30 kwietnia 2014

Kogut domowy

Źródło: http://kogutdomowy.blogspot.com/

Jak macie zamiar spędzić majówkę? U nas szykuje się intensywnie i mamy same dobre wieści. Pierwszą i najważniejszą jest to, że Pan Poślubiony możliwe, ze niedługo znajdzie w końcu pracę, a na pewno wszystko zmierza ku dobremu. Drugą jest to, ze weekend majowy spędzamy z naszymi najbliższymi znajomymi w górach. Będzie grill, piwko, więc pochody, wiece i flagi biało- czerwone sobie odpuścimy. Mam nadzieję, że wy również weekend majowy spędzicie intensywnie. Macie jakieś pomysł? Zoo, wesołe miasteczko, miasteczko westernowe, grill nad jeziorem, spacer z rodziną, czy bardziej patriotycznie? 

Nie o tym jednak chciałam pisać. Miałam pisać o pewnym doświadczeniu, o którym chciałam się z wami podzielić. Otóż w niektórych małżeństwach czasem jest tak, że to mężczyzna przejmuje rolę tzw. kury domowej, a kobieta zajmuje się karierą. Czasem tak po prostu jest. Z wyboru czy nie to nieistotne. Nie myślałam nigdy, ze w jakimkolwiek stopniu takiego układu skosztuję. Bliżej mi do układu ja siedzę w domu wychowuję dzieci, a Ty mężu zarób na naszą rodzinę, albo układ w jakim zostałam wychowana i jaki był u moich rodziców: wszystko dzielimy na połowę i karierę i obowiązki domowe. 

Czasem jest inaczej i to życie decyduje za nas jak będzie taki układ wyglądał. U nas przez chwilę potoczyło się tak, ze Pan Poślubiony siedzi w domu, głównie ze względów zdrowotnych o których nie chcę tutaj pisać. Tak więc na tą dłuższą chwilę nie mieliśmy wyboru i obowiązki domowe przejął Pan Poślubiony, a ja chodziłam do pracy. 

Zawsze myślałam, ze kiedy Pan Poślubiony pracował to przydałby mu się taki miesiąc odpoczynku w domu i nic nie robienia. Teraz wiem, że mój mężczyzna stworzony jest do pracy. Zacznę od tego, że pierwsze tygodnie w domu, wyglądały tak jakbym to nadal ja pracowała i opiekowała się domem, a Pan Poślubiony po prostu odpoczywał, w tym wypadku trochę chorował. 

Mój mężczyzna w domu się nie sprawdza. Co z tego, że tam był?  Dlaczego jest tak, że to my kobiety musimy wiedzieć co na obiad, co na drugi dzień będziemy jeść, a mężczyzna nawet nie wpadnie na to, że trzeba by dzień wcześniej zaplanować. Ja wiem dlaczego. Same na to pozwalamy. Same sobie jesteśmy winne, bo nasz mężczyzna wie, że my wszystkim się zajmiemy, że oni nie muszą i nie mają głowy, żeby o tym myśleć. Dlatego martwcie się wy żony. 

Tak więc u nas wyglądało to tak: Ja musiałam mówić Panu Poślubionemu co na drugi dzień ma ugotować, a w większości wypadków po prostu rozmrozić i odgrzać, a mój mąż to po prostu robił. Nie powiem, z czasem nauczył się być tą kurą, a raczej kogutem domowym, myć naczynia bez marudzenia, bo to on siedział cały dzień w domu, a ja pracowałam, nauczył się wstawiać pranie i zauważył, że w tygodniu trzeba częściej sprzątać mieszkanie niż raz, a szczególnie podłogi. Zauważył, że w domu mamy kuwetę i że kot sra zdecydowanie częściej niż raz w tygodniu. Teraz to on był tym maruderem: "Mogłabyś pozmywać naczynia, ja gotowałem." "Mogłabyś tak nie kruszyć ja dziś tu odkurzałem!"

Wiem, że są mężczyźni, którzy z wyboru siedzą w domu. Gotują, opiekują się dziećmi, sprzątają i świetnie im to wychodzi. Podziwiam ich, ale wiem, że to zależy od tego jaki jest człowiek i w czym się sprawdzi. U nas jest i będzie typowo i tradycyjnie. Ja lepiej sprawdzam się w domu, a Pan Poślubiony gdy ma nadmiar czasu jest totalnie niezorganizowany.

Po tym długim czasie siedzenia w domu Pana Poślubionego stwierdzam więc i on sam też, że kobietom wychodzi to zdecydowanie lepiej. Choć pewnie nie wszystkim. Pan Poślubiony pewnie niedługo wróci do pracy i znowu wszystko będzie na pół. Jedno jest pewne. Każde doświadczenie w związku jest ważne i wartościowe. Każda kłótnia zbliża związek, tak jak i dana sytuacja często ciężka i trudna do przewidzenia pieczętuje miłość. 

My mamy z tej krótkiej lekcji życiowej wyciągnęliśmy wiec pewne wnioski. Pan Poślubiony siedząc w domu zrozumiał jak dużo jest tam do zrobienia i co muszą czuć kobiety, które mają obiad na głowie, mieszkanie, pranie i jeszcze dodajmy do tego trójkę dzieci, a czasem piątkę, choć i jedno starczy żeby było jeszcze więcej pracy. Zrozumiał, jak trudno samemu jest się zmobilizować do pracy w domu. Mam nadzieję, tylko, ze kiedyś w przyszłości będzie o tym pamiętał i zrozumie mnie tą, która najprawdopodobniej przez pierwsze miesiące życia maluszka w domu zostanie. 

Co ja wyniosłam z siedzenia Pana Poślubionego w domu? Mój mężczyzna musi pracować, musi coś robić, a najlepiej dużo. Z tego miejsca pozdrawiamy wszystkie czytelniczki, które zdecydowały się na siedzenie w domu z dzieciątkiem, a jeszcze bardziej pozdrawiamy Panów, którzy stali się rasowymi kogutami domowymi! Dla mnie i Pana Poślubionego jesteście bohaterami :)

25 kwietnia 2014

Jak być dobrym tatą?


