9 grudnia 2015

Skąd wiedziałam?


Wiele osób tuż przed ślubem ma rozterki. Jakie? Czy ta osoba z którą niedługo będę przyrzekać przed Bogiem to faktycznie ta jedyna na zawsze...a co jeśli się pomyliłam? Co jeśli to nie jest ten jedyny i kiedyś to wszystko się rozsypie? Co jeśli teraz tak myślę, że to ten jedyny, a potem spotkam na swojej drodze kogoś kto totalnie zawróci mi w głowie i moje małżeństwo się rozsypie?

Odpowiedź jest prosta. Jeżeli to prawdziwe uczucie i faktycznie się kochacie, to nigdy, przenigdy nie spotkasz kogoś innego kto zawróci Ci w głowie. To niby oczywiste, ale... no właśnie to ale. Czasem się zdarza przecież, że spotkamy jednak tego kogoś innego i to się nazywa zdrada. Jednak ja uważam, że zdrada o której też tu kiedyś pisaliśmy, może się zdarzyć i w związku z prawdziwą miłością....ale to chyba temat na osobny post i nie chce żebyście mnie tu źle zrozumieli więc nie będę dalej ciągnąć wątku. 

Wracając więc do głównego tematu. Będąc jeszcze narzeczeństwem oboje z Panem Poślubionym zastanawialiśmy się, czy dobrze postępujemy biorąc ze sobą ślub. Tak, zastanawialiśmy się i nie wstyd nam się do tego przyznać. Nie byliśmy pewni, że tak oto, na dobre i na złe to jest ta ukochana osoba. Choć byliśmy ze sobą już 8 lat, choć pewni byliśmy, ze bardzo się kochamy, ufamy sobie i bardzo, ale to bardzo chcemy, żeby właśnie tak było. Żebyśmy już zawsze byli ze sobą i żeby nasze szczęście trwało już tak do końca, bo przecież prawie każdy z nas tego właśnie chce. 

Rozterki jednak bywają i tak jak napisałam wyżej i my je mieliśmy. W związku z tym powstał tu nawet kiedyś taki post pt.: "Wątpliwości" i właśnie to on był odzwierciedleniem naszych uczuć na tamtą chwilę. Teraz wiem, że takie obawy są naturalne i czasem są potrzebne, po to aby przekonać się przed samym sobą, że to chyba nie jest dobry pomysł i to nie jest dla nas, a czasem też po to, aby utwierdzić się w tym, że dobrze podstępujemy. Mój post jednak nadal nie odpiwiedział na pytanie skąd wiedziałam? Skąd wiedziałam, że to ten jedyny i na zawsze razem? 

Odpowiedź brzmi więc: Nie wiedziałam. Zaufałam sobie, własnemu sercu i mojemu ukochanemu. Przede wszystkim bardzo chciałam, żeby tak było. Żeby moje marzenie się spełniło i żebyśmy już zawsze się kochali. Co mogę powiedzieć na chwilę obecną? 10 lat razem i 2 lata po ślubie to zaledwie skrawek życia. Tak wiele i jednocześnie tak mało, a jednak wspomnień jest cała masa, jesteśmy ze sobą od zawsze i jedno wiem. Miłość się zmienia. Dojrzewa, ewoluuje, nie zawsze jest taka sama i to chyba jest piękne. 

Miłość to przede wszystkim przyjaźń, szczerość, otwartość i zaufanie. To również namiętność, ale z czasem trzeba się liczyć z tym, że ta namiętność będzie gdzieś znikać, po to aby rodzić się na nowo i pozwalać nam odnajdywać się wzajemnie w tej szarej codzienności i rutynie. To właśnie jest piękne, że miłość jest dla nas nie tylko darem, ale i wyzwaniem, bo tylko od nas oboje zależy czy faktycznie to, że będziemy razem i będziemy się kochać szczęśliwie przetrwa, aż do końca. Do końca naszych dni.

2 grudnia 2015

5 rzeczy, które zmieniłabym w moim mężu.


Kocham mojego męża nad życie. Oczywiście oficjalnie to chodzący ideał, dający kwiaty, wieczorem masujący stopy, całujący przy każdej możliwej okazji. No ale...mąż też człowiek, wady mieć musi, a że żona to królowa, ideał nad ideały, to wady zawsze przypadną w zasłudze mężowi. Oto kilka mężowskich wad, które z chęcią bym zmieniła, wyplewiła i zaczarowała w coś innego za pomocą magicznego królewskiego berła żony:

1. Mój mąż nagminnie zapomina o zlewie. Chyba nawet nie wie, co to słowo znaczy, bo jego ręka tam nie uraczy. Zmywanie naczyń to chyba tylko przywilej żony. No, ale, że żona czasem choruje to wtedy i mąż tam zajrzeć musi. Myje gary więc raz na ruski rok. No, ale jak już myje ile ja się nasłucham, że nie ma bata - jutro kupuję zmywarkę!

