30 czerwca 2014

30 seconds to mars - Rybnik

Jak pisałam w poprzednim poście, weekend majowy zakończyłam wyjazdem na koncert z moją siostrą. Pan Poślubiony został w domu, aby dalej dzielnie przechodzić przez stertę książek, a ja postanowiłam trochę poszaleć. Pierwszy raz kupiłam bilet na koncert zespołu, którego właściwie zupełnie nie znam, co okazało się strzałem w dziesiątkę.

30 seconds to mars - koncert w Rybniku, pod bramą jesteśmy już o 16.00, a otwierać mają dopiero o 18.00. Jeszcze nie ma nie wiadomo jakiego tłumu, stajemy gdzie bądź. Po 30 minutach nagle pod bramą gęstnieje, nim się obejrzę naokoło mnie pełno ludzi. Godzina 17.30 chce mi się siku, no nie ma opcji, żebym się stąd wydostała. Duszno, ile jeszcze? 18.00 tłum krzyczy "Otwierać" na przemian z "Osiemnasta!" 18.10 nagle tłum napiera na bramę i bok ogrodzenia, robi się niebezpiecznie i bardzo ciasno, patrzę w prawo metalowy płot leci jak zapałki, dziewczyny piszczą, faceci krzyczą "Ludzie STOP" Nie powiem porządnie się wystraszyłam. Na szczęście tłum jakoś się opanował i daliśmy radę. O 18.30 otwierają bramę i wtedy się zaczyna napieranie do przodu. W końcu przechodzimy przez bramki, a ja łapię kilka porządnych oddechów.



No nieźle się zaczyna!

Lecimy w kierunku sceny. Po drodze dostajemy kubeczek ice tea "Mmm pychotka" i lecimy dalej. Moja siostra szybko staje w kolejce i kupuje jeszcze koszulkę ukochanego zespołu. Ja siedzę i czekam na krawężniku. W końcu docieramy na płytę A. Ostatnie sprawdzenie biletów i jesteśmy. Podchodzimy bliżej. Jestem jakieś 3-4 metry od wybiegu, wow nie sądziłam, że uda się dotrzeć tak blisko. Jest nieźle. Mamy jeszcze trochę czasu do supportu. Siadamy na ziemi.


Moja siostra idzie po orzeszki, przynosi je, pałaszujemy i gadamy. O 20.00 na scenie pojawia się Dawid Podsiadło. Super cieszę się, bo bardzo go lubię. Tłum chyba mniej. Obok mnie jakieś nastolatki ostro go krytykują. Mi się podoba. Fajnie śpiewa, młody artysta, super chłopak. Śpiewam z nim "Trójkąty i Kwadraty", kto tego nie zna? Jest fajnie, jednak po 40 minutach Dawid schodzi ze sceny i zostaje nam kolejne 30 minut czekania na właściwy koncert.





Znowu siadamy. Gadamy, robimy zdjęcia, ja sama nie mogę doczekać się zespołu 30 STM, ekscytacja tłumu mi się udziela. Jest 21.00 Wstajemy i czekamy, 21.08 nic, 21.10 tłum zaczyna klaskać, to już? Nie..dalej nic. 21.30 coś tak czułam, że może być opóźnienie, przecież to norma na koncertach. Zaczyna się ściemniać. 21.35 gasną światła na scenie. Tłum zaczyna klaskać i krzyczeć. W końcu się zaczęło. światła na scenie szaleją, słyszę doniosły głos artysty, ale wcale go nie widzę. Po 5 minutach jest! Pojawił się na scenie, Jared Leto, w okularach, koronie i białym płaszczu.


Wygląda jak współczesny Jezus, a reakcja tłumu jest taka, że chyba faktycznie na scenie mamy Boga. Wszyscy śpiewają. Ja chłonę atmosferę i przyglądam się temu z boku. Kolejna piosenka, wszyscy śpiewają i zaczynają skakać, niesamowita atmosfera. Ja odsuwam się w ramiona trzech Panów, którzy akurat też nie skaczą, ja niestety nie mogę sobie pozwolić na takie szaleństwo w tłumie, ale macham rękami jak głupia.


Moją siostrę już dawno porwał tłum, mówię jej żeby skakała z nimi, a odjedziemy się po koncercie. Po 2 minutach została wciągnięta i tyle ją widziałam do końca imprezy ;) Jared ma cudowny kontakt z publicznością. Rozmawia, opowiada nam o tym jakie miał pierogi (z truskawkami, jagodami i mięsem, ze wszystkim) co nie odbiło się dobrze na jego żołądku. Na jednej z piosenek nagle w tłum zostają wyrzucone ogromne balony o średnicy 1-3 metrów kolorowe, tłum skacze i sie bawi, ja nie mogę wyjść z podziwu.