Jako, ze Pani Poślubiona maiła już szansę wypowiedzi na temat rodzicielstwa przyszedł czas na mnie. Podobnie jak Pani Poślubiona w młodości byłem niejednokrotnie przerażony myślą o rodzicielstwie jednakże zawsze znajdywałem w sobie taki rodzaj spokoju, którego brakowało Pani Poślubionej. Nie wiem z czego to wynikało ,ale nigdy nie popadałem w panikę, nie dlatego, że byłem gotów na bycie ojcem, bo tak nie było. Wynikało to raczej z odwrotnego przekonania jakie miała Pani Poślubiona -to nie jest takie proste by zajść w ciążę. Jak się okazało na przestrzeni lat miałem rację.

Zawsze żartuję sobie z tego jak zmienia się podejście kobiet, do pewnych zjawisk fizjologicznych. W młodości narzekają, że brzuch boli, że miesiączka i w ogóle nie przyjemne są to rzeczy. Z upływem czasu młode kobiety wyczekują na okres jak na zbawienie, które ma im przynieść dobrą nowinę o nie byciu w ciąży. Wtedy to krew lecąca z ich krocza urasta do rangi "świętej". Na pewno bardziej wyczekiwanej aniżeli prezent pod choinkę w dzieciństwie. A unikanie dni płodnych wygląda jak ucieczka przed cyganką wróżącą z dłoni. 

Wraz z dojrzałością pojawia się zwrot i nagle zaczyna się polowanie na dni płodne, a i miesiączka ponownie staje się niepożądana. Tak, kobieta zmienną jest. 

Czy dziś jestem gotowy na dziecko? 

Szczerze mówiąc nie wiem, czuję natomiast, że również odzywa się we mnie instynkt rodzicielski. Czy jest on wynikiem promieniowania Pani Poślubionej czy też moich obserwacji świata. Nie mam pojęcia. Pamiętacie może czy mieliście podobnie jak ja, kiedy byłem dzieckiem rodzice pytali się mnie czy będę miał żonę, dzieci zawsze odpowiadałem, że nie. Bo i niby po co?

A teraz, wszystko się zmieniło.

Moim marzeniem jest patrzeć jak dziecko się rozwija, rośnie, ale cały czas mam taką wątpliwość czy będę dobrym rodzicem. Czy nie popełnię błędów w jego wychowaniu, czy wyrośnie na mądrą i wartościową istotę. Czy będę potrafił zapewnić swojej rodzinie godziwy byt, czy będzie nas stać na to, aby tak jak marzy Pani Poślubiona mogła zostać w domu z maluszkiem? 

To wszystko trochę przeraża! Jak tu być dobrym tatą?

Martwi mnie również fakt czy będziemy w ogóle mogli mieć dzieci, jak nie spróbujemy to się nie dowiemy! Bez wskazówek Pani Poślubionej jestem w stanie doskonale stwierdzić kiedy ma ona dni płodne. Jesteśmy tylko zwierzętami, ciało robi się krągłe, skóra napięta jak struna, a nawet ton i zachowanie bardziej kuszące.

Od jakiegoś czasu powtarzam Pani Poślubionej, że nie chciałbym planować dziecka z kalendarzem w ręku. Wolę abyśmy się na nie zdecydowali i dali ponieść naturze, aby było dla nas niespodzianką, takim prezentem.
Przecież to najpiękniejszy prezent na świecie!

Jakie wy macie odczucia w kwestii planowania rodziny, zorganizowani czy bardziej spontaniczni? Jak wyglądały wasze rozmowy na temat planowania dziecka z waszym mężczyzną? Ciekawią mnie ich reakcje i odczucia.

PS.
Nie wiedziałem, że mógłbym zostać dublerem Brada Pitt-a.



Pozdrawiam,
PAN POŚLUBIONY

18 kwietnia 2014

Auto Maniak, jaki jest Twój typ?


Jak doskonale wiecie kochani, niedawno kupiliśmy samochód. Na wstępie muszę napisać, że autko spisuje się całkiem nieźle i w gruncie rzeczy bez awaryjnie (odpukać).

Ale nie o tym chciałem napisać.

Pewnie kojarzycie w swoich kręgach mężczyzn, którzy reprezentują różne podejścia i światopoglądy na temat samochodów i ich użytkowania, spróbuje ich nieco scharakteryzować:

Służbowiec
Mam najlepsze auto na świecie bo służbowe, wjedzie na każdy krawężnik (nawet najwyższy), dziurawe drogi są mi nie straszne, auto myje raz na rok, a co najważniejsze nic mnie nie kosztuje - bo przecież nie moje. Czy na prawdę jest tak, że jeśli cos nie jest nasze to nie musimy tego szanować i o to dbać? Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest grono użytkowników samochodów służbowych, którzy dbają o swoje samochody, jednak spotkałem mnóstwo o rozumach małp i nie liczącymi się z czyjąś własnością.

Designer
Przyciemniane szyby, obniżone zawieszenie, sportowy wydech i bóg wie co jeszcze. Czy mi to przeszkadza? Nie, każdy ma prawo do tego, aby dowolnie modernizować swój samochód, aby ten stał się wyjątkowy. Ale... Wszystko w granicach normy, niezbyt przyjemnie chodziłoby się po mieście, gdyby co drugie auto warczało jak traktor i również byłoby lepiej gdyby te "konstrukcje" nie rozpadały się na progu zwalniającym. Druga sprawa, a może pierwszorzędna to bezpieczeństwo, niedopuszczalne jest to, aby modyfikacja zagrażała bezpieczeństwu innych użytkowników drogi.

Czciciel
Mój samochód to świątynia, tylko nieliczni dostąpili zaszczytu wejścia do niego. Apodyktyczni mężczyźni dla których auto stanowi cały ich świat tylko oni mogą je prowadzić, bo nikt inny jeździć nie potrafi w szczególności "baby", a jeszcze gorzej gdy żony. Wie najlepiej jak się powinno jeździć, a wszyscy inni użytkownicy drogi to idioci. Niestety zdarzają się ludzie, którzy mają fobie na punkcie swoich samochodów traktując je jak pupilki i nie dopuszczając do nich innych. Auto to nie koniec świata.