2. Mój mąż słucha, ale nie słyszy. Ile to razy mówiłam, weź dla małego tą piżamę. Położyłam na szafce w kuchni (no, a gdzie by indziej, przecież to logiczne) leży ta piżama już godzinę, po czym słyszę: "Kochanieeeeee!!! Podasz nam piżamkę?" Przecież mówiłam, żebyś ją wziął leży na blacie kuchennym! "Serio? Nic nie mówiłaś. Nie słyszałem. Tak samo z nalej mi szklankę wody proszę, umyj szmatę od mopa, zabierz swoje czyste rzeczy. Czemu oni czasem naprawdę nie słyszą, choć widzę, że słuchają.

3. Mój mąż szuka, ale nie znajdzie. Idzie do kuchni...otwiera lodówkę...patrzy...i nie widzi. "Kochanieeeee!!! Nie ma już tego jogurtu pitnego?" Jest! Na górnej półce, po prawo...właściwie przed twoimi oczami. 

4. Mój mąż patrzy, ale nie widzi. Bałaganu, tego, że mały narobił do pieluchy, że puste butelki stoją i się walają, że pranie wychodzi już z kosza na brudy i macha radośnie na powitanie w łazience, że mamy jednego kota, a czasem to i dwadzieścia dwa koty, które radośnie biegają w salonie i tylko nieśmiało miauczą, ze chyba trzeba by było za mop złapać.

5. Mój mąż nudzi  się na zakupach piekielnie. To wada, bo ideałem byłby mąż, który z chęcią idzie z nami do galeri, szczerze wyraża swoje zadowolenie i jeszcze doradza...bo ta kiecka Ci świetnie pasuje, a powinniśmy jeszcze do tego buty kupić...no  i może nowa torebka? O  patrz! Tam jest kącik z wyprzedażą! Koniecznie trzeba zajrzeć i poszperać...taki mąż to skarb..tylko, kto by chciał  za męża homoseksualistę ;) ?

Mój mąż to ideał. Mimo, że czasem nie sprząta, mimo, że czasem mnie słucha, a jakby nie słyszał (czyżbyśmy my kobiety za dużo i za szybko mówiły?), mimo, że czasem doprowadza mnie do szewskiej pasji to kocham go nad życie i nudno by chyba było gdyby ciągle robił tak jak mi wygodnie lub tak jak ja bym to wszystko widziała. Dlatego cieszmy się kobietki z tych naszych niesfornych Panów i czasem postarajmy się potraktować ich małe potyczki bardziej pobłażliwie ;)

16 listopada 2015

W pokoiku, na stoliku...

...stało mleczko i jajeczko. Często mówię, ten wierszyk naszemu synkowi. Przyszedł kotek...wypił mleczko, a ogonkiem stłukł jajeczko. Jakoś ten wierszyk mimo, że nie ma w nim mowy o pokoiku dziecięcym, właśnie z nim mi się kojarzy. Nasz maluch, ma pokoik i mimo, że nie należy on do pokoiku marzeń to jakoś się nad nim zachwycam :)


Pamiętacie jak chwaliłam wam się, będąc jeszcze w ciąży, naszym małym kącikiem dla malucha w sypialni? Nie? Było to w sumie tylko łóżeczko i nic więcej konkretnego. O tym możecie poczytać więcej klikając TU. Powiem tylko tyle, że u nas opcja dostawnego łóżeczka sprawdziła się świetnie. Jednak nadszedł ten czas, gdy mały zaczął raczkować i urósł juz do tych rozmiarów, że opcja nr 1 przestała się sprawdzać i postanowiliśmy przerobić naszą sypialnię. Oczywiście marzy mi się, aby mały miał swój pokój juz w stu procentach, ale jako, że nadal karmię piersią i pobudek w nocy czasem jest sporo, to summa summarum nadal śpimy w pokoiku małego na kanapie.


Sam pokój więc nie powala, ale co tam, pochwalę się wam :) Zdecydowaliśmy się kupić tym razem łóżeczko, które posłuży nam dłużej. Rozmiar 70 cm x 140 cm to większa wersja łóżeczka dla dziecka, które można potem przerobić na łóżeczko dla troszkę większego malucha, wyjmując szczebelki, a potem nawet zdejmując bok. Świetnym rozwiązaniem jest też szuflada pod łóżeczkiem i w małych mieszkaniach sprawdza się rewelacyjnie. Ja mieszczę tam wszystkie ubranka małego. 