Nagle wystrzela confetti, fajerwerki, cuda na kiju. Dużo się dzieje. Są dwie piosenki, które zapadają mi w ucho i które naprawdę mi się podobają: "This is war" i grana chyba na koniec "Up to the air" Mam nadzieję, że nie pomyliłam tytułów :) Jared na początku bierze na scenę tygrysico-zebrę bodajże z Warszawy i 12 -letniego chłopca z Gdańska wraz z mamą. Chociaż nie jestem fanką zespołu i praktycznie ich nie znam strasznie zazdroszczę tej trójce, że Jared wziął ich na scenę. Najchętniej sama bym tam wskoczyła. Pod koniec zresztą Jared wybiera z kilkanaście osób, które też lądują na scenie. Jest bosko! Po 2 godzinach koncert się kończy, a ja się zastanawiam czemu tak szybko? chcę jeszcze!!! 


Ps. Nie jestem w stanie opisać wszystkiego co się działo na koncercie w jednym poście, bo były jeszcze dwie akcje fanów: rzucanie glowsticków (powstał wspaniały kolorowy deszcze, a sam Jared skomentował sytuację, ze jesteśmy nieźle pokręceni), a drugą akcją było podniesienie kartek z napisem nie pamiętam jakim na jednej z piosenek :) to również bardzo fajnie wyglądało :)

Ps2. Jared Leto super sprawdza się również jako aktor. Polecam obejrzeć film Mr Nobody :)

Ps3. Są z nami tutaj jacyś fani zespołu?

24 czerwca 2014

ZOO Ostrava

Nasz blog zarósł mchem. Lato się zaczęło, a my nagle ni z tego ni z owego zapadliśmy się pod ziemię. Mogłabym zwalić to na studia Pana Poślubionego, bo sesja, bo miliard egzaminów, a przecież to nie ja piszę te egzaminy. Mogłabym zwalić naszą nieobecność na nową pracę Pana Poślubionego, ale to też w sumie jego nowa praca, a nie moja. Zapadliśmy się pod ziemię jednak z innego powodu. Obecnie głowę zaprząta nam jedno wydarzenie i może teraz jeszcze o nim nie napiszę, pozostawię Was z nutką niepewności i tajemniczości, ale możliwe, że niedługo wszystko znowu się zmieni i na pewno z czasem się dowiecie. Znowu szykują się zmiany, jak podczas wyjazdu Pana Poślubionego w delegację.

Tymczasem jak strzała przeleciał nam długi weekend. Oprócz tego, że Pan Poślubiony spędził go głównie z nosem w książkach, a ja z nosem w makiecie domu, którą dla niego robiłam, postanowiliśmy gdzieś jednak pojechać. Na cel obraliśmy ZOO w Ostravie. Jako, że otworzyli nową część autostrady w miejsce docelowe dostaliśmy zaledwie po 40 minutach! 


Oczywiście zabraliśmy ze sobą moją siostrę no i Państwa Narzeczonych: Pannę K. i Pana Ł. po dojechaniu na miejsce oczywiście okazało się, że zapomnieliśmy wymienić walutę, ale na ratunek przyszedł nam bankomat w pobliskim supermarkecie. 




Ogółem wycieczka do ZOO była strzałem w dziesiątkę, bo ja w ZOO nie byłam już chyba z dobrych 15 lat. Co fajnego jest w tym czeskim ZOO? Przede wszystkim bliskość zwierząt. Każde było oddalone od nas na maksimum 3 metry. Bywało nawet, że jakieś ptaszysko jadło nam z ręki. Mało tego chwile przed tym jak podeszliśmy do klatki króla dżungli, lew osikał jakiś turystów. 












Na początku i najbardziej spodobały mi się flamingi! Niesamowite ptaki. Takie dziwaczne, ale piękne. Były też słonie, hipopotamy, żyrafy, lamparty, jednym słowem wszystkie egzotyczne okazy jakie powinny się w ZOO znajdować. Fajne było też to, ze przy każdym pawilonie z dziką zwierzyną danego gatunku były ciekawostki i zadania interaktywne dla dzieci. Typu miarka ze wzrostem i duża żyrafa, z pytaniem czy zmieścisz się pod jej brzuchem? 







Hitem okazały się też kozy i świnki morskie, gdzie do klatek tych zwierząt mogły wejść dzieci i pogłaskać czy tez po obcować z tymi zwierzętami. My nie mogłyśmy z siostrą napatrzeć się na świnki, dwie były ciężarne i udało nam się nawet zobaczyć jak maluchy ruszają cię im w brzuchu! Jednak nasze serce skradła siwa świnka :)



To tyle. Długi weekend zaowocował też w koncert, gdzie miałam okazję towarzyszyć mojej siostrze. Swego czasu pracowałam przy organizacji koncertów i miałam okazję oglądać koncerty takich zespołów czy muzyków jak Metalica, Avril Lavigne czy nawet Celine Dion. Celine podbiła moje serce i pokochałam tą piosenkarkę. Jadnak wczorajszy koncert tak samo jak Celine skradł moje serce, ale o tym w kolejnym poście. Czy można zakochać się w artyście ze względu na samą osobowość, a nie muzykę? Panie Poślubiony, chyba masz konkurenta ;)