Kolekcjoner
Bynajmniej nie chodzi tu o kolekcjonera pojazdów, a samych jego części. Ile razy zdążyło Wam się widzieć na ulicy pojazd, który był poskładany z pięciu innych? Każda część w innym kolorze, dobrze jak auto jest kompletne bo najczęściej brakuje zderzaka, błotnika, szyby albo auto jest całe w kropki od szpachli. Tam przygniło to zaszpachlowałem, później tu i tu. Tym o to sposobem ciężko już nawet rozpoznać markę tego pojazdu.

Narzędziowiec
Dla mnie auto to tylko narzędzie pracy, którym przemieszczam się z punku A do B do momentu kiedy nie stanie na środku drogi. Może piszczeć, trzeszczeć, śmierdzieć i nie hamować, byle jechało! Niestety naprawdę są tacy ludzie, spotkałem kilku na swojej życiowej drodze. Doprowadzają oni samochód w krótkim czasie do ruiny mechanicznej jak i estetycznej. Każda strona samochodu nosi znamiona przetarcia, stłuczki, we wnętrzu smród i bród, bo przestrzeń za przednimi siedzeniami jest idealna na papierki i kartoniki z McDonalds oraz butelki po napojach. W siedzeniach tych samochodów jest cała tablica Mendelejewa.

Zrównoważony
Samochód to cześć mojego majątku, muszę o nią dbać, ale nie za wszelką cenę. Pojazd podlega zużyciu i uszkodzeniom to normalne, wymaga to niejednokrotnie naprawy. Nie naprawiam sam blacharki bo i tak nic z tego nie będzie, jeśli się nie znam na samochodach to powierzam je w ręce specjalistów. Samochód to udogodnienie nie tylko dla mnie, a dla całej rodziny nie widzę wiec powodów dla których inni nie mieli by z niego korzystać.

- to mój typ.

A jakimi Wy jesteście użytkownikami samochodu, jakie typy znacie z własnego otoczenia? Jacy są wasi mężowie? Dmuchają i chuchają na swoje cacko czy wszystko w granicach rozsądku?

Pozdrawiam,
PAN POŚLUBIONY


----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Z cyklu rozmowy w zaciszu domowym.
Pan Poślubiony: Dziś byłem elegancki, ubrałem na rozmowę marynarkę, koszulę, byłem jak Almette.
Pani Poślubiona: Jak Almette? Czyli jaki?
Pan Poślubiony: PUSZYSTY I DELIKATNY!

15 kwietnia 2014

Rzeczywistość, a dziecko


Po podróży poślubnej przyszło nam zmierzyć się z rzeczywistością. Na szczęście mieliśmy jeszcze tydzień urlopu i spędziliśmy ten czas u rodziny pod Warszawą. Ciężko było wrócić. Przede wszystkim na początku ciągle wydawało nam się, że w Polsce jest ranek, słońce niby świeciło, ale było szaro, buro i ponuro. Gdzie te wszystkie kolory z Afryki? Pan Poślubiony zdążył zachorować i w sumie ten tydzień u rodziny calutki przechorował. Był strach o chorobę tropikalną, ale okazało się, że to po prostu zatoki i zmiana klimatu.

Potem przyszedł czas na pracę i powrót do rutyny. Mimo tego, że mieliśmy czas żeby przyzwyczaić się do Polski, nic to nie dało i poniedziałkowy ranek był ciężki, szczególnie dla mnie Pani Poślubionej, bo Pan Poślubiony jako, że dalej chorował smacznie spał w domku, a ja już o 8.00 odpaliłam jednostkę centralną po to aby przez kolejne 8 h posiedzieć przed komputerem.

Nie o tym jednak miał być mój post. Mój post miał być swoistego rodzaju przemyśleniami. Jak niektóry stali czytelnicy pamiętają odstawiłam tabletki antykoncepcyjne. Dla mnie była to wielka zmiana i oznaczała głównie to, że na pewno w ciągu najbliższych trzech miesięcy będę w ciąży, bo przecież to nie możliwe żeby kochać się i nie zajść w ciąże. Dni niepłodne? W szkole i w domu zawsze powtarzano mi starczy ten JEDEN raz! Ile się słyszało o wpadkach...

W ciąży nie planowałam być i pisaliśmy nawet z Panem Poślubionym dawno, dawno post o dzieciach i naszym podejściu do nich. Przyznam szczerze, że z mojej strony podczas brania tabletek instynkt macierzyński był zerowy, tak samo jak libido ;p. Jak jest teraz? Cudownie. Przede wszystkim w końcu poczułam moje ciało. Nauczyłam się go słuchać. Wiem kiedy mam owulację, czuję ból, rozumiem swoje nastroje i jestem dla siebie wyrozumiała i czerpię z tego co się dzieje z moim ciałem garściami.

Nauczyłam się słuchać mojego ciała. Tabletki wcześniej go zagłuszyły, a teraz jakbym czuła wszystko na nowo. Nie wiem czy oglądałyście ostatni odcinek Kuby Wojewódzkiego, była tam Agnieszka Chylińska i mówiła nawet o dniach płodnych i o tym jak się wtedy czuje. Chciałam wtedy śpiewać do niej "Mam tak samoooo jak Ty...." w tych dniach Pan Poślubiony również jest dla mnie jak Brad Pitt, ciacho, ciasteczko taki do całowania. Zrozumie mnie chyba tylko druga kobieta, która też nie bierze tabletek. Hormony. To właśnie wszystko ich sprawka.

Ich sprawką są też pewne gnębiące mnie myśli. Instynkt macierzyński. Szaleje, wariuje, masakra. Jednak nadal mam tak, że jednego dnia chcę mieć dziecko, kupowałabym już łóżeczko, oglądała wózki, wybierała ubranka. Jednak następnego dnia myśl o dziecku mnie przeraża. Przecież to wielka odpowiedzialność, trzeba wyremontować łazienkę, położyć panele w pokoiku, kupić porządny odkurzacz, no i Pan Poślubiony nie ma nawet pracy. Gdzie tu dziecko przy naszych zarobkach i naszych 38 sqm??? Jak potem znajdziemy pieniądze na pieluchy, ciuszki, zabawki, przybory szkolne, prezenty? Innym razem myślę sobie: pieniądze się jakoś znajdą, to nie jest najważniejsze, poza tym zawsze będzie coś.