To co lubię w tym pokoiku to parę detali na które sobie pozwoliłam :) są to między innymi słynne cotton balls, które według mnie wieczorem dają kapitalny efekt i ocieplają pomieszczenie. My mamy wersję szarą. Obok na oknie zawiesiłam, zwykłą najtańszą firanę ikea a na niej girlanda z sówek, wydziergana przez moją koleżankę. Oblepiliśmy też ścianę szarymi, trójkątami. Wcześniej nasza sypialnia, była śnieżno-biała, chciałam jednak, żeby mały miał cokolwiek na ścianie i stąd przeklejki w kształcie trójkątów :)




Zamontowałam też trzy półeczki na książki, na na nich oprócz baśni, stoi też obrazek z aniołem stróżem, po Panu Poślubionym :) kilka wełnianych sówek w kolorze niebieskim, które również zrobiła moja koleżanka, tak jak girlandę, a także aniołek z Częstochowy,  którego nasz synek dostał na chrzciny, a który to symbolicznie miał zabrać mu kciuka (chodziło o to, że mały uporczywie go ssał) taki śmieszny symbol, ale nie wiem co ten aniołek takiego w sobie ma, bo mały na prawdę po miesiącu samoistnie przestał ssać owego kciuka ;)




Pokoik jest malutki i są w nim trzy meble na krzyż, czyli wspomniana kanapa, na której śpimy my, szafa i łóżeczko małego. Nad łóżeczkiem powiesiłam zdjęcie naszego malucha i dziecięcą mapę polski, żeby było patriotycznie ;) Natomiast w samym łóżeczku, mamy poduchę w kształcie litery B. myszkę miki przywiezioną przez ciocię z disneylandu i cudownie miekką pościel la millou wzór indian zoo. 




Wiem jednak, że kiedyś zrobię małemu pokoik z prawdziwego zdarzenia.jego królestwo. Jest mnóstwo pięknych inspiracji, ale kikla z nich na prawdę mi się podoba. Co wy na to?






9 listopada 2015

Gdybym mogła jeszcze raz...

Sezon ślubny już dawno za nami. Zbliżają się święta i mało komu w głowie przygotowania ślubne. Mi jakoś ostatnio się zatęskniło...za weselem, za ślubem, za atmosferą no i przede wszystkim za tym szczęściem i wielką miłością jaką odczuwałam tamtego dnia. Co jednak gdybym mogła jakimś cudem wrócić do tych chwil? Czy coś bym zmieniła? Pewnie, że nic, bo przecież było wspaniale. Ale...ale ...gdybym jednak mogła....

Gdybym mogła to przeżyć jeszcze raz moją suknią ślubną tym razem by była....






...suknia dopasowana, koronkowa, z pięknymi odkrytymi plecami. Choć wiem, że mi w takiej nieładnie. Mierzyłam, patrzyłam i niestety z każdej strony mimo,  że figura jeszcze nie była po ciążowa, było mi źle. Nie wyglądałam dobrze, a mimo to nadal wzdycham. Do tych koronek do tych dopasowanych i do tych z gołymi plecami, Długi rękaw, romantycznie i jakoś tak...inaczej.

Gdybym mogła to wesele zrobiłabym....




...na zewnątrz. W ogrodzie lub jakimś pięknym parku. Z mnóstwem światełek, które wieczorem świeciłyby umilając czas przy stoikach i parkiecie do tańczenia. Oczywiście do tego potrzebny jest klimat, a ja bardzo chciałabym, żeby to było w  Polsce, bez stawiania namiotu. Tak po swojsku...tak jak kiedyś wystawiało się stoły przed chałupę na wsi. Tylko, kto zapewni pogodę? ;)

Gdybym mogła jeszcze raz to przeżyć...



...to więcej uśmiechałabym się na sesji ślubnej. Mamy piękne zdjęcia. Jednak jakoś chyba oboje tak się przejęliśmy, że mało mamy zdjęć, takich uśmiechniętych, a przecież właśnie tacy często jesteśmy na co dzień. Zrobiłabym też zdjęcie nas w strojach ślubnych trzymających zdjęcia rodziców jak sami byli w tym momencie życia, gdy brali ślub. Myślę, że wyszłoby to naprawdę kapitalnie.

Jest jednak jedna rzecz, której bym nie zmieniła, a mianowicie...


...męża. Mogłabym wyjść za niego jeszcze raz. Nie ważne czy w koronkach, czy w tiulach, a zabawa byłaby na dworze czy w sali, nie ważne jakie wyszłyby zdjęcia. Ważne jest  to, że mimo wielu kiepskich chwil i nieciekawych momentów. ja nadal bym wyszła za mojego męża jeszcze raz. Mimo, wszystko pamiętam tylko te dobre chwile i kocham całym sercem. 

