do refleksji. Siedzę sobie w pokoju w ten piękny słoneczny dzień i myślę. Jaka jesteś? Dla mnie niewątpliwie najpiękniejsza. Kocham Cię przede wszystkim za to, że jesteś moją mamą. Za Twoją troskę, Twoje zmartwienia, Twoje smutki i radości. 

Córka i mama, w naszym wypadku to czasem trudna relacja. Często Cię nie rozumiem. Denerwuję się na Ciebie za to jak postępujesz, jaka jesteś, a mimo to jesteś dla mnie najlepsza. To Ty zawsze stanęłaś za mną w obronie, Ty wychwalałaś mnie choć czasem czułam, że wcale nie ma za co. Mimo wszystko mnie chwaliłaś i stałaś za mną murem. Zawsze mnie wspierałaś. Wlałaś we mnie miłość, ciepło i troskę, co kiedyś pewnie przekaże moim dzieciom. 

Ten list nie jest dla mnie najprostszy. Nie jestem idealną córką, a mimo to Ty mnie taką widzisz. Dziękuję Ci za to. Nie raz się na Ciebie złoszczę, zdarza się, że odezwę się do Ciebie nie tak jak powinnam. Przepraszam. Podziwiam Cię za to, że kochasz bezgranicznie i potrafisz wybaczać. Wiesz, że jestem waszą mieszanką. Taty i Ciebie. Po Tobie jestem nerwowa i płaczliwa, ale po Tobie i dzięki Tobie jestem opiekuńcza i potrafię całkiem nieźle gotować, mimo, że Ty nigdy mnie tego nie nauczyłaś to wyssałam to z Twoim matczynym mlekiem. 

Dziękuję Ci mamo za każdy Twój uśmiech, za każdą rozmowę, za szczerość, zaufanie i za ciepło, za każde przytulenie i za buziaka, dziękuję Ci za pyszne domowe obiady, za truskawki z cukrem latem, za kawę inkę dla dorosłej sześciolatki, dziękuję za każdą karę i za każdą kłótnie, bo to one pozwoliły mi stać się taką kobietą jaką jestem teraz. Dziękuję za każde odprowadzenia do żłobka, przedszkola i szkoły i za każde odebranie mnie. Za kanapki do szkoły, ciepły koc gdy byłam chora, za każde pranie jakie musiałaś zrobić. Dziękuję za dres uszyty na maszynie, za sweterki wydziergane na drutach, za cerowanie rajstop i skarpetek. 

Dziękuję za nasze babskie rozmowy. Dziękuję Ci za to, że nauczyłaś mnie nie wstydzić się tego co czuję, dzięki Tobie nie wstydzę się opublikować tego listu, bo wiem, że każdy powinien wiedzieć jak bardzo Cię kocham. Dziękuję Ci za moją kochaną młodszą siostrę. Dziękuję Ci mamo, że byłaś i zawsze będziesz dla mnie i mojej siostry mamą, która odda nam wszystko co ma, całe swoje serce, bo wiem, że zawsze chciałaś dla nas jak najlepiej. 

W dniu Twoich urodzin życzę Ci mamo przede wszystkim uśmiechu na co dzień i choć wiem, że może brzmi to banalnie, to czasem Ci go brakuje. Życzę Ci wiary w siebie, żebyś wierzyła i wiedziała, że jesteś wspaniałą i piękną mamą, żoną, a kiedyś babcią (i na samym końcu księgową ;) ) Życzę Ci miłości i tego żeby to rodzina i zdrowie zawsze przy Tobie były. Życzę Ci doceniana na co dzień tego co masz i patrzenia w przyszłość z coraz większym optymizmem. Kocham Cię.

Twoja córka