Tu pytania do was drogie mamy. Jak wy czułyście się planując ciążę? Jaki jest według was najlepszy moment na dziecko? Warto poczekać, czy nie czekać i działać?

Rozmawiałam o tym z Panem Poślubionym. On tez ma wahania, ale na razie jest na etapie, nie wiem, nie chcę, jeszcze nie teraz, zobaczymy co z pracą, może za rok, a może za kilka lat. Choć wiem, że gdybym przycisnęła to byłabym teraz w ciąży, ale złapać męża na dziecko? To nie w moim stylu, choć znam i takie osoby, ja nie potrafiłabym tak. To musi być nasza wspólna decyzja, a jeszcze lepiej jakby Pan Poślubiony stanął przede mną i spytał: "Kochanie może już czas?"

Zanudziłam was moimi rozterkami. Wiem, przepraszam. Następnym razem będzie śmiesznie. Byle do kolejnego posta, Pan Poślubiony chce wam zdradzić cudowny przepis na.... a to już sami zobaczycie ;)

Pozdrawiam,
PANI POSLUBIONA

11 kwietnia 2014

Nasza Podróż Poślubna



PANI POŚLUBIONA

Miało być tak, że opiszemy wam każdy dzień z tej cudownej przygody. Byliśmy już prawie w połowie, ale...no właśnie ale. O Afryce i tym co tam przeżyliśmy można by napisać z 50 stron, można przeznaczyć na to 10 postów i byłoby pięknie, jednak wydaje mi się, że zamęczylibyśmy was naszą podróżą poślubną, a mamy wam jeszcze tyle do napisania o nas, o naszym związku, o małżeństwie, o wspólnym życiu i jego przeżywaniu, że dziś przeznaczamy ostatni post na podsumowanie Afryki i opowiedzenia wam o najważniejszych przygodach. Przypominamy wam, ze wszystko opisał również Blog Ojciec i każdy jego post o Afryce to też nasz post, bo byliśmy tam razem i pod jego słowami podpisujemy się wszystkimi rękami ;)

Zacznę od tego, że po wyprawie na glass boat dnia trzeciego, na następny mieliśmy umówioną wycieczkę na wyspę Wasini. Wiedzieliśmy czego mniej więcej się spodziewać, gdyż co nieco poczytaliśmy przed wyjazdem w internecie. To co zapamiętam do końca życia to na pewno zderzenie się naszej łodzi z inną i złamanie jej masztu, śmierć stanęła mi przed oczami. Widok stada delfinów i nawoływanie ich przez naszego kapitana. 




Potem cudowne snurkowanie, widok ogromnego żółwia wodnego zaraz pode mną i płaszczki! Potem znowu wypadek naszej łódki i zderzenie z rafą koralową, aż cud, że nie zostaliśmy na środku tego oceanu i nie potopiliśmy się. Lunch na wyspie Wasini i nasze wspólne jedzenie krabów, pierwszy raz w życiu. Wizyta w wiosce i znowu uświadomienie sobie jak biedni i jednocześnie bogaci są Ci ludzie. Bogaci w uśmiech. 




Po dniu czwartym nastał dzień piąty i tu plan wspólnie z naszymi nowymi, już starymi, znajomymi był taki, aby przez dwa dni nic nie robić i lenić się w hotelu. Znowu średnio nam to wyszło, bo już tego samego dnia wybraliśmy się z animatorem z hotelu Victorem na zwiedzenie i zobaczenie jak wygląda typowa Kenijska wioska. Wioska ta znajdowała się około 15 minut pieszo od naszego hotelu i uwierzcie mi na pewno nie była wioską specjalnie stworzoną pod turystów. Tak się złożyło, ze na zwiedzenie jej tylko my i Pani Matka wraz z Panem Ojcem byliśmy chętni wiec tłumów nie było. 




Na początku w drodze do wioski, podziwialiśmy roślinność i jak zwykle chłonęliśmy życie na zewnątrz hotelu, życie miejscowych. Spotkaliśmy dzieci, które powędrowały razem z nami do wioski. Zostaliśmy przywitani przez mężczyzn i kobiety typowymi przyśpiewkami i rozpoczęliśmy zwiedzanie. Victor pokazał nam typową chałupkę robioną głównie z patyków i odchodów zwierzęcych, lepioną rękami kobiet. 





Widzieliśmy, typowy prysznic z jakże rozwiniętą infrastrukturą w postaci wiadra. Pokazał nam ołtarzyk, jedliśmy owoce z drzewa, którego nazwę już zapomniałam, ale i tak największe wrażenie zrobiły na mnie dzieci. Biedne, brudne, zakatarzone maluchy, za to bardzo szczęśliwe i zaciekawione. 


Prysznic w wiosce.
Nasz ochroniarz Bonito i przewodnik Victor, pod drzewem, którego nazwy zapomniałam. 
Kwaśny owoc z drzewa, który mieliśmy okazję próbować.
Jak się okazało później to tylko kilkoro dzieci z wioski.
Polskie krówki najlepsze!
Niektóre nie miały nawet butów, ale za to motor z powalonego konara czy piłka zlepiona z liści były dla nich najcenniejszymi zabawkami. W wiosce odwiedziliśmy również szamana, gdzie przedstawiono nam sproszkowane korzenie roślin, bądź rośliny i opisano co do czego jest stosowane. Po zwiedzeniu wioski czekały nas tańce i fikcyjny ślub Pani Matki i Pana Ojca. Wizytę w wiosce zdecydowanie zapamiętam. 