A wy? Gdybyście mogły...co chciałybyście mieć na swoim weselu, ślubie, albo czego nie? :) Jak wasi mężowie? Nadal tak samo zabójczo przystojni, jak na ślubnym kobiercu? ;)

29 października 2015

10 rzeczy, które robię inaczej w rodzicielstwie


Jest wiele rzeczy, które robię jak większość rodziców, ale jest też wiele rzeczy, które robię zupełnie odwrotnie. Dziś mam zamiar podzielić się z wami zaledwie kilkoma z nich. Podzielę się z wami moimi opiniami i tym jaką wyrodną matką w oczach niektórych jestem. Rzeczy, które robię zupełnie odwrotnie i w moim otoczeniu budzą spore kontrowersje:

1. Karmię piersią. Temat drażliwy dla niektórych bardzo. Dla jednych jest to obleśne (tych bezdzietnych) dla innych najlepsze co dla dziecka możemy zrobić. Ja karmię piersią małego już prawie 9 miesięcy i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że mam zamiar karmić nadal..i nadal...i nadal. Czyli do kiedy? Do samoodnowienia! Minimum 2 lata jeśli Panicz zechce, a jeśli zechce i dłużej to matczynej piersi nie schowam w czeluściach biustonosza, a z chęcią nakarmię dziecię. Chyba, że nie zechce dłużej. Daję mu wolny wybór. Tak, czterolatka karmić piersią można i nie jest to chore, odsyłam do fachowej literatury.

2. Wożę małego B. w foteliku samochodowym. Bezpieczne prawda? Zimową wożę małego w foteliku samochodowym, ale nie zakładam mu kurtki. To już przesada! Przeziębisz dziecko! Ale, ale naprawdę? Odsyłam chociażby do tego artykułu: KLIK To doleję oliwy do ognia i powiem tyle: Tak samo jak karmić piersią będę tak długo jak mały będzie chciał, tak samo możliwie jak najdłużej będzie on jeździł w foteliku samochodowym, tyłem do kierunku jazdy i tu mu akurat nie dam wyboru chcenia czy niechcenia. Będzie jeździł i koniec. Czemu? Ponieważ jest to dla niego najbezpieczniejsze. Dziecko powinno być tak przewożone do 5 roku życia i myślę, że tak właśnie będziemy przewozić małego B. Szykujemy się do zmiany naszego pierwszego fotelika na kolejny i już mamy upatrzony taki właśnie tyłem do kierunku jazdy.

3. Moje dziecko nie wie co to sterylność. Nie wyparzam ciągle łyżeczek, nie myję uparcie każdej zabawki, nie wyparzam kota, mało tego kot jest uporczywie atakowany, a ogon smakuje najlepiej. Nie wiem czy robię dobrze i czy jest to kwestia buntu na owe czyszczenie wszystkiego czy po prostu jestem na tyle leniwa, że nie chce mi się ciągle czyścić wszystkiego jak szalona. Jedno jest pewne. Brudem moje dziecko nie zarasta, a i od brudu nie zginie.

4. Noszę na rękach. Noszę wszędzie i kiedy tylko mamy oboje na to ochotę. Chustonosimy, ale nie zawzięcie, bo mamy i wózek. Chustonosi Pan Poślubiony i ja. Mały to uwielbia. No, ale ale! Rozpieścimy go i potem nie będzie chciał nam zejść z rąk! Racja...i będzie przechlapane...bo przecież mały ma 9 miesięcy i waży już prawie 12 kg! 

5. Pozwalam mu się przewrócić. Nie stałam nad nim gdy uczył się siadać czy stawać. Nie raz upadł boleśnie, ale mimo, że serce mnie bolało nie asekurowałam. Dzięki temu, po kilku guzach mały nauczył się szybko, że upadek boli, a i doskonale wie już jak upaść żeby głowa była cała. 

6. Śpimy razem i osobno. Zdarza się, że mały śpi u siebie w łóżeczku, ale i tak jestem 20 cm obok na naszej kanapie. Śpimy razem, jak nie w łóżku to przynajmniej w tym samym pomieszczeniu. Pan Poślubiony do perfekcji opanował sztukę spania na sardynkę, a mały do perfekcji opanował sztukę spania gdzie popadnie byle blisko nas.

7. Stosuję metodę BLW. Jest duża grupa rodziców, którzy tę metodę popierają, ale są na tyle radykalni, że łyżeczka i karmienie to absolutne zło! U nas mały dostaje jedzenie w kawałkach, ale przynajmniej raz dziennie pomagam mu w jedzeniu. Dostaje jogurt na śniadanie i daję mu go właśnie łyżeczką. Dostaje zupę krem i to ja go karmię, ale dostaje też brokuły, ziemniaczki, mięsko, a wtedy to on sam już ochoczo wcina ;) Metoda BLW jest wygodna, ale nie zawsze. Nie zawsze chce mi się sprzątać po armagedonie jaki zgotuje mi mały jedząc banana czy marchewkę. Dlatego czasem po prostu czyściej i szybciej jest mi nakarmić go łyżeczką czy widelcem.