Tą rośliną miejscowi czyszczą zęby, podobno ma silne działanie antybakteryjne. W smaku jest gorzka.
Sproszkowane korzenie, również jako środek na potencję.
Czas na imprezkę.
Małżeństwo :) Troszkę się różni od małżeństwa jakie tworzą Pani Poślubiona i Pan Poślubiony ;)
Tańczymy!
Kolejną przygodą w Afryce było safari w przedostatni dzień przed wyjazdem. Safari to podobno konieczność, gdy jesteś w Afryce. Wybraliśmy się wczesnym rankiem naszym małym wesołym autobusikiem wraz z innymi ludźmi i po około 50 minutach na horyzoncie zobaczyliśmy bramę wjazdową do rezerwatu Shimba Hills. 



Początkowo mieliśmy mały postój, gdzie zaczęliśmy pałaszować nasz lunchbox przygotowany przez hotel, jednak po chwili wyruszyliśmy autkiem w busz. Zaczęliśmy się rozglądać, gdy nagle Pan Poślubiony odskakuje od fotela i mówi, że coś go strasznie ugryzło. Rozglądamy się naokoło, a nad nami jakaś chmara owadów. Szybko pytam się kierowcy co to za owady i słyszę mrożące krew w żyłach wtedy dla mnie słowa "This is fly tse tse" Mucha tse tse?????!!!!! Panie Poślubiony! Umrę na zawał! 





Teraz wiem, że moje obawy były przesadne i tak też mówił mi kierowca. On miał z nas niezły ubaw, a my zamiast walczyć na safari z lwami walczyliśmy z muchami, wtedy strasznie się ich baliśmy. Przecież śpiączka afrykańska to straszna choroba! Po pewnym czasie wszystko jednak się uspokoiło i mogliśmy w spokoju poobserwować zwierzęta. Na horyzoncie dostrzegliśmy pumbę, stado bufalo, jednak największą frajdę sprawiło nam zobaczenie żyrafy i słoni. 


Pumba, afrykański dzik.
Bufalo
Słonik
Żyrafka
Niestety w parku którym byliśmy nie było lwów, ale dzięki temu właśnie, ze ich nie było mogliśmy razem z przewodnikiem i strażnikiem wyposażonym w karabin udać się w głąb buszu w celu zobaczenia przepięknego wodospadu. Pierwsza słodka woda z jaką było nam dane obcować w tym kraju. 




Nadszedł jednak dzień ostatni naszego pobytu a Afryce. W ten ostatni dzień obiecaliśmy sobie, iż wstajemy na wschód słońca. Gdyż w Afryce nad oceanem można oglądać tylko przepiękne wchody słońca i przepiękne wschody okrągłego księżyca. 




Pożegnanie z Afryką było piękne, tego dnia wszyscy z plaży żegnali się z nami jak z najlepszymi przyjaciółmi i życzyli nam szybkiego powrotu. Nigdy nie zapomnę tego miejsca, tych cudownych ludzi i klimatu, zwierząt, jedzenia, wody, piasku. Kocham Cię Afryko, jeszcze do Ciebie wrócę.

PAN POŚLUBIONY


Jako, że temat Kenii krąży, przewija się już od kilku postów i na pewno jesteście nim już mocno znudzeni, postanowiliśmy z Panią Poślubioną zakończyć go ostatnią notką. Będzie to niezwykle trudne, bo ilość wydarzeń i doznań tam na miejscu jest nieskończona.

Omijając wszelkie zabiegi stylistyczne przejdę do meritum:

Kolejnego dnia w Kenii ruszyliśmy na wyspę Wasini zahaczając po drodze o rafy i snurkowanie, a kończąc na obiedzie z owoców morza. Jak się okazało już sama podróż naszym stateczkiem to była nie lada przygoda, gdyż kapitan wypatrując delfiny kompletnie zapomniał co jest jego podstawową pracą, tj. sterowanie łodzią, w wyniku czego doprowadził w pewnym sensie do zderzenia łodzi i uszkodzenia jednej z nich. Ale nie o tym chciałem, nie  to jest w tym wszystkim najważniejsze.

Snurkowanie! Wszyscy zakładają maski, rurki i do wody. Niestety moja maska nie jest szczelna, zmieniam ją, statek odpływa od pozostałych, ja skaczę, patrzę pod siebie, a tam dno oddalone o 7 - 8 m.

FUCK! 

Miało być 2 m głębokości! Czuję jak serce zaczyna mi walić, usilnie staram się zaciągnąć powietrze przez rurkę, ale powietrza mam za mało. Za mało tlenu! Patrzę gdzie jest koło ratunkowe - daleko, łódź - jeszcze dalej! Co robić? Nie panuję nad sytuacją, zaczynam machać rękami jak oszalały. Nie, próbuję uspokoić oddech. Nie działa. Macham więc rękami ile sił, aby jak najszybciej znaleźć się przy kole, nagle zauważam, ze nie płynę kraulem, żabką, a pieskiem! 

Boże, chyba nie dopłynę ,zaznajamiam się z dnem, myślę ze to w sumie ładny miejsce pochówku, myślę tylko o Pani Poślubionej jak zareaguje. O Boże jestem jeszcze taki młody nie chcę umierać! Macham do ludzi -olewka, zobaczyłem koło, a przy nim naszego opiekuna, macham do niego, połykam wodę. Zauważył mnie! Dopływam. Jeszcze nigdy tak bardzo nie cieszyłem się na kawałek styropianu! Złapałem się tak kurczowo i mocno, że nic by mnie z niego nie ściągnęło! Podpływa łódź, z trudem wchodzę na jej pokład, nogi mi się trzęsą jak galareta.

Żyję, jestem bezpieczny.

Poczucie bezpieczeństwa przerywa na chwilę fakt, iż załoga wiadrami wyciąga wodę z pod pokładu statku! Jako, że reszta była niewzruszona po chwili również uznałem to za normę. Reszta dnia minęła mi tylko na jednej myśli: jak było blisko końca. Jako, że pierwszy raz pozwoliłem sobie na przeczytanie postu Pani Poślubionej, nie będę dublował informacji, które ona przekazała.

Podam Wam kilka przydatnych informacji i ciekawostek dotyczących Kenii.

1. Nie popadaj w paranoję, ludzie tam obecni są bardzo uczynni i uczciwi.
2. Jeśli przynajmniej choć trochę uważasz, żadna choroba Ci nie grozi, szczepienia nie są konieczne, a leki anty malaryczne tym bardziej.
3. W porze suchej komarów praktycznie nie ma, to nie polskie morze.
4. Nie każdy komar przenosi malarię, właściwie to mało który przenosi. To tak jak u nas nie każdy kleszcz przenosi boreliozę.
5. Jedz i pij do syta wszystko, napij się jedynie dwa razy dziennie po kieliszku wódki, nic Ci nie będzie.
6. Weź drobne na napiwki (Nam starczyło 25 sztuk jednodolarówek, a nie skąpiliśmy).
7. Wybieraj, kupuj wycieczki u miejscowych. Są one nieraz lepsze niż w biurach podróży, a 2-krotnie tańsze.
8. Weź z sobą lekkie spodnie dresowe, bielizny praktycznie nie potrzebujesz.
9. Nie wymieniaj waluty na lotnisku.
10. Sprawdź po którym roku wydania banknoty są honorowane (bywa z tym różnie)
11. Targuj się o wszystko, rzucaj tak samo niewiarygodne ceny jak sprzedający w twoim przypadku, niewiarygodnie niskie. Zazwyczaj to co proponują jest warte około 10-25% żądanej kwoty.
12. Kup filtry 30, 50 w dużych ilościach.
13. Zabierz z sobą wszystkie niepotrzebne Ci ubrania i obuwie, jakie wejdzie do walizki. Na miejscu wymienisz je na pamiątki. Tu najcenniejsze są buty, miejscowi bardzo chętnie się wymieniają.
14. Przydatny może być również polski alkohol do wymiany handlowej.
15. Jeszcze raz nie popadaj w paranoje, to tylko Afryka jeśli jesteś w miejscowości turystycznej to jest naprawdę bezpiecznie.
16. Acha... pamiętaj o przypływach, bo może się okazać, że droga którą gdzieś doszedłeś już nie istnieje (przećwiczone na własnej skórze).




Wracając jeszcze do miejscowych Tur Operatorów, że tak ich nazwę. Obiecaliśmy im, iż jeżeli będziemy zadowoleni z ich usług napiszemy o tym, polecając ich tym samym innym. (zobaczcie jaki zmysł biznesowy)

Korzystaliśmy z usług dwóch miejscowych: Martina i Boba


Martin od wyspy Wasini i Glass Boat.
Bob od safari.
Martin zabrał nas na Glass Boat oraz na wyspę Wasini. Oczywiście jako, że były to nasze pierwsze kupione na miejscu wycieczki to obawy były spore. Przede wszystkim chciał zaliczkę, która naturalnie zbiliśmy do minimum - jaką mamy pewność, że nas nie oszuka? Żadną, trzeba po prostu w pewnym stopniu ufać! 

Jak się okazało wszystko było w porządku jak najlepszym! Miejscowi działają w bardzo prosty sposób: biorą pieniądze od Ciebie, potrącają swoją dole, przekazują je kierowcy busika, który dowozi Cię na miejsce. On znowu bierze swoją dolę, kasę przekazuje kapitanowi łodzi i podróż trwa w najlepsze. Kapitan łodzi bierze również swoją działkę i płaci za Twoje jedzenie. Tak tam to działa i powiem szczerze, że funkcjonuje bezbłędnie. Prawie jak w Polsce podwykonawcy, tylko na mniejszą skale.

Kolejna obawa to czy nas nie porwą, w tym miejscu radzę wrócić do pkt. 1 i 15. Nie popadaj w paranoje! Ludzie są naprawdę przyjaźnie nastawieni, oni z tego żyją! Żyją z białych!

Bob natomiast oferował nam Safari, różnej maści dwu, jedno, trzy dniowe. Z przelotem samolotem itp. jest kompleksowy w swoich działaniach, załatwi wszystko, nawet lód na pustyni! Prawdę mówiąc targowaliśmy się z Bobem z 5 dni zanim doszliśmy do porozumienia dot. ceny. On wiedział, że chcemy pojechać na Safari a my, że chce nas tam zabrać i tak targowaliśmy się każdego dnia przez 5 dni. Niesamowity człowiek!


Bob również wywiązał się z umowy perfekcyjnie, wszystko co nam obiecał i pokazał przed wyjazdem się zgadzało. Kiedy nawet my już nie chcieliśmy dłużej jeździć po parku, jego kierowca wyczaił gdzie są słonie (bardzo na nie wyczekiwaliśmy) i nas tam zabrał.


Grupka innych Polaków pojechała z Bobem na 2 dniowe Safari i również nie mieli żadnych zastrzeżeń, podobno zwierzęta podchodziły pod ich chatki na drzewach! Mogę z pełną odpowiedzialnością polecić Boba jako solidnego człowieka i dobrego Tur Operatora. Jako, że przesłaliśmy również Bobowi link do tego postu, pozwolę sobie do niego zwrócić:

Bob, when we will back to Kenia, we will go with you to 3 - days safari. Thank you for everything!

Pozwolę sobie powiedzieć również parę słów na temat Tui, naszego biura z którym pojechaliśmy na miejsce. Sam zakup wycieczki i jej cena to był strzał w dziesiątkę, wszystko przebiegło pomyślnie, niestety dalej nie było równie łatwo. Przelot, wszystko w porządku pomijając fakt, iż samolot czarterowany przez Tui był nabity do granic możliwości, ściślej  foteli już się ustawić chyba nie dało. Pomijając fakt niewygody przelotu to brak posiłku zapewnionego w cenie biletu jest dla mnie na tak długiej trasie żenadą! Oszczędność za wszelką cenę?

Spotkanie z Rezydentem to nie powinna być reklama lokalnych wycieczek, a przekazanie ważnych, podstawowych informacji na temat okolicy, personelu, hotelu, nikt nam nie przedstawił menagera, pokazał, że jest również dostępne jedzenie przy basenie z baru. Całkowity brak informacji!