8. Nie prasuję ubranek dziecięcych. W ogóle w domu nie prasuję,,,chyba tylko na wielkie wyjścia, a tak to żelazko leży odłogiem. Prasowałam ubranka małemu raz, przed porodem, ale to nie ze względu na to, żeby zabić bakterie, a chyba głównie ze względu na to, aby każdym ubrankiem oddzielnie się nacieszyć. Mało tego...potrafię założyć małemu ubranko kupione świeżo co ze sklepu, bez prania.

9. Pozwalam dziecku na wiele, ale wyznaczam też granice. Mały jadł już piasek nad morzem, wcinał trawę i jesienne liście, raczkował po chodnikach i wiele wiele innych. Nic mu się nie stało, a frajdy było co nie miara :)

10. We wszystkim staram się zachować zdrowy rozsądek, a przede wszystkim jestem wygodnym i leniwym rodzicem. Wolę pobawić się z małym niż godzinę sprzątać po tym jak nabrudził kaszką, czasem wolę ponosić go na rękach i pokazać mu trochę więcej świata niż z wysokości jego spacerówki, wolę dać brzydko mówiąc dać mu cycka niż stać i przygotowywać mieszankę mm, wolę spać razem w jednym łóżku niż tysiąc razy w nocy wstawać do pokoju obok, jest jeszcze dużo innych ZA przemawiających dla mnie dlaczego wolę i dlaczego tak właśnie wychowuję synka,a nie inaczej. Najważniejsze to to, aby sam rodzic był przekonany, że robi właściwie i nie narzucał swojego zdania innym. Dlatego mój post przeczytajcie z przymrożeniem oka, a swoje poglądy i pociechy wychowujcie dalej tak jak uważacie za słuszne. Każdy rodzic jest najlepszym rodzicem, ale dla swojego dziecka. :)

Oprócz tego, że pozwalam sobie na te 10 powyższych podpunktów to robię też wiele rzeczy tak jak powszechnie uznane jest za słuszne. Szczepimy małego, dajemy wit D i inne cuda. Ciekawa jestem, czy macie swoje podpunkty, które według was wyłamują się z powszechnie widzianych standardów rodzicielstwa, a które wy stosujecie?

26 października 2015

Polska złota jesień


Polska złota jesień, to ten czas, którego nigdy nie doceniam. Zaczyna się robić zimno, a ja nie lubię chłodu, zaczyna padać, a ja kocham słońce. Jednak polska złota jesień to co innego. Świat topi się w kolorach, a w ten weekend nie mogłam wyjść z podziwu jak jest pięknie i kolorowo. Tym bardziej jest to dla mnie cudny czas, bo przeżywam tę jesień na nowo z moim synkiem. Mimo, że nie do końca mały rozumie, to widzę fascynację w oczach tego mojego 9 miesięcznego maleństwa, jak podaję mu przepiękny brązowo-żółty liść klonu.





"Patrz mały B. to jesień, liście spadają z drzew i są takie piękne!" Spacerujemy mimo, że ostatnio było kiepsko. Mimo, że od lipca wszystko po kolei spadało nam na głowę to daliśmy radę, a teraz na głowę spadają nam juz tylko liście z drzew i kasztany. W końcu nasza sielanka powoli powraca. 

Ps. Odkryłam możliwość pisania postów na blogu z telefonu. Może to pomoże mi coś częściej tu naskrobać? Dla matki 9 miesięcznego czworaka to świetne udogodnienie ;) dlatego do usłyszenia! 

21 października 2015

10 lat

Niedziela, godzina 11.15 właśnie wróciliśmy z basenu z małym B. za godzinę mają być moi rodzice i zostaniemy już tylko we dwoje. We dwoje do poprawki, czyli ja i Pan Poślubiony. Pierwsza prawdziwa randka od 9 miesięcy. Właściwie po tym jak było ostatnio, nawet nie wiem czy się cieszę, ale na pewno jestem podekscytowana. Nagle Pan Poślubiony oznajmia "Za 10 minut wychodzimy!!" Żartujesz? Krzyczę, przecież ja nie jestem nawet pomalowana! Szybko naprędce prasuję koszulę. Makijaż w 10 minut i już jesteśmy spóźnieni. Nawet nie wiem gdzie. 

Wychodzimy z domu, do auta i jedziemy. 30 minut, Katowice? Mój mąż zabiera mnie do śląskiej metropolii, no ale co będziemy tam robić? Mamy całe 5,5 h Cała wieczność, a jednak chwila. Podjeżdżamy pod IMAX...idziemy do kina??? Świetnie! Miałam ochotę troszkę się zrelaksować, odsapnąć. Kręgosłup mi już pada od noszenia małego. W końcu 12 kg słodkiej miłości robi swoje. "Poczekaj tu na mnie chwilkę." słyszę od Pana Poślubionego przed wejściem do budynku. 

Poczekaj...hm...pewnie będzie jakaś mega romantyczna niespodzianka- myślę sobie. W końcu coś się uda, a nie tak jak w lipcu druga rocznica ślubu, niewypał i to przez moją głupotę, wpadek i szpital. W końcu będziemy sam na sam. "Chodź" posłusznie kroczę za mym mężem...patrzę w stronę kas czy aby jakieś baloniki w kształcie serc nie unoszą transparentu "10 lat mojej miłości do Ciebie" gdy nagle Pan Poślubiony znika mi z oczu. Zaraz, zaraz, gdzie on skręcił??? 

Kręgle??? Kręgle????!!!!!!!!!!!! Tadam! Pytam z niedowierzaniem: "Idziemy na kręgle...?" No pewnie! Fajnie nie?? Jest tyle rzeczy ile chciałbym zrobić przez te 5h bez małego! Zaczynamy od kręgli! Mój mąż chyba żartuje...ale nie, podchodzi do kasy, tor 12 i już ubieram buty wielorazowego użytku. "Podoba Ci się?" słyszę. Co mam odpowiedzieć? Widzę, że cieszy się jak dziecko, ale on chyba widzi, że ja nie bardzo, bo jego zapał gaśnie z minuty na minutę. Chyba zrobiłam się nudną matką polką. Nie umiem zaszaleć z własnym mężem. Jest mi głupio, ale moja wina, że kręgosłup niedomaga i marzę o chwili relaksu i ciszy? 


Z kolei Pan Poślubiony marzy chyba o niezłym szaleństwie. Więc staram się szaleć. Gramy 40 minut, więcej nie daję rady mimo, że  tor wykupiony na godzinę. Ależ ja jestem jałowa. Wyjałowiałam tym siedzeniem w domu. Po 40 minutach zwijamy więc manatki i jedziemy dalej, sama nie wiem gdzie, bo dalej to jest niespodzianka i chyba już się boję. Mamy 4h. Zahaczamy jeszcze o salon gier w IMAXie Pan Poślubiony chce flippery, ja stanowczo się buntuję, ale z chęcią wskakuję na jakaś dziwną maszynę do grania i chwilę jedziemy z mężem na wirtualnej kolejce górskiej. Już mamy wychodzić, gdy w rogu dostrzegam fotobudkę. 


O nie! Będzie romantycznie na tę 10 rocznicę. "Choć zrobimy sobie zdjęcia! Będzie pamiątka!" mówię. Ciągnę go za rękaw jak mała dziewczynka. Wskakujemy do fotobudki i już po chwili mamy 8 pięknych zdjęć. Jedziemy dalej. Moim oczom ukazuje się budynek ALTUS, a obok pizza hut. "Idziemy na pizzę?" pytam. "No pewnie!" Słyszę od mojego męża i zastanawiam się gdzie też podział się mój szalenie romantyczny T. No nic, cieszę się, że przynajmniej teraz posiedzę sobie w spokoju i troszkę odsapnę. Będzie też okazja żeby w końcu porozmawiać, tylko we dwoje jak kiedyś. Pomału kieruję kroki w stronę pizzy hut, po czym Pan Poślubiony łapie mnie za rękę i ciągnie w kierunku Altusa..ale, ale o co chodzi?

Wchodzimy...budynek w środku wygląda jak opuszczone centrum handlowe. Przy schodach stoi ochorniarz, zaro ludzi, sklepy zamknięte, o co tu chodzi? Wjeżdżamy schodami ruchomymi na górę. Moim oczom ukazuje się baner restauracja Kyoto sushi...."Idziemy na sushi??!!" "Tak, to ta restauracja, którą kiedyś mi pokazywałaś w internecie. Z tym magicznym deserem." Wow!!! Naprawdę ??? Tak strasznie chciałam tu kiedyś przyjść i kompletnie o tym zapomniałam. 

Przed restauracją, lampiony ze świeczkami, a w środku gwarno. Jak pięknie! Siadamy do stolika, kelner przynosi kartę. Czytam menu i szczęka mi opada...ale dania! No i ceny. Kochanie, nie przejmuj się, słyszę. Dziś jest nasza rocznica zamawiamy co chcemy. Wygląda na to, że wrócił mój szarmancki mąż. Zamawiam więc wielką lampkę białego wina. Bierzemy przystawki, danie, główne i deser. Jest naprawdę przepysznie, a co najważniejsze, znowu czuję między nami to co kiedyś. Relaksuję się, buzia mi się nie zamyka. 



Przyznaję się Panu Poślubionemu, że kręgle to był fatalny pomysł, po czym słyszę? "Serio? Żartujesz? Kurcze, a ja po obiedzie miałem jeszcze w planach gocarty!" Nie. Nie. Nie. Mężu! Żadnych takich! Siedzimy tu do końca, a takie szaleństwa zostawiamy na inną okazję. To nasza 10 rocznica! 



Zaraz, zaraz ile to czasu minęło? 3 h...tyle nie widziałam mojego synka, a dopiero teraz o nim pomyślałam i nawet nie tęsknię. Jestem wyrodną matką, ale marzyłam o tym, żeby znowu wyrwać się na chwilę z domu, a przede wszystkim, żeby znowu pobyć z moim ukochanym sam na sam. Poczuć w pełni to co kiedyś nas połączyło. Dziękuję Ci kochanie. Było cudnie! Mówię tu o całych tych 10 latach razem, a nie tylko o obiedzie we dwoje. Oby więcej takich chwil przed nami. 


PS. Zwieńczeniem obiadu był mój wymarzony deser :) mam nadzieję, że filmik zadziała. Wrzucę go pózniej na fanpage dwojedopoprawki na Facebooku. Radzę wysłuchać smakowitego opisu kelnera :)

20 października 2015

Halo, halo?



Czy jest tu jeszcze po co i dla kogo wracać??? Tylleee nas nie było...myślałam, że blog nam umarł...jednak nie potrafię usunąć i chcę wrócić...ale nie chcę regularności, a rzadszego lecz konkretniejszego pisania tu dla Was. Chcę szczerości, na którą trudno jest mi się zdobyć. Może czas "zmartwychwstać"? Kto chce jeszcze nas czytać? U nas działo się dosyć sporo :) to co? Do usłyszenia? ;)

28 czerwca 2015

Po co Ci facebook?


Nie boję się wyrazić swojego zdania. Większość z nas tak myśli. Myśli tak, ale wcale nie wyraża swojego zdania. Wyraża zdanie, które chcieliby usłyszeć inni. Też kiedyś i nawet do tej pory mam z tym problem. Ilu z nas otwarcie przyznało się, że lubi facebooka? Około 80% osób posiadających facebooka, twierdzi, że portal jest beznadziejny i ma dosyć kolegów koleżanek, którzy umieszczają swoje setne selfie. 

Ilu z nas tak ma? Ilu z nas usunęło tego niewygodnego znajomego ze swojej facebookowej grupy ziomków? Mało kto. Jesteśmy hipokrytami. Masz facebooka, ale wkurza Cię koleżanka, która umieszcza codziennie posty swojego bobasa? Masz facebooka, ale wkurza Cię kolega, który publikuje smęty, że nie ma po co żyć i ogółem jest do dupy? Masz facebooka, ale sam chętnie umieszczasz setki zdjęć, bo przecież Twoje akurat są ciekawe. Dla Ciebie. 

Może w końcu masz facebooka, narzekasz na niego, ludzi, którzy na nim brylują, ale sam pozostajesz w ukryciu? Dodasz zdjęcie raz na ruski rok, albo w ogóle nie dodasz? To po co go masz? Po to żeby śledzić innych? Dlatego, bo wszyscy mają? Bo łatwiej kontaktować się ze znajomymi z zagranicy? Telefonu nie masz? Skypa? 

Ostatnio zastanawiałam się nad tym, dlaczego właściwie ja mam tego facebooka?! Wiem dlaczego, bo lubię się chwalić swoim życiem. Lubię udostępniać zdjęcia mojego syna, zdjęcia, pięknych rzeczy, tak nawet jedzenia i miejsc w których jestem. Tylko w ten sposób mogę się dzielić jedną informacją dotyczącą mnie z ponad 200 osobami i to jest fajne. Wygodne. Wyobrażacie sobie wysłać 200 mmsów? Nie chciałoby się, drogo. Lubię fb, bo lubię sama szybko zerknąć co słychać u znajomych, napisać wiadomość, chwilkę pogadać. 

Nie zawsze mam okazję i czas spotkać się z koleżanką z podstawówki,ale gdy zobaczę ją na ulicy miło jest wiedzieć co u niej i zagadać na dany temat. Facebook dał mi szybkość przesyłu i odbierania informacji, a przede wszystkim globalność. Mogę szybko dowiedzieć się co słychać u tak dużej liczby znajomych i sama poinformować ich co słychać u mnie, co w tym złego? Jedni napiszą, to czemu się z nimi nie spotkasz po prostu?

Takie mamy czasy, że właśnie internet daje mi to, że mam szansę komunikować sie z tak dużą liczbą osób, gdzie w życiu realnym nie miałabym takiej szansy. Bez internetu, czy z internetem i tak nie odwiedziłabym tych 200 osób i czy jest coś w tym złego? Najbliżsi czyli grono max 20 osób wie szczegółowo co u mnie. Pozostałe 180 na facebooku zna ogóły i jest mi z tym dobrze. Powiedzcie mi moi drodzy skąd wszechobecna moda na negowanie portali typu instagram, snapchat, twitter czy też ten o którym tak uporczywie wyżej piszę? Przecież większość z nas ma na nich konta, więc na co narzekamy?

Korzystajmy z przywilejów i liczmy się z tym, ze skoro koleżanka tak bardzo lubi swój wygląd to ma prawo wstawiać setne selfie, a inna ma prawo wstawić zdjęcie umazanego bobasa. To czy my chcemy to widzieć czy nie daje nam opcja ustawień, bądź najprościej w życiu usunięcia znajomego z listy. Można też samemu się usunąć...tylko czemu większość z nas nadal korzysta z kont i sieje hipokryzję? Mam facebooka, naśmiewam się ze znajomych którzy dodają różne rzeczy, bądź wkurza mnie jak ktoś wtyka nosa w moje posty, ale nie usunę siebie ani niechcianego gościa z listy? To tak jakby chodzić do prostytutki raz w miesiącu jednocześnie negując prostytucję. Jest popyt jest podaż.


Ps. Przy okazji pisania tego posta, znalazłam bardzo ciekawy filmik na youtube. Warto obejrzeć :) Dlatego właśnie zmieniłam wszystkie ustawienia moich kont na prywatne, choć zdaję sobie sprawę, że czasem i ustawienia prywatne niewiele dają.

16 czerwca 2015

BonBonBaby czerwiec2015


No i przyszło wydanie czerwcowe! Szczerze powiedziawszy znowu zaskoczyło ;) tym razem tym, że jeden produkt wprawił mnie w całkowitą konsternację i do tej pory nie mam pojęcia do czego mam go ja sama używać, bądź mój maluch? No, ale po kolei. Czerwcowe wydanie BonBonBaby jak zwykle przywitało nas przepięknym turkusowym pudełkiem z turkusową bibułą i wstążeczką w środku. Dalej moim oczom ukazał się szereg różnych produktów zaplątanych jak zwykle w postrzępione kawałeczki kartonu :)





Na pierwszy ogień poszła rybka gryzaczek :) u nas obecnie każdy gryzak na wagę złota, bo wydaje mi się, że małemu idą zęby. Gryzak rybka został więc od razu wykorzystany i faktycznie jak napisał producent, gryzak został stworzony w ten sposób, że mały z łatwością go łapie i trzyma :)


Kolejną rzeczą z której na prawdę się ucieszyłam jest emulsja ochronna z filtrem PAT&RUB Firma mi znana, ale jakoś nie wpadłam na to, że mogą mieć w swojej ofercie filtr dla niemowlaka. Lato już praktycznie wkroczyło więc ten kosmetyk jest teraz nr1!



Dostaliśmy również łyżeczki :) Mamy już dwie sztuki od firmy HIPP ale chyba łyżeczek nigdy za wiele...tylko...czemu nam się trafiły różowe? Jak się sprawdzą dam znać jak mały skończy 6 miesięcy ;)


To co nasz bobas lubi najbardziej czyli książeczka! Ta jest bardzo fajna, bo prosta, kolorowa i rozwija wyobraźnię. Ja muszę przy niej na warczeć, parchać i prychać, ale jaką dziecko ma radochę ;)



No i prawie na koniec...coś co wprawiło mnie w konsternację, bo w pudełku znajdowała się wazelina! Moja pierwsza myśl: Na co mi ona?! Na szczęście z pomocą przyszedł internet, gdzie oczywiście znalazłam dziesiątki porad jak stosować ten kosmetyk. Czy się sprawdzi? Myślę, że taki natłuszczacz jest na tyle uniwersalny, że bez problemu.


Ostatnią rzeczą jest sok...a raczej był, bo tego samego dnia zrobiliśmy z Panem Poślubionym degustację. Naturalny sok mętny z jabłek. Pychotka. Ciekawa jestem tylko czy taki sok można po 6 miesiącu życia podawać również niemowlakowi?



W pudełku znajdowała się również ulotka reklamowa firmy MomMe. Produkty bardzo mnie zaciekawiły, bo są 100% naturalne na bazie olejów, szkoda natomiast, że nie dołączyli małej próbki, aby można było przekonać się na własnej skórze ;)


Na koniec, mój osobisty asystent w rozpakowywaniu pudła. Pan Arek ;) Kot od zadań specjalnych. On upodobał sobie w pudełku wstążeczkę i kartonowe wiórki ;)


Ps. BonBonBaby to subskrypcja odpłatna. Mi idea takich pudełek, bardzo przypadła do gustu. Nie każdy może chcieć skorzystać z takiej opcji wysyłki co miesięcznej produktów niespodzianek. Ja myślę, że cenowo gra jest warta świeczki. 57 zł za całe pudełko, gdzie znając wartość poszczególnych produktów wydalibyśmy o wiele więcej kupując je oddzielnie. Zachęcam do zapoznania się ze szczegółami na stronie  BonBonBaby