Ach no tak, została nam natomiast przekazana informacja, że jeżeli będziemy wymagali opieki medycznej, musimy sami pokryć jej koszty, które zostaną nam później zwrócone. Co to do cholery ma znaczyć? Wyraźnie i kilkukrotnie pytałem się Pani z TUI (jeszcze w kraju) ile minimalnie gotówki potrzebuję na miejscu. Za każdym razem otrzymywałem informację, że na wizę. Dalszy pobyt na miejscu nie musi wiązać się już z żadnymi kosztami. Co gdybym zachorował, a koszty mojego leczenia przerosły by nawet sumę pieniędzy posiadanych w kraju? Paranoja!


Kolejny raz Panią Rezydentkę widzieliśmy na lotnisku, rzuciła: do widzenia i odjechała. A gdyby ktokolwiek miał problem ze służbą graniczną, bagażem? Jedni Państwo zakupili na miejscu ogromną rzeźbę Masaja, Rezydentka rzuciła okiem, skrzywiła się i odeszła. To od czego Ona tam jest? Nawet nie zapytała czy dadzą sobie radę z nadaniem tego bagażu czy im pomóc. Klient = wróg # 1 najlepiej żeby nic nie chciał. To nieco popsuło obraz całości na szczęście wszystko uratowali miejscowi ludzie, kuchnia i hotel Diani Sea Lodge.

7 kwietnia 2014

Dzień 3 Glass Boat

PANI POŚLUBIONA

Kolejny poranek w Afryce. Minęły zaledwie dwa dni, a ja już czuję się jak u siebie. Dziś czeka nas wyprawa na glass boat. Łódka ze szklanym dnem, podziwianie rybek i pierwsze snurkowanie w naszym życiu. Na początek śniadanie. Tradycyjnie już jemy je w towarzystwie Pani Matki i Pana Ojca. Z nimi też wybierzemy się na nasze wycieczki. Rozmawiamy już jakbyśmy znali się kupę lat.

Po śniadaniu przemarsz na plażę, a tam czeka na nas Martin – beach boy, który organizuje dla nas mini wycieczkę ze szklaną łódką i wyprawę na wyspę wasini. Każe czekać. Łódka podpłynie za 30 minut. Kładziemy się na leżakach i podziwiamy poranek na plaży. Pomału zbierają się beach boysi, zaczynają swoją pracę, jakiś czarny biegnie brzegiem oceanu, kobiety rozkładają się na straganie z chustkami.

W końcu wchodzimy na łódkę i płyniemy w nieokreślonym dla nas kierunku. Po około 30 minutach przeprawy wraz z dwoma innymi łódkami zatrzymujemy się, a nasz kapitan, wyposażony w rurkę i okulary, wskakuje do wody. Nagle widzimy jak pod szkłem pojawia się mnóstwo maleńkich rybek, głównie zebra fish i trochę innych. Naokoło rybek widzimy naszego kapitana. Daje im chleb, następnie pokazuje nam inne gatunki: coś w rodzaju węgorza, karmi go rozłupanym jeżowcem, widzimy też trzy rozgwiazdy.





Nagle na nasz pokład trafiają: rozgwiazda, jeżowce i coś czego z Panią Matką zdecydowanie nie polubiłyśmy pająk wodny..brrr na rękę decyduję się wziąć jedynie rozgwiazdę i jeżowca, pająk to dla mnie zdecydowanie za dużo. Po obejrzeniu okazów, mamy wskoczyć do wody. Ubieram maskę i rurkę, patrzę na dno i zastanawiam się czy ja w ogóle dam radę. Dno jest całe w wodorostach.




Podejmuję się jednak próby i schodzę drabinką z łódki. Dotykam dna i czuję jak w stopy łaskoczą mnie wodorosty. Nie dam rady, łapię się drabinki, okropne uczucie, ja chcę z powrotem. Proszę kapitana aby dał mi płatwy, mam nadzieję, ze to chociaż trochę uchroni moje stopy od dotyku wodorostów, ja po prostu panicznie boję się i nie cierpię tych roślin. Zdecydowanie wolałabym wskoczyć do wody i nie dotykać dna.

W końcu się decyduję. Schodzę z łódki i jest! Jestem w wodzie! Nurkuję. Naokoło mnie pełno rybek, są mniej kolorowe niż miałam nadzieję, ze będą ale i tak jest pięknie. Podpływa do mnie nasz przewodnik. Daje mi do ręki rozłupanego jeżowca i karze karmić rybki, nagle pod wodą na moją rękę z jeżowcem rzuca się stado rybek. Niesamowite uczucie, udaje mi się jednak tylko chwilę tak pokarmić rybki, bo zaraz tracę równowagę.

Pływamy tak i podziwiamy faunę i florę przez około godzinę, a może dłużej, tracę rachubę. Mamy możliwość odpoczynku na dość sporej mieliźnie która wygląda jak mała wyspa z piasku. Wypływam na brzeg i nagle podchodzi do mnie sprzedawca z koszem pełnych ogromnych muszli większych niż moja głowa, a do Pana Poślubionego podpływa Pan sprzedający napoje na swojej desko łódce. Dziękujemy za ich usługi i udajemy się do łódki.



Jako, że ja dzień wcześniej przy wieczornych występach i pogawędce z naszymi nowymi- starymi polskimi znajomymi, spożyłam większą ilość drinków niż mój organizm byłby w stanie przyjąć, zaczynam pomału coraz bardziej odczuwać tego skutki i słowa woda i bujanie łódki daje mi ostro popalić. Więcej nie wchodzę do wody.

Po powrocie do hotelu, udajemy się do hotelu, obiad i znowu słodkie lenistwo, potem kolacja, a na drugi dzień kolejna przygoda. Upragniona wycieczka na wyspę wasini. Już nie mogę się doczekać.

PAN POŚLUBIONY


Trzeciego dnia pobytu w Kenii obudziłem się już koło 5 wyspany, wypoczęty. Co robić? Pani Poślubiona jeszcze smacznie śpi, nie mając pojęcia o bożym świecie, za oknem jeszcze szarawo, a ja nie mogę już spać podniecony tym co się dziś wydarzy. Ostatecznie jako, że to nasz pierwszy urlop od 3 lat postanawiam przyciąć komara jeszcze na parę minut. Budzimy się około 6:30 to nasz ustalony deadline jeśli chodzi o pobudkę w Kenii. Nie chcemy marnować ani jednej minuty więcej na sen, aniżeli jest to wymagane przez nasze organizmy.

Szczerze powiedziawszy nie wierzyłem Pani Poślubionej kiedy mówiła, że będziemy tak wcześnie wstawać, szczególnie, że jest ona strasznym śpiochem. Tak, Poślubiona jest okropnym leniwcem jeśli chodzi o poranne wstawanie. Standardowy dzień Poślubionej w weekend zaczyna się około 11:00.

Ale nie o tym miałem pisać.

Wstaję więc, nakładam pastę na szczoteczkę, moczę pod kranem, wkładam do ust. FUCK! Nie wodą z kranu! Niestety przyzwyczajenia są silniejsze od nas, szczególnie z rana. Do mycia zębów hotel nalewa specjalnie do tych celów wody słodkiej do termosu, który stoi przy umywalce - radze z niego korzystać. Chociaż my przezorne żółtodzioby pierwszego dnia płukaliśmy wodą z butelki, bo my Proszę Pani z Erłopy przyjechaliśmy!

Nie będę opisywał jak po raz kolejny idziemy na śniadanie, znowu wcinamy omleta, obżeramy się wszystkim co tylko jest możliwe i dostępne zjedzenia (no w moim przypadku poza fasolką po angielsku). Nie będę tego opisywał chociaż my byliśmy tym do ostatniego dnia tak samo mocno podjarani jak pierwszego.



Po śniadaniu siadamy nad basenem mając jeszcze pół godziny do umówionego spotkania na plaży. O 9 ma po nas przypłynąć łódka tak zwana GlassBoat. Pani Poślubiona moczy nogi w basenie, dziś potrzebuje dobrze się nawodnić, wczoraj nieco za dużo wypiła. Triple Whisky powaliło moją ukochaną na kolana, jak pisałem wcześniej: Afrykańską przygodę czas zacząć.  :)


Jest 9:00 idziemy na plażę, łódki jeszcze nie ma, czyżby nas przekręcili? Nie, Martin -nasz Beach Boy już do nas biegnie i tłumaczy że łódź ma małe opóźnienie i podpłynie za 30 min. Mamy wyczekiwać żółtej łódki. Więc czekamy, w między czasie targujemy się z Bobem o Safari cena wyjściowa 200$ za łepka. Żółta łódź nadpływa, wsiadamy, a w jej dnie otwór z szybą o wymiarach 1,5 x 0,6 m od patrzenia w który pod krótkiej chwili robiło się nie dobrze.



Po około 30 minutach dopływamy do miejsca, gdzie nasi przewodnicy prezentują nam malutką rafę, wskakują do wody i przykładając do jej powierzchni naprzemiennie chleb tudzież przepołowione jeżowce przyciągają całe ławice ryb wydzierających jak oszalałe każdy kąsek. Po chwili do łódki wskakują naprzemiennie rozgwiazdy, jeżowce, pająki wodne. Piszę o tym teraz bez emocji, a kiedy byliśmy na łódkach towarzyszył temu jeden pisk kobiet, niezależnie od narodowości. Szczególnie na widok pająka wodnego, mało przyjemne uczucie jak porusza się po ręce -chyba ze względu na jego wygląd.



Jako, że zaznajomiliśmy się już z florą i fauną morską rozdano nam po masce i chlup dowody. Ale czy aby na pewno to takie łatwe? Dla mnie, dla osoby, która po raz pierwszy w życiu miała do czynienia ze snurkowaniem, wyjście z łódki dotknięcie dna w którym czają się krwiopijcze jeżowce czyhające na mój fałszywy krok, nie takie łatwe. Po kilku minutach oswajam się z otoczeniem, wszystko staje się dużo łatwiejsze gdy wsadzi się łeb pod wodę i zwyczajnie w świecie obserwuje co ma się pod sobą. 



To czego nauczyliśmy się na własnej skórze to fakt, że warto mieć swoją rurkę i koniecznie pływać w t-shirtcie. Po co? Wpatrzonym w głębię oceanu (w naszym przypadku 1,5m) bardzo łatwo stracić rachubę czasu, a słońce nie śpi i pali niemiłosiernie. W Kenii handel kwitnie na każdym rogu, nawet na rogu oceanu. Na małym czółenku starszy mężczyzna sprzedawał zimne napoje, inny robił koraliki i od razu sprzedawał, a jeszcze inny zbierał datki na miejscową szkołę legitymując się pomiętym świstkiem papieru z którego wynikało jak duża rzesza ludzi już wpłaciła na szkołę. Chyba trzecia rzesza bo figurowały tam niemieckie nazwiska - była to oczywiście ściema.

Po powrocie z łódki oczywiście obiad, zadudnili w bębny, gdyż to był sygnał od obsługi, że do stołu podano, później relaks, relaks, relaks. Dzisiejszego wieczoru w hotelu odbywał się wieczór Afrykański, Kenijski. Kolacja zamiast w restauracji podana została na tarasie, stoliki oświetlone zostały lampionami a na scenę wkroczyły ludowe tańce. 




Czy takimi były, nie mam pojęcia, mogli by równie dobrze zatańczyć coś na miarę gangam style i tak byśmy to łykli. Wszystko łykaliśmy co nas otaczało. Jedzenie było wyśmienite, mnogość potraw i deserów, ich wygląd, kolory przyprawiały o ból głowy, o bulach brzucha nie było mowy. W Polsce zazwyczaj po obżarstwie łapie mnie zgaga, tam nie zdarzyło mi się to ani razu pomimo codziennego ucztowania do oporu. 





Afrykańskie tańce raczej nie przypadły mi do gustu, wręcz trochę nudziły, całość uratował open bar i towarzystwo naszych znajomych!


Po raz kolejny padliśmy do łóżek. Czy to aby na pewno podróż poślubna? Raczej powinniśmy być jak króliki w sypialni a tym czasem jesteśmy jak leniwce.